Dodaj do ulubionych

Widziałem wczoraj na żywo...

21.10.05, 21:39
O walorach muzyki wykonywanej na żywo i jej wyższości nad tą słuchaną z płyt
nie trzeba (chyba) nikogo przekonywać. Dlatego jeśli są wątki o ostatnich
muzycznych nabytkach czy też płytach słuchanych w danym miesiącu, to przyda
się też i taki, w którym można by zamieszczać relacje ze swoich najświeższych
koncertowych doświadczeń.
Obserwuj wątek
    • aimarek Kammerflimmer Kollektief 21.10.05, 21:40
      Jazzga jest w tej chwili bodaj jedynym miejscem w Łodzi, które z dużą
      regularnością dba o atrakcyjną ofertę koncertową. To lokal wpisujący się w
      archetyp klubu jazzowego – niezbyt duża przestrzeń, sporo dymu, nad stolikami
      niebieskie lampki, z których niektórzy goście wykręcają żarówki. Wczoraj, co nie
      jest regułą, lokal zapełnił się po brzegi, by posłuchać twórców „Absencen” –
      perełki, która w tym (podobno) bardzo słabym roku wydawniczym lśni
      (kammerflimmer znaczy chyba „lśniący” czy coś) pięknie i raduje serca tak
      wrażliwe jak moje.

      Ale zanim KK wyszli na scenę, łódzkiej publiczności zaprezentowało się dwóch
      panów, co się nazywają The Staubgolds i puszczają z gramofonów płyty, ale sensu
      w tym wielkiego nie dostrzegłem – ot zestaw różnych utworów, w klimatach
      elektronicznych, ambientowych, dubowych i jeszcze innych, nie jakoś zachwycająco
      zmiksowanych i ogólnie nie wiedziałem, o co chodzi jakby. Zwłaszcza, że w
      międzyczasie trafił im się – doskonały skądinąd – otwieracz z genialnego „Modern
      Dance” Pere Ubu. Całość wyglądała tak jakby po prostu ktoś z obsługi klubu
      puszczał sobie płyty w oczekiwaniu na występ gwiazdy wieczoru. Publiczność też
      jakoś nie zauważyła tego występu.

      No a potem na scenę wleźli Lśniący Kolektywiarze, trójliczebni, co było dużym
      rozczarowaniem, bo zapowiadano pełny lineup, tymczasem z przyczyn niezbadanych
      zabrakło odpowiedzialnego za perkusję i wibrafon Christophera Brunnera (to
      świnia), skrzypaczki-wiolonczelistki Heike Wendelin i grającego na saksofonie
      Dietricha Wurma. Nie przypuszczałem, że okrojony w składzie Kolektyw będzie w
      stanie porwać publikę, ale stało się inaczej. Thomas Weber, niczym jakiś Keith
      Rowe, szarpał i piłował struny leżącej poziomo na pulpicie gitary, a także
      obsługiwał elektroniczne pudełka. Heike Aumüller o fizjonomii studentki
      kulturoznawstwa, w niedbale przewiązanym różowym szaliku, siedziała sobie
      nieśmiało na podłodze, w ukryciu przed wzrokiem widzów z tylnych rzędów,
      generując piękne dźwięki z takiej skrzynki, co się chyba harmonią w naszym
      języku nazywa. No ale wielkim bossem całej drużyny był siwowłosy, postawny
      Johannes Frisch, z jeszcze bardziej postawnym kontrabasem. Kollektief zaczął
      cicho i skromnie, od pierwszych taktów nawiązując nić porozumienia z słuchaczami
      (nie wszystkimi – oczywiście musiały się znaleźć buraki, które wydały po 25
      złotych na koncert tylko po to, żeby przez cały czas eksploatować swoje krzywe
      ryje gadaniem i śmiechem). To, co mnie osobiście najbardziej zdumiewa w tej
      muzyce, a co na koncercie ujawniło się w sposób jeszcze wyraźniejszy niż na
      płycie, to zaskakująca symbioza hipnotycznie pięknych współbrzmień z generowanym
      elektronicznie hałasem i sonorystycznym maltretowaniem instrumentów. To nie są
      zornowskie, chaotyczne kolaże elementów do siebie nie pasujących. Tutaj te
      improwizowane wypady, skrobanie, szarpanie i skrzypienie nie zakłóca kompozycji.
      Owe nietypowe dźwięki są jakby drugim dnem utworów, ich wewnętrznym pulsem.
      Dzięki nim ta muzyka oddycha i nabiera bardzo organicznego charakteru. Naprawdę
      niesamowite wrażenie. No a poza tym fajnie było zobaczyć jakie cuda można robić
      z kontrabasem – Frisch w swojej grze używał palców, smyczka, jakichś wbijanych
      kołeczków, młoteczków, pierdółek, a w finale grande koncertu - rozbudowanej,
      zwieńczonej apokaliptyczną miazgą kompozycji, miało się wrażenie, że rozpieprzy
      instrument w drobny mak, rzucając nim na wszystkie strony w transie jakiegoś
      syberyjskiego szamana. Potem jeszcze wielka owacja, dwa wspaniałe bisy i jeden z
      najlepszych koncertów, jakie widziałem dobiegł końca.

      Aha, jutro można ich zobaczyć w Warszawie, a pojutrze we Wrocławiu. Polecam.
    • tomash8 KULT 22.10.05, 23:59
      Wprawdzie nie wczoraj, a dzisiaj:) Konkretnie w katowickim "Spodku". Obawiałem
      się o dwie sprawy:
      1) Frekwencja - bilety były dość rogie(32 zł), poza tym chyba nie ma już nikogo
      kto by nie widział ekipy Kazika na scenie.
      2) Nagłośnienie - rok temu było znacznie za głośno a dwa lata temu... za cicho:)

      Sam dość długo zastanawiałem się nad tym koncertem, bo widziałem przedtem kult 9
      razy, a oprócz tego miałem w planach wyjazd, no ale ostatecznie rock'n'roll
      zwyiężył(jak zawsze:)). Do spodka dotarłem około 17.15 czyli 3 kwadranse przed
      planowanym rozpoczęciem występu. Ludzi było bardzo mało. Tłum zaczął gęstnieć
      około 17.45, na moje oko zjawiło się jakieś 3,5 - 4 tys. ludzi, czyli mniej
      więcej tyle samo co rok temu(choć chyba jednak ciut więcej). o 18 zgasły
      światła, po czym usłyszeliśmy... puszczone z płyty dwa kawałki z nowego singla -
      fajny pomysł. Po "przesłuchaniu"...światła znów zapłoneły, co wprowadziło
      pewnien zamęt wśród publiki(dodam może że jak zawsze na Kulcie był cały przekrój
      społeczeństwa - od starszych poważnych panów, przez punków, twardych Oi!owców,
      szatanów wszelkiej maści, niezalowców w sweterkach, po skejtów), mniej więcej o
      18.25 zaczął się koncert - panowie zaczęli od kawałka "Niejeden", po czym
      polecieli "Barankiem", "gdy nie ma dzieci" i "Pasażerem", ludzie bawili się dość
      ostro, alebez przegięć(nie było takiej rzeźni pod sceną jak choćby rok temu).
      Dużą częśc programu wypełniły nowe utwory - chyba było ich coś koło 7 -9, z
      czego tylko jeden był dość badziewny(bodajże "Ponad stan" czy coś takiego), a
      jeden skojarzył mi się trochę z... Rammsteinem i Laibachem. Ze starych a dawno
      nie granych rzeczy poleciało "Axe", cover Omegi i "Czekając na królestwo....",
      warto dodać że Kazik jest w świetnej formie - rok temu wyraźnie robił bokami, a
      teraz głośno śpiewał, jeszcze intonował jakieś zaśpiewy, a w "Dolinie"
      przeciągnął jedną frazę w sposób o jaki bym go nigdy nie podejrzewał. Jeszcze z
      ciekawszych rzeczy - Banan przez co najmniej połowę występu grał na gitarze,
      waltorni było w sumie niewiele. Najlepsze momenty: "Czterej jeźdzcy",
      "Brooklyńska rada Żydów" z orientalnym wstępem Banana, "Dom wschodzącego
      słońca", "Baranek"(wiadomo:)), i bis: Celina/Krew Boga/Polska. Ogólnie jeden z
      lepsych koncertów Kultu jaki widziałem
    • pytajnick Łowcy.B 24.10.05, 00:15
      Widziałem ich wczoraj (kabaret, gdyby ktoś nie wiedział), i powiem krótko:
      Jeszcze nigdy w życiu za jednym razem tak dużo się nie śmiałem. Już pierwszy
      kwadrans by wystarczył, by popłakać sie ze śmiechu, a było tego 1,5 godziny.

      Łzy, bolący od smiechu brzuch, i jeszcze raz łzy. Są fenomenalni, nawet Potem -
      moim zdaniem i pod mój gust - pobili, jeśli oczywiście ma się nieco (hehe,
      nieco) absurdalne poczucie humoru.

      Gdyby się nadarzyła okazja idźcie i zobaczcie ich bez wahania! Warto.
      www.lowcyb.republika.pl/hiperbolizacje.html
      Ja zamierzam zostać stałym bywalcem ich wieczorów kabaretowych.
    • aimarek The Paps Live At Kosciuszko's Park 11.09.06, 12:48
      Nie mogłem sobie odmówić napisania relacji z tego niesamowitego wydarzenia.
      Krótkie didaskalia: wieczór, godzina 20:30, impreza pod hasłem „Zakończenie
      lata”, Park Miejski im. T.Kościuszki, zlokalizowany w pobliżu urokliwego stawu,
      stragany z watą cukrową, ATMOSFERA PIŁKARSKIEGO ŚWIĘTA. Wreszcie wychodzą... :|


      1. "Bez braw na finał" („Without Bravos On Final”)
      Zaczęło się od transowego intro wstecznie antycypującego niektóre momenty z
      debiutu Neu!. Kluczową rolę odegrał w nim Waldek Kuleczka ze swoimi
      nieodłącznymi, szpanerskimi okularami i równie nieodłącznym wystającym
      podbródkiem. Po jakichś dwóch minutach na scenę wkradł się sam Paweł Stasiak
      ubrany w jasne dżinsy, ciemną koszulę i modną ciemną marynarkę. Włosy miał też
      modne. Blond, pół-długie, lekko podkręcone na końcach.
      Jeden z trzech największych hajlajtów „Miliona fanek” zabrzmiał tu znakomicie.
      Przeszywający utwór o gorzkim rozstaniu, o tym zadziwiającym momencie, kiedy
      miłość niemal niezauważalnie, w sposób jak najbardziej naturalny przekształca
      się w nienawiść.

      2. "Pocztówka z wakacji" („Postcard From Vacations”)
      „Królowa fal, pierwsza z wszystkich dam”. Brian Wilson wielokrotnie podkreślał,
      że to właśnie ten kawałek zainspirował go do stworzenia Beach Boys. Oddajmy głos
      Brianowi: "The Paps byli dla mnie zawsze wielką inspiracją. >>Pocztówka z
      wakacji<< to najlepsza piosenka świata."
      Marcin Tywoniuk ain’t żaden z Kostków, ale wypadł znakomicie w jednej z
      najtrudniejszych linii klawiszowych w dziejach muzyki.

      3. "Panorama Tatr" („Panorama Of Tatras”)
      Kolejny gorzki utwór o trudach rozstania w niezwykle drapieżnym wykonaniu,
      głównie dzięki gitarze wiecznie młodego Jacka „Szewy” Szewczyka, który łypał
      nieśmiało spod opadającej na oczy młodzieżowej grzywki, wygrywając przy tym
      jakieś niezwykle skomplikowane pasaże, flażolety i picikato.

      4. „O-la-la” („Oh La La”)
      300 tysięcy zgromadzonych pod sceną serc podchodzi do 300 tysięcy zgromadzonych
      pod sceną gardeł, kiedy Tywoniuk odgrywa najsłynniejsze klawiszowe wejście w
      historii. Bas Kuleczki lśni jak złoto, a Stasiak namawia ludzi do rytmicznego
      machania. Wszyscy machamy odchodzącej niewiadomodokąd Oli ;(

      5. „Czarny śnieg” („Black Snow”)
      Robi się jeszcze bardziej melancholijnie, bo oto Papa Dance wykonują być może
      najdoskonalszy utwór z ostatniej płyty. Poruszającą opowieść o nieszczęśliwej
      miłości i zanieczyszczeniu środowiska. Przypominam sobie, że nie wyrzuciłem śmieci.

      6. „Gdzie one są” („Where Are They”)
      Radykalna zmiana nastroju. Od przygnębienia i depresji ku wściekłości w tym
      punkowym wymiataczu traktującym o skorumpowanych elitach, zawiedzionych
      nadziejach związanych z transformacją ustrojową i szkodniku Balcerowiczu.
      Zastępujący Tadzia Łyskawę Darek Piskorz wściekle napieprza w GARY (LINEKERA.
      HAHAHAHAHA), a dziki skowyt Pawia okazuje się za mocny dla zgierskiego systemu
      nagłaśniającego. Coś zaczyna pierdzieć i czuć smród spalenizny. Wszyscy myślą,
      że to awaria, ale my wiemy, że to obserwujący event lokalni politycy palą się ze
      wstydu.

      7. „Nasz Disneyland” („Our Disneyland”)
      Być może najbardziej wielowymiarowy utwór świata. Doczekał się tak wielu
      interpretacji i opracowań naukowych, że na zgromadzenie ich należałoby wydzielić
      dwa budynki sporych rozmiarów. Ja zwrócę uwagę na jeden, często pomijany aspekt
      tego kawałka, mianowicie credo artystyczne Stasiaka, który – wbrew podszeptom
      ŻYCZLIWYCH – nigdy nie poszedł w stronę discopolowego banału i tandety, zawsze
      odcinając się od swoich karykaturalnych epigonów w rodzaju Bayer Full
      („disowałem >>Serca dwa<< / pytałaś po co to robię”).

      8. „Maxi singiel” („Maxi Single”)
      Ekstaza sięga zenitu przy jednym z najbardziej rozpoznawalnych utworów zespołu.
      Razem z kolegą pokazujemy Stasiakowi charakterystyczny, znany z
      teledysku gest „OK”,
      polegający na złączeniu opuszków kciuka i palca wskazującego przy jednoczesnym
      wyproście pozostałych 3 palców. Stasiak uśmiecha się i (może to tylko moja
      imaginacja) pokazuje nam to samo.

      Następuje 10-minutowa przerwa techniczna, w czasie której ma zostać naprawione
      ciągle szwankujące nagłośnienie.
      Z nadmiaru wrażeń chce mi się siku. Ale toi-toiów brakuje. Trudno.

      9. „Nietykalni” („Untouchables”)
      Stasiak zmienia image. Tym razem ma na sobie efektowną białą kamizelkę z
      burgundowymi LAMPASAMI. Śpiewa: „w jej oczach żar i ogień w nim”, a tysiące
      jęzorków ognia wydostają się z zapalniczek. Słucham przejmującej opowieści o
      szekspirowskiej miłości, która musi zmagać się z trudnościami, pokonywać
      przeszkody społeczne. Nachodzi mnie refleksja: ludzie bywają okrutni.

      10. „Ciało i talent” („Body And Talent”)
      KONIA Z RZĘDEM temu, kto spodziewał się akurat tego kawałka. Doceniany tylko
      przez koneserów manifest światopoglądowy Papa Dance, wypadł tutaj nadzwyczaj
      przekonująco, także dzięki niezwykle zmysłowym ruchom biodrowym Stasiaka. Ten
      taniec przyprawił zgromadzone pod sceną lorelajki o szybsze bicie serca, a także
      inne reakcje fizjologiczne ujawniające podniecenie. Na scenę lecą jakieś
      przedmioty. Stasiak podnosi jeden z nich i okazuje się, że jest to
      fosforyzująca, zielonkawa bransoletka na rękę. Z właściwym sobie poczuciem
      humoru, lider Papa Dance komentuje: „to chyba żebym się nie zgubił w ciemności”.
      Spoglądam na bransoletkę i myślę sobie: 20 lat temu byłby to stanik. Cóż...
      signum temporis. Myślę o przemijalności świata.

      11. „Naj story” („The Most Story”)
      Trzeba coś dodawać? Piosenka-drogowskaz. To ona przywiodła Ilhana i mnie do
      pewnej knajpy na zeszłorocznym płockim Femev-ie. To ją usłyszałem, przechadzając
      się w lipcu ulicami Gdańska. W świecie lęku, niepewności i symulakrów, „Naj
      story” przypomina nam o tym, że jesteśmy jeszcze ludźmi. Mamy ciała, kochamy i
      tęsknimy.

      12. „Droga do Chin” („Road To China”)
      Kiedy Stasiak śpiewa „na mnie już czas / nie spełni się sen” czuję ucisk w
      dołku. Wiem, że za chwilę Papsi odjadą, a my powrócimy do swoich codziennych
      trosk i szarego życia w domach z betonu. Po chwili uzmysławiam sobie jednak
      ukryte przesłanie utworu. Sen się nie spełni, ale jawa może być równie piękna.
      To taki moment melancholii pomieszanej z nadzieją. Zna go każdy, kto wsiadając
      do autobusu, jeszcze ten jeden, ostatni raz spoglądał w kierunku campingu, na
      którym spędził właśnie dwa najpiękniejsze tygodnie życia.

      Moment rozstania jest nieuchronny. Ale Paweł przemawia: „zabrakło nam jeszcze
      jednej piosenki, więc teraz na koniec...”. Wszyscy domyślamy się, że słowa te
      oznaczają...

      13. „Kamikadze wróć” („Kamikaze, Come Back!”)
      Papsowe „Wish You Were Here” skierowane do Grzegorza „Szalonego Diamenta”
      Wawrzyszaka – charyzmatycznego lidera pierwszego Papa Dance, geniusza, który po
      odejściu z zespołu podryfował w narkotyczne rejony Manieczek.
      Nachodzą mnie (być może niestosowne) refleksje, że utwór ten antycypował
      wydarzenia sprzed równo pięciu lat. Gdyby kamikadze zawrócili...

      Na sam koniec jeszcze dwa utwory w ramach bisu: ponownie „O la la” i „Czarny
      śnieg”. Milion fanek płacze JAK PRZYSŁOWIOWE BOBRY. Ja także czuję ogromną łzę
      wzruszenia spływającą po moim policzku :’(

      Oto historii kres, co się kończy smutno...

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka