Dodaj do ulubionych

Burn Baby Burn, edycja czwarta

20.07.06, 14:53
Zakładam oficjalny wątek, wpisuję się na listę i jadę na wakacje, więc proszę
zorganizować wszystko tak, żebym zdążył wrócić i zrobić składankę :)

Pozdro.
Obserwuj wątek
    • polleke Re: Burn Baby Burn, edycja czwarta 20.07.06, 21:06
      Ja też, ja też!

      Różne takie:
      - zgłoszenia zamykam za tydzień, czyli w czwartek 27.
      - temat - niech zostanie "W 40 dni dookoła świata", ale proszę tu nie narzucać
      swoich ograniczających interpretacji :), a poza tym oczywiście dozwolone są
      myki,
      - wysyłka składanek do połowy sierpnia (Nemrrod chyba zdąży wrócić z wczasów).

      A reszta to już chyba znana z poprzednich rozdań.
    • mechanikk UWAGA! 28.07.06, 20:48
      Bardzo proszę AUTORA MOJEJ SKŁADANKI, żeby się wstrzymał z wysyłaniem do prawie
      ostatniej chwili i wysłał jakoś po 10 sierpnia. To jest trochę ważne. Tanx from
      the mountain. Swoją wyślę next week więc niech nikt się nie niepokoi.
    • grimsrund Re: Burn Baby Burn, edycja czwarta 06.08.06, 18:13
      No, czwórka wreszcie gotowa! Żem sie namęczył, ale w końcu wyszło. Ponieważ
      dość szybko uświadomiłem sobie że z powodu gustów rozstrzału w ŻADEN sposób nie
      zadowolę osoby odbierającej, machłem na to ręką i zrobiłem składankę ot tak,
      byle się dobrze bawić. Jako klucz wybrałem drogę podróżnika, któren chce
      zwiedzić sporą część świata - kolejne utwory pochodzą z krajów/terytoriów na
      trasie jego hipotetycznej podróży przez 5 kontynentów, ze zdecydowaną przewagą
      klimatów azjatyckich :)
    • roar Re: Burn Baby Burn, edycja czwarta 07.08.06, 11:53
      Jeśli jestem pierwszą osobą, która dostała swoją składankę, to dobitnie to świadczy o wyższości poczty angielskiej nad polską. :D

      Recenzja pewnie jutro. W każdym razie szybko - na pewno nie będę się guzdrał jak ostatnio.
      • good_morning Re: Burn Baby Burn, edycja czwarta 07.08.06, 15:11
        dobra dobra, polska poczta tez dziala ;) w przeciwienstwie do mojej stacji
        dyskow, ktora coraz czesciej odmawia posluszenstwa. dlatego tez prosze
        autora/-ke mojej skladanki (ktory/-a pisze bardzo ladne drukowane male 'a' ;p) o
        cierpliwosc: pojutrze poslucham tego na innym komputerze.(no chyba,ze przez
        pomylke faktycznie przyslal mi pusty dysk ;D)
    • jarecki32 Dostalem i Wysylam 08.08.06, 15:07
      wczoraj przyszla paczuszka z Lodzi. Przesluchalem poki co pobieznie i musze
      przyznac, ze bede potrzebowal sporo czasu aby ogarnac to dzielo, ale na pewno
      cos napisze.
      Dzis wysylam moje wlasne dokonanie, w Polsce powinno byc za tydzien
    • pagaj_75 Re: Burn Baby Burn, edycja czwarta 09.08.06, 10:59
      Wychodzę sobie dzisiaj rano do sklepu po świeże bułki, a tu w skrzynce leży
      koperta bombelkowa z płytom w sierodku. Musi leżała tam od wczoraj, alem nie
      przyuważył. Składak nosi dość groźny tytuł "Globalization ain't shit to me",
      więc nie wiem czy się nie bać przypadkiem. 80 minut, 25 tracków - ech, ileż ja
      bym dał za to, żeby móc skonstruować składak z taką furą utworów (u mnie średnia
      czasowa wynosi ponad 5 minut i za cholerę nie umiem nic z tym zrobić). Recenzja
      będzie w okolicach weekendu.

      Moja składanka jeszcze dojrzewa niczym winogrona na południowych stokach
      Szampanii, ale wyleci do adresata lada dzień. Uprasza się o cierpliwość.
      • nemrrod Re: Burn Baby Burn, edycja czwarta 09.08.06, 11:08
        pagaj_75 napisał:

        > "Globalization ain't shit to me"

        Ej, kurde, ktoś mi ukradł tytuł :/

        Moja składanka miała być bezkompromisowa, ale jestem miękki i powoli się uginam.
        Wyślę pewnie ostatniego dnia, więc również proszę o cierpliwość.
        • pagaj_75 Re: Burn Baby Burn, edycja czwarta 09.08.06, 11:17
          nemrrod napisał:

          > Ej, kurde, ktoś mi ukradł tytuł :/

          Jak mniemam to cytat z czegoś?

          > Moja składanka miała być bezkompromisowa, ale jestem miękki i powoli się
          > uginam

          A ja podchodzę do swojej na luzie. Będzie raczej lekko i słodko, choć parę
          zakrętasów też się przydarzy. W końcu walor edukacyjny musi być.
          • nemrrod Re: Burn Baby Burn, edycja czwarta 09.08.06, 11:26
            pagaj_75 napisał:

            > Jak mniemam to cytat z czegoś?

            A nie wiem. Nie myślałem dokładnie o takim, ale też chciałem coś z globalizacją,
            a ten nadałby się świetnie. Nieważne.

            > W końcu walor edukacyjny musi być.

            U mnie tylko walor edukacyjny będzie, dlatego melodii nie przewiduję :]
    • pagaj_75 Globalization Ain't Shit To Me - recenzja, part I 15.08.06, 13:38
      Pierwszy!

      Po wyjęciu płyty ze skrzynki, obiecywałem, że napiszę w weekend, ale wtedy
      jeszcze nie słyszałem muzyki. A to co usłyszałem dość mocno mnie
      zdezorientowało, a nawet zawstydziło, zmusiło do dopracowania mojej własnej
      składanki. Dość niezwykłą rzecz otrzymałem, przyznaję się bez bicia, że nie
      wiedziałem jak to wszystko ugryźć. Jakieś drobne żarty w opisach niżej są
      wyrazem mojej bezradności wobec fenomenu raczej, niż złośliwości. Nie lubię
      recenzji "track by track", ale forma naszej zabawy niejako do tego zmusza, więc
      starałem się coś na temat każdej ścieżki napisać. Założyłem, że jest to podróż
      przez kolejne kontynenty, ale czasami miałem wielkie problemy z dopasowaniem
      muzyki do miejsca.
      Mimo że nagrania pochodzą z różnych miejsc na Ziemi, a także z bardzo różnych
      czasów (niektóre niewątpliwie były hitami wczasach kiedy James Bond
      rozpracowywał Doktora No), ale mimo to składanka brzmi bardzo spójnie, za co
      brawa dla autora/autorki (mam wprawdzie podejrzenie kto nim/nią jest, ale tym
      razem nie będę się wygłupiał i poczekam aż się sam ujawni).
      OK, no to ruszamy:

      Numer 1. Spokojniutkie, melancholijne intro (niecałe dwie minuty) na gitary dwie
      i równie zwielokrotniony głos damski. Ładne, ale to raczej przystawka niż danie
      główne. Rozumiem, że podróż zaczynamy w JuEsEj?

      Numer 2. Po hiszpańsku, znów głos damski. Ot, taka popowa piosenka. Gdyby
      leciała w radiu nie zwróciłbym uwagi. No przykro mi bardzo.

      Numer 3. Znowu na latynoską nutę, ale tym razem bujają. Nawet całkiem znośnie
      jak na Latynosów. Bo ja to chyba mam jak Glebogryzarka - nienawidzę muzyki
      latynoskiej (patrz "Płyta pilśniowa"). A tu w sumie to jedzie (chyba) na jakichś
      fajnie dobranych samplach. Jest OK, ale nie czuję ciar na plecach.

      Numer 4. Oooo, bandeon. Czyli jesteśmy w Argentynie? Piazzolla jakiś czy cuś?
      Lekka sugestia tanga. Bardzo ładne.

      Numer 5. Hmmmmm... 58 sekund błądzenia po falach radiowych, coś tam przebłyskuje
      od czasu do czasu, słychać jakieś przebłyski egzotycznych zaśpiewów.

      Numer 6. Ciąg dalszy numeru 5. Znów fragmenty jakichś luźno dobranych kawałków
      jakby granych z radia. A głosy ludzkie gadają w różnistych narzeczach, nawet po
      niemiecku. Kończy się to czymś co brzmi jak Tangerine Dream grający jakąś
      egipską melodię. Dopłynęliśmy do Afryki?

      Numer 7. Ale to mi nie brzmi afrykanersko, prędzej po turecku, ale pewnie się
      nie znam. I tu się zaczyna ta część składanki, o której nie wiem co myśleć, jak
      oceniać. No fajne to, takie granie z wczesnych lat 60., pasujące klimatem do
      ówczesnych filmów o Bondzie. Ale skąd to, nie mam bladego.

      Numer 8. Instrumentalnie. Znów dwie spokojne gitary, w tle jakieś odgłosy w
      obcych narzeczach. I nagle w gitary wstępuje niepokój, coś się zbliża, faceci w
      czerni może, nie wiem, no. I kuniec.

      Numer 9. Ufff, wprawdzie mowa Goethego jest mi obca, ale umim rozpoznać gdy ową
      słyszę. A więc jednak Europa. Nie wiem o czym śpiewa pan poeta do akompaniamentu
      gitar akustycznych i smyków. Być może o dzielnym szeryfie stającym w samo
      południe do nierównego pojedynku z najszybszym rewolwerowcem na całym Zachodzie.
      Nie, moment, to chyba nie ta strefa czasowa. Przyznaję, że nie jest to muzyka z
      kręgu moich zainteresowań, niestety.

      Numer 10. A tutaj po fhancusku. Głosy damskie śpiewają utwór mający w sobie coś
      z pieśni kościelnej, może nawet to coś z muzyki dawnej jest. Ładne. Pam pam tam
      pam pam.

      Numer 11. Nooo, najlepszy numer so far, choć nie umiem opisać tego co tu się
      dzieje. Głos męski i damski na przemian snujące po angielsku opowieść na tle
      pojękiwań wiolonczeli i kontrabasu. A w środku nagle zaczynają śpiewać niczym
      przy ognisku "la la la la". I znów powrót pojękujących smyków. NIE WIEM CO SIĘ
      DZIEJE, kurde, ale podoba mi się.

      Numer 12. Ostry start z kopyta. Muzyka brzmi z lekka po jankesku, nie moja bajka
      znów, ale wokal wskazuje raczej na tzw. kraje Beneluksu, a może i Skandynawii?
      Poliglotą nie jestem, więc pewnie znowu autor składanki zrobił mnie w konia.
      • pagaj_75 Globalization Ain't Shit To Me - recenzja, part II 15.08.06, 13:39
        Numer 13. Hehe, tutaj dęciaki bardzo folkloryzyjące zderzone z metalowymi
        gitarami i perkusją. Początkowo obstawiałem Bałkany jakieś, ale teraz strzelam,
        że to Finlandia. Namber 2 składanki na razie.

        NUmer 14. Bardzo ciekawa rzecz. Dzwonki i niezrozumiałe głosy powtarzające jakąś
        mantrę, nagle wyłania się sitar w tle. I tak przez 5 minut prawie narasta i
        ewoluuje. I już. A jednak nie! Nagle pojawia się gitara, która to sielski
        nastrój rozwala w drobny mak. Ekstra, I like it.

        Numer 15. Jakby powtórka z numeru 9, tylko język inny, chyba angielski. Chyba,
        bo wokal ukryty w tle i ledwo można zrozumieć. Śpiewajo coś o listach. Jest
        smutno i słodko zarazem. Za słodko, trochę wymiękam.

        Numer 16. 2:47 brzdąkania na jakimś bliżej nie zidentyfikowanym instrumencie
        strunowym szarpanym. Zaangażowanie wykonawcy niewątpliwie wskazuje na odwieczne
        dążenie człowieka do wzbicia się w powietrze. No nie powiem, robi wrażenie, ale
        znów zaczyna się na tej płycie przestrzeń, którą trudno mi ogarnąć.

        Numer 17. I rozwaliło mnie kompletnie. Znów agent 007 wkracza do akcji. Ta
        gitara, dęciaki. I wreszcie głos i melodia pełna zakrętasów i ozdobników. Choć
        bałbym się obstawiać czy to orient (chyba jednak tak). Hicior absolutny tej
        składanki.

        Numer 18. Znów szarpanie w struny, tym razem jednak zaśpiewy jakiegoś ichniego
        Koła Gospodyń Wiejskich towarzyszą. Zgłupiałem. To gdzie jesteśmy? W Azji czy w
        Afryce? Ale kawałek bardzo fajny, serio.

        Numer 19. Ożesztywmordę. Jakaś stara sentymentalna pieśń w strasznie
        landrynkowej aranżacji. Nie ogarniam, na szczęście szybko się kończy.

        Numer 20. Tu niemal równie krótko, ale jak pięknie. Też ze starej trzeszczącej
        płyty, zaczyna się dęciakami jakby z Nowego Orleanu, ale dalej wchodzi
        zdecydowanie skośnooki głos. LOL - ten głos trzeba usłyszeć, żeby uwierzyć.
        Ścisła czołówka.

        Numer 21. Skok w czasy nasze (jeśli chodzi o brzmienie). Ale nadal Daleki
        Wschód, Indie lub okolice. Chóralny śpiew na tle smyków z klawisza i jakićhś
        natywnych instrumentów. Dobrze, że też szybko się kończy.

        Numer 22. Zaczyna mi brakować słów na opisywanie tego co słyszę. Znów prosta,
        melodyjna piosenka, choć w aranżacji zdecydowanie inspirującej się młodzieżową
        muzyką zachodnią z epoki. Lata 70? Obleci.

        Numer 23. Przerywnik jakiś, minuta ładnej melodyjki granej na cymbałkach,
        fortepianie i fisharmonii bodajże.

        Numer 24. Groźnie i smętnie zaczynają smyki. Robi się mroczno. Ba, być może
        nawet zapada zmierzch. No i tak sobie smętnie te smyki i dęciaki klawiszowe
        smykają i dmą przez prawie 4 minuty. Wygląda mi to na jakąś muzykę filmową.
        Raczej nieciekawą, przykro mi bardzo.

        Numer 25. Na koniec najdłuższy utwór. Znów mrok, ale i pewien trans. Głos płci
        bliżej nieokreślonej śpiewający po angielsku sugeruje, że wracamy na stare
        śmieci zachodniej cywilizacji. W tle ktoś bestialsko pastwi się nad gitarą
        elektryczną. Pojawiają się orientalizujące smyki, bębny z kolei zaczynają bić
        jakieś szamańskie rytmy. Czyżbyśmy jednak zahaczyli o Afrykę? Zgłupiałem do
        reszty. No niewątpliwie ciekawe zakończenie składanki, ale przyznam, że czegoś
        brakuje temu utworowi, by mnie zachwycić. Jest OK po prostu i tyle.


        A teraz proszę autora/autorkę z Małopolski o ujawnienie się i przybliżenie
        koncepcji. Za składankę dziękuję, niewątpliwie stanowiła największe wyzwanie dla
        mnie z dotychczasowych, co jest wartością samą w sobie. Ponadto kilka numerów z
        niej (zwłaszcza 17) pewnie wypróbuję na znajomych na jakiejś imprezie.
        • grimsrund Objaśnienia, Part 1 15.08.06, 23:19
          Jadziem dalej.

          > Numer 13. Hehe, tutaj dęciaki bardzo folkloryzyjące zderzone z metalowymi
          > gitarami i perkusją. Początkowo obstawiałem Bałkany jakieś, ale teraz
          > strzelam, że to Finlandia. Namber 2 składanki na razie.

          Miło wiedzieć, że ktoś czyta moje wątki [ dwa śmieszki ]. Oczywiście, to
          Finlandia, i ansambl Alamaailman Vasarat z utworem ASUNTOVELKA. Fajowska rzecz.

          > NUmer 14. Bardzo ciekawa rzecz. Dzwonki i niezrozumiałe głosy powtarzające
          > jakąś mantrę, nagle wyłania się sitar w tle. I tak przez 5 minut prawie
          > narasta i ewoluuje. I już. A jednak nie! Nagle pojawia się gitara, która
          > tosielski nastrój rozwala w drobny mak. Ekstra, I like it.

          To nasi!!! Serio. Wielki, i zdaje się średnio doceniany w Ojczyźnie duet
          Karpaty Magiczne ze swojej ostatniej jak na razie (i jedynej przeze mnie
          posiadanej, niestety), eksportowej płyty SONIC SUICIDE.

          > Numer 15. Jakby powtórka z numeru 9, tylko język inny, chyba angielski. Chyba,
          > bo wokal ukryty w tle i ledwo można zrozumieć. Śpiewajo coś o listach. Jest
          > smutno i słodko zarazem. Za słodko, trochę wymiękam.

          Rosja. I Romowe Rikoito, jeden z najbardziej znanych tamtejszych zespołów. Być
          może dałbym Leningrad, ale płyta Sznurowa nadeszła dwa dni po wysyłce
          kompilacji. Zresztą, i tak zależało mi na czymś spokojniejszym, zanim na płycie
          przekroczymy wrota Azji... Stąd piosnka WEILAWEI. Słodka, ale sympatyczna (choć
          może odrobinkę za długa, tu się zgodzę).

          > Numer 16. 2:47 brzdąkania na jakimś bliżej nie zidentyfikowanym instrumencie
          > strunowym szarpanym. Zaangażowanie wykonawcy niewątpliwie wskazuje na
          > odwieczne dążenie człowieka do wzbicia się w powietrze. No nie powiem, robi
          > wrażenie, ale znów zaczyna się na tej płycie przestrzeń, którą trudno mi
          > ogarnąć.

          Jak kolega dobrze wie, bardzo lubię szeroko pojęty folk/country. Tutaj zaś mamy
          do czynienia z muzykiem, który mógłby być nauczycielem samego Johna Fahey'a.
          Pod warunkiem, że Fahey urodziłby się w Turkmenistanie, rzecz jasna. Jednym
          słowem - D.Khansakatov i jego kompozycja URUL CHYKDY.

          > Numer 17. I rozwaliło mnie kompletnie. Znów agent 007 wkracza do akcji. Ta
          > gitara, dęciaki. I wreszcie głos i melodia pełna zakrętasów i ozdobników. Choć
          > bałbym się obstawiać czy to orient (chyba jednak tak). Hicior absolutny tej
          > składanki.

          Kolega przybije piątkę! Cieszę się niezmiernie, bo ten utwór jest i dla mnie
          najbardziej rozwalającą rzeczą całej płyty. Być może jednak istnieje coś w
          rodzaju muzycznego absolutu, czyli jakości podobającej się wszystkim? Tak czy
          owak, piosenka JAAN PEHECHAAN HO (z 1965 roku) zwaliła mnie dosłownie z nóg
          przed kilku laty, ponieważ otwierała genialny film GHOST WORLD. Dla niej (i
          DEVIL GOT MY WOMAN Skipa Jamesa) wyszarpałem za ciężkie pieniądze soundtrack na
          eBay'u, a od kiedy zaczęliśmy zabawę składankową kombinowałem, jak by tu ją
          wrzucić do zestawu. I wreszcie się udało. Co jeszcze? Aha, wykonawca. To
          Mohammed Rafi, nieżyjący już niestety jeden z legendarnych gwiazdorów Bollywood.

          A tu klip:

          www.transbuddha.com/index.php/buddha/comments/6301/
          > Numer 18. Znów szarpanie w struny, tym razem jednak zaśpiewy jakiegoś ichniego
          > Koła Gospodyń Wiejskich towarzyszą. Zgłupiałem. To gdzie jesteśmy? W Azji czy
          > w Afryce? Ale kawałek bardzo fajny, serio.

          Te gospodynie zdecydowanie pochodziły z Azji, a konkretnie z Lhasy, w Tybecie.
          Biedny kraj.

          > Numer 19. Ożesztywmordę. Jakaś stara sentymentalna pieśń w strasznie
          > landrynkowej aranżacji. Nie ogarniam, na szczęście szybko się kończy.

          Kolega to myśli, że w Birmie to ludzie nie mają problemów sercowych. A mają! W
          każdym razie miała je na pewno panna (a może to pan - kiepska jakość dźwięku to
          niezaprzeczalny fakt) Saing Saing Maw. Przyza Kolega, że podmiot liryczny
          cierpi tu z miłości bardzo przekonująco [ śmieszek ]

          > Numer 20. Tu niemal równie krótko, ale jak pięknie. Też ze starej trzeszczącej
          > płyty, zaczyna się dęciakami jakby z Nowego Orleanu, ale dalej wchodzi
          > zdecydowanie skośnooki głos. LOL - ten głos trzeba usłyszeć, żeby uwierzyć.
          > Ścisła czołówka.

          Nie wiem nawet, jak się ta Pani nazywa(ła). W każdym razie skarży się na to, że
          ptaszki co prawda śpiewają, ale jej ukochany już nie powróci. W Kambodży
          przydarzyło się to kilku milionom ludzi...

          > Numer 21. Skok w czasy nasze (jeśli chodzi o brzmienie). Ale nadal Daleki
          > Wschód, Indie lub okolice. Chóralny śpiew na tle smyków z klawisza i jakićhś
          > natywnych instrumentów. Dobrze, że też szybko się kończy.

          Wietnam, i znów filmowo. Tradycyjna melodia DO AI wykonana przez chór żeński
          pod czujnym okiem Richarda Horowitza. Film (całkiem niezły) nosił zaś tytuł
          THREE SEASONS i opowiadał historie trojga ludzi, którym wojna, choć dawno
          zakończona, wytyczyła życiowe ścieżki. W jednej z głównych ról - Harvey Keitel.

          > Numer 22. Zaczyna mi brakować słów na opisywanie tego co słyszę. Znów prosta,
          > melodyjna piosenka, choć w aranżacji zdecydowanie inspirującej się młodzieżową
          > muzyką zachodnią z epoki. Lata 70? Obleci.

          Na Sumatrze lata 70. nigdy się nie kończą! Żartowałem. Ale utwór AYAM DEN
          LAPEH, wykonywany przez panią Elly Kasim, faktycznie brzmi jak z czasów
          porucznika Borewicza. Niektórzy do tej pory uważają, że były to piękne czasy.

          > Numer 23. Przerywnik jakiś, minuta ładnej melodyjki granej na cymbałkach,
          > fortepianie i fisharmonii bodajże.

          Czy w Malezji grają post-rocka? No peewnie! To zespół Furniture w krótkim
          tytułowym openerze udanej płyty TWILIGHT CHASES THE SUN.

          > Numer 24. Groźnie i smętnie zaczynają smyki. Robi się mroczno. Ba, być może
          > nawet zapada zmierzch. No i tak sobie smętnie te smyki i dęciaki klawiszowe
          > smykają i dmą przez prawie 4 minuty. Wygląda mi to na jakąś muzykę filmową.
          > Raczej nieciekawą, przykro mi bardzo.

          To poniekąd mój błąd, ale wymuszony trochę ramami czasowymi. Ładniejsze utwory
          z tej płyty były po prostu znacznie dłuższe... W każdym razie to kompozycja
          REAR z płyty Left, czyli własnego projektu Takaakiry Goto, gitarzysty Mono.
          Jednym słowem - Kraj Kwitnącej Wiśni.

          > Numer 25. Na koniec najdłuższy utwór. Znów mrok, ale i pewien trans. Głos płci
          > bliżej nieokreślonej śpiewający po angielsku sugeruje, że wracamy na stare
          > śmieci zachodniej cywilizacji. W tle ktoś bestialsko pastwi się nad gitarą
          > elektryczną. Pojawiają się orientalizujące smyki, bębny z kolei zaczynają bić
          > jakieś szamańskie rytmy. Czyżbyśmy jednak zahaczyli o Afrykę? Zgłupiałem do
          > reszty. No niewątpliwie ciekawe zakończenie składanki, ale przyznam, że czegoś
          > brakuje temu utworowi, by mnie zachwycić. Jest OK po prostu i tyle.

          Zaiste, wróciliśmy w objęcia szeroko pojętej "naszej" cywilizacji. A utwór,
          dość nietypowy dla tej grupy, jest dziełem kapeli The Church. Gabrielowsko-
          transowy COULD BE ANYONE pochodzi z albumu MAGICIAN AMONG THE SPIRITS - jednej
          z moich ulubionych płyt grupy.

          I już. Najszczerzej przepraszam za całościowy dyskomfort uszny!!!

          • pagaj_75 Re: Objaśnienia, Part 1 15.08.06, 23:43
            grimsrund napisał:

            > Najszczerzej przepraszam za całościowy dyskomfort uszny!!!

            Nie no, nie przesadzajmy. Jak już pisałem, składanka stanowi dla mnie pewien
            fenomen. Wprawdzie żadnego z wymienionych artystów zgłębiać chyba nie będę
            (niektórych chyba się nie da, nawet gdybym chciał), niemniej walor edukacyjny,
            poznawczy płyty oceniam wysoko. Cierpień żadnych nie było.

            a) Może w końcu obejrzę to Sin City bacznie przyglądając się kurtyzanom, hyhy
            b) No, może te Karpaty Magiczne spróbuję zgłębić, bo kto wie...
            c) Numer 17!
            • grimsrund Tracklista 16.08.06, 00:15
              1. Liz Durrett - Mezzanine (Mezzanine, 2006)
              2. Patricia Vonne - Traeme Paz (Once Upon A Time In Mexico OST, 2004)
              3. Sly & Robbie - Softcore Surge (Third World Cop OST, 2000)
              4. Dino Saluzzi - Gorrion (Cite De La musique, 1997)
              5. ? - Radio Bamako (Bush Taxi Mali - Field Recordings From Mali, 2004)
              6. ? - Night In Ancient Egypt (Radio Palestine - Sounds of the Eastern
              Mediterannean, 2004)
              7. Ja'afar Hassan - They Taught Me (Choubi Choubi! Folk and Pop Sounds from
              Iraq, 2005)
              8. Lebanon - Horror Movie (Sunken City, 2006)
              9. Darkwood - Der Falken Flug (Unreleased Version) (Looking For Europe - Neo
              Folk Compendium, 2005)
              10. The Konki Duet - On dort mieux quand il pleut (Il fait tout gris, 2004)
              11. Thee Majesty - Thee Little Black Boy (Looking For Europe - Neo Folk
              Compendium, 2005)
              12. Kaizers Orchestra - Hevnervals (Evig Pint, 2003)
              13. Alamaailman Vasarat - Asuntovelka (Vasaraasia, 2000)
              14. The Magic Carpathians Project - Om Ah Sarasvati Namaha (Cosmic Version)
              (Sonic Suicide, 2005)
              15. Romowe Rikoito - Weilawei (Looking For Europe - Neo Folk Compendium, 2005)
              16. D. Khansakatov - Urul Chykdy (The Secret Museum of Mankind - Ethnic Music
              Classics - Music of Central Asia, 1925-1948, 1996)
              17. Mohammed Rafi - Jaan Pehechaan Ho (Ghost World OST, 2001)
              18. ? - San Xian with 3 Vocals (Streets of Lhasa, 2005)
              19. Saing Saing Maw - Lake Thay Mah Smoke (Guitars of the Golden Triangle -
              Folk and Pop Music of Myanmar (Burma) Vol. 2, 2005)
              20. ? - Birds Are Singing But My Lover Won't Return (Cambodian Cassette
              Archives: Khmer Folk and Pop Music, 2004)
              21. Floating Market Women's Choir - Do Ai (How Many Years Must The Moon Age
              Before It Is Old?) (Three Seasons OST, 1999)
              22. Elly Kasim - Ayam Den Lapeh (Folk and Pop Sounds of Sumatra, Vol. 2, 2005)
              23. Furniture - Twilight Chases The Sun (Twilight Chases The Sun, 2005)
              24. Left - Rear (I Could Stand In Here, 2005)
              25. The Church - Could Be Anyone (Magician Among The Spirits Plus Some, 1999)
      • grimsrund Objaśnienia, Part 1 15.08.06, 21:46
        Nu, jadziem zatem.

        > Numer 1. Spokojniutkie, melancholijne intro (...) Rozumiem, że podróż
        zaczynamy w JuEsEj?

        Nie inaczej. Przy okazji mały hajpik - to piosenka Liz Durrett, której wujkiem
        jest mój wielki faworyt, Vic Chesnutt. On sam towarzyszy tu zresztą latorośli
        na wszystkich instrumentach, na których dziewczę nie mogło zagrać samo (całą
        płytę tak zrobili). Wartości rodzinne rule!

        > Numer 2. Po hiszpańsku, znów głos damski. Ot, taka popowa piosenka. Gdyby
        > leciała w radiu nie zwróciłbym uwagi. No przykro mi bardzo.

        Gdyby Kolega oglądał filmy Roberta Rodrigueza, to inaczej by Kolega gadał. Ta
        piosenka (TRAEME PAZ w wykonaniu Patricii Vonne) pochodzi ze ścieżki dźwiękowej
        ONCE UPON A TIME IN MEXICO, która jako całość była zresztą znacznie lepsza od
        filmu. RR jest nawet współautorem omawianego utworu, zaś powabną pannę Vonne
        można sobie naocznie zobaczyć w innym filmie reżysera - SIN CITY (gra jedną z
        wysoce zmilitaryzowanych kurtyzan, tę w kowbojskim kapeluszu).

        > Numer 3. Znowu na latynoską nutę, ale tym razem bujają. Nawet całkiem znośnie
        > jak na Latynosów. Bo ja to chyba mam jak Glebogryzarka - nienawidzę muzyki
        > latynoskiej (patrz "Płyta pilśniowa") (...)

        A ja zupełnie odwrotnie. Sam utwór zaś, zatytułowany SOFTCORE SURGE, sklecili
        Sly & Robbie, weterani reggae (na którym się nie znam, ale kawałek fajny). To
        zresztą kolejny temat filmowy, z jamajskiego obrazu THIRD WORLD COP.

        > Numer 4. Oooo, bandeon. Czyli jesteśmy w Argentynie? Piazzolla jakiś czy cuś?
        > Lekka sugestia tanga. Bardzo ładne.

        Brawo! Jak najbardziej Argentyna, i prawdziwy tytan bandoneonu - Dino Saluzzi.
        Tytuł kompozycji zaś - GORRION.

        > Numer 5. Hmmmmm... 58 sekund błądzenia po falach radiowych, coś tam
        przebłyskuje od czasu do czasu, słychać jakieś przebłyski egzotycznych
        zaśpiewów.

        Jesteśmy w samym środku Afryki, podsłuchując zachodniego turystę bawiącego się
        gałkami radia w Bamako, stolicy Mali.

        > Numer 6. Ciąg dalszy numeru 5. Znów fragmenty jakichś luźno dobranych kawałków
        > jakby granych z radia. A głosy ludzkie gadają w różnistych narzeczach, nawet
        > po niemiecku. Kończy się to czymś co brzmi jak Tangerine Dream grający jakąś
        > egipską melodię. Dopłynęliśmy do Afryki?

        Tutaj zaś turysta (ale inny niż ten w Mali) skacze sobie nocą po rozgłośniach
        palestyńskich. Przebywając zresztą w Egipcie, bo tam bezpieczniej. Owo nagranie
        terenowe nazwał ciekawie - NIGHT IN ANCIENT EGYPT.

        > Numer 7. Ale to mi nie brzmi afrykanersko, prędzej po turecku, ale pewnie się
        > nie znam. I tu się zaczyna ta część składanki, o której nie wiem co myśleć,
        > jak oceniać. No fajne to, takie granie z wczesnych lat 60., pasujące klimatem
        > do ówczesnych filmów o Bondzie. Ale skąd to, nie mam bladego.

        Blisko, jednak to nie Turcja. To Irak, a pan nazywa się Ja'afar Hassan. Nie
        znam oryginalnego tytułu utworu, w każdym razie po angielsku brzmi on NAUCZYLI
        MNIE. Zważywszy na dość posępną tonację piosenki - aż boję się zgadywać, czego
        oni go tam nauczyli...

        > Numer 8. Instrumentalnie. Znów dwie spokojne gitary, w tle jakieś odgłosy w
        > obcych narzeczach. I nagle w gitary wstępuje niepokój, coś się zbliża, faceci
        > w czerni może, nie wiem, no. I kuniec.

        Teraz jesteśmy w Izraelu, a gra zespół o wdzięcznej nazwie Lebanon. Utwór
        zatytułowany jest HORROR MOVIE i tytuł ten chyba dobrze oddaje ogólny obecny
        klimat miejsca, w którym powstał.

        > Numer 9. Ufff, wprawdzie mowa Goethego jest mi obca, ale umim rozpoznać gdy
        > ową słyszę. A więc jednak Europa. Nie wiem o czym śpiewa pan poeta do
        > akompaniament gitar akustycznych i smyków. Być może o dzielnym szeryfie
        > stającym w samo południe do nierównego pojedynku z najszybszym rewolwerowcem
        > na całym Zachodzie

        Ja ja, herr Pagaj. To kraj uber alles, w utworze dość dobrze chyba oddającym
        tzw. romantyczną duszę wielkiego narodu niemieckiego. Grupa Darkwood śpiewa tu
        jednak nie o dzielnym szeryfie, lecz o dumnym sokole, co wysoko lata. Mogłem
        oczywiście dać na przykład Basię Morgenstern, ale jako Polak nie lubię się
        okłamywać. Zarazem to pierwszy z trzech utworów, które zaczerpnąłem z
        neofolkowej składanki LOOKING FOR EUROPE - kompilacji tyleż pięknej, co ciarki
        na plecach wywołującej.

        > Numer 10. A tutaj po fhancusku. Głosy damskie śpiewają utwór mający w sobie >
        coś z pieśni kościelnej, może nawet to coś z muzyki dawnej jest. Ładne. Pam pam
        > tam pam pam.

        Zaiste, Francya to jest. I chwila oddechu przed tym, co nastąpi. Zespół nazywa
        się The Konki Duet i jest, rzecz jasna, triem. Francusko-japońskim dodajmy.
        Tytuł - ON DORT MIEUX QUAND IL PLEUT. Płyta, z której piosenka pochodzi, też
        jest niezgorsza.

        > Numer 11. Nooo, najlepszy numer so far, choć nie umiem opisać tego co tu się
        > dzieje. Głos męski i damski na przemian snujące po angielsku opowieść na tle
        > pojękiwań wiolonczeli i kontrabasu. A w środku nagle zaczynają śpiewać niczym
        > przy ognisku "la la la la". I znów powrót pojękujących smyków. NIE WIEM CO SIĘ
        > DZIEJE, kurde, ale podoba mi się.

        He he, nie mogłem sobie odmówić umieszczenia w zestawie dzieła jednego z
        największych brytyjskich dziwaków muzycznych, Genezisem O. Wsianką zwanego.
        Utwór THEE LITTLE BLACK BOY to produkt najbardziej chyba "normalnego" wcielenia
        tego pana, czyli Thee Majesty, przy czym słowo "normalnego" nie przez przypadek
        rzecz jasna znalazło się tu w cudzysłowie.

        > Numer 12. Ostry start z kopyta. Muzyka brzmi z lekka po jankesku, nie moja
        > bajka znów, ale wokal wskazuje raczej na tzw. kraje Beneluksu, a może i
        > Skandynawii? Poliglotą nie jestem, więc pewnie znowu autor składanki zrobił
        > mnie w konia.

        Tak, to Skandynawia. Konkretnie - Norwegia, a zespół zwie się Kaizers
        Orchestra. Superoryginalnie to oni nie grają, ale zawsze miło usłyszeć coś na
        poziomie - i nie po angielsku. Podobno występy kapeli na żywo również mają coś
        w sobie - panowie lubią bowiem szaleć na scenie pod krawatami i w maskach
        gazowych.

        C.D.N.
    • good_morning jazda samochodem jest czadowa :D 15.08.06, 16:33
      w pierwszych slowach mej recenzji pragne Ci podziekowac drogi autorze (mam pewne
      podejrzenia) za skladaka poprawiajacego mi nastroj. bardzo ulegam (niestety)
      klimatom, jakiech slucham i czasem wrecz z zamyslem musze czegos, co lubie unikac...
      A Twoja plyta, choc to i owdzie wprowadza lekki tru-mrok ;) generalnie sklania
      nawet, by puscic sie w tany po pokoju. ogolnie jednak nie taka muzyka, ktorej
      slucham na co dzien, 'nie moje' obszary w sporej czesci :)

      o! jakas wyprawa rowerowa za oknem przejezdza, pewnie tez ‘w 40 dni dookola
      swiata’ – taki tytul nosi skladanka

      1.zgadlam zgadlam! ;) pierwszy utwor to papa dance. notabene bardzo adekwatny do
      mojego zycia wers: ‘wyspa juz blisko’ faktycznie, coraz blizej... :) miejmy
      nadzieje tylko, ze nie skonczy sie na dokarmianiu ryb :)))
      ’40 dni dookola swiata’ – papa i mama ;p

      2. wiedzialam wiedzialam! ;) krtaftwerk – ‘trans-europa express’. od czasu do
      czasu mozna posluchac :) jaki jest, kazdy wie, co sie bede meczyc i opisywac ;)

      3. jakies wesole wegry(?) jak mi sie wydaje, ale co, nie wiem nie wiem,
      harmonijki i te klimaty, kapelusz , kowbojki i jazda! zaraz zaraz jakies
      petroleum? o benzynie spiewaja? wrzucam w gugla, chwila... eee, nie chce mi sie
      szukac, za dlugo by bylo. moze to irlandzki, nie wegierski? pogues? (nie?
      schowac sie pod stol? ;))

      4. richtig mroczna i w moich klimatach dobijajaca muzyka. zwlaszcza ten jeden
      dzwiek, na ktorego tle rozwija sie utwor, i na ktorym wybrzmiewa. perkusja dosc
      wyrazna, jak lubie. takie lekko twinpiksowate, jesli mialabym opisac. napiecie
      rosnie, krzyk... dla sluchacza bedacego w dolku nieco suicidal tendences ;)
      ciekawi mnie bardzo, co to i jak szybko zdobede reszte, o ile ona podobna...
      do sluchania w kolko w kazdym razie...

      5. ladne cos, gitarki i mily wokal, zakretasy lekko poludniowoeuropejskie
      czesciowo. zmiany tempa, bardzo dobrze, teraz jedziemy pociagiem jakby,
      cholerka, chyba znam wokal, kto to jest? fajna perkusja przy koncu.

      6. pani cos tam mamroce, pan kaze jej odlozyc telefon i skasowac wszystkie
      operacje. ciekawa rzecz, zmienia sie w trakcie , az sprawdzalam, czy to jeszcze
      ten sam utwor :) poszukalam po tekscie, przyznaje: ‘belle & sebastian’ - Your
      Covers Blown.

      7. super kobiecy wokal, podoba mi sie barwa. jeden z licznych na plycie klimatow
      a la zawodzenie the cure. (cale szczescie: the cure, joy division i zrecznych
      nasladowcow uwielbiam. nie znam.

      8. o rety, niemiecki na poczatek ;) duzo gadaja znieksztalconymi glosikami przy
      plumkajacych dzwiekach. jakies zaspiewy blisko wschodnie przy tym, w pierwszej
      minucie na szczescie zmiany na korzysc, elektronika poswistem zacheca tanecznie,
      co to za jezyk??? czyzby jeszcze blizej-wschodnio-zza-miedzy???

      9 jazda lekko punkowa z żądaniem ‘kielbasy!’ ;D przypomnial mi sie tu telegram,
      ktory otrzymalam od kolezanki bedac jeszcze mloda studentka (ona kierunek
      studiow pedagogika specjalna-resocjalizacja, laczylo nas zainteresowanie muzyka
      subkultur) o tresci ni mniej ni wiecej jak: „punk-rock zwyciezy!’ - koniec.
      pani na poczcie miala klopot z pisownia, bohomazy niemal papier rozdarly,
      przechowuje do dzis te cenna pamiatke ;D

      10. usa lata 50-60??? uuuuu... something burning inside :) mam jakies 'the best’
      dwie plyty ale blizej mnie to nie interesuje. niemniej mile do tanca. w ogole ta
      plyta przyda sie na pozegnalne party przed czekajaca mnie przeprowadzka :)

      11. z poczatku chris martin niemalze na wokalu i fajne talerze, pozniej
      wspomagajaca pani. nie mam pojecia, podoba mi sie jednakowoz, choc nie zacheca
      mnie do szukania reszty tworczosci :)

      12. kolejny interpolowy. perkusja zywcem zerznieta z joy division . straszniscie
      ladne cos w dolujacych klimatach. niestety nie sprawdze, czy to czasami nie z
      ostatniej interpolu, bo mi gupi komputer nie czyta niektorych plyt z mp3, a
      grajetko tez przestalo :( ( aha, i super zestaw glosnikow tyz sie sypie, sam
      sobie glosnosc reguluje, chyba klatwa jakas sasiadow za glosna muzyke ;))

      13. ten sam klimat (dzieki Ci raz jeszcze autorze!) surowe gitarki, milutkie
      chorki, kurcze tak naprawde nie chce mi sie szukac po tekstach, tym bardziej, ze
      angielski nie jest tym, co ja umiem najlepiej (jeszcze ;p)

      14. niech tylko mi tu damian rice nie wyje sie modlilam slyszac wstep, ale
      okazalo sie, ze moze byc jeszcze gorzej. to bije yamatsuke na glowe, no nie
      zdzierze! nie cierpie tego dziwnego spiewania przy akompaniamencie gitarki
      akustycznej jeno. spiewajacy pan/pani??? zatyka sie, jakby mial sie udlawic.
      ludzie tak mowia w jakims nieznanym mi jezyku??? serio? :D i jeszcze sie drze na
      koniec jak atakujacy indianin..
      nadaje sie do przeganiania zabyt glosnych ludkow spod okna (do tej pory
      niezawodny jest ‘dehumanisation’ meshuggah)

      15. nie lubie tego utworu troszeczke, choc do rozruszania sie nadaje ‘again,
      again?’ takie jakies proste to jest jak przyslowiowa budowa cepa. sorry :)

      16. wymiata, powalilo mnie na lozko ze smiechu przy pierwszym sluchaniu
      kiedy wylapywalam ‘piekne dzwieki te’.ta piosenka nie znudzila mnie wcale a
      wcale ani moich znajomych ;D
      wiecie co wam powiem? macie mysli pomylone!!! bo tak naprawde liczy sie tylko
      by-dgos-kie, by-dgos-kie, by-dgos-kie.............!!!!!!!!!!!!!!!!
      czy-czysciutkie!!!!!!!!!!

      dzie-ku-je!!! ilhanie???
      • ilhan A więc 15.08.06, 17:00
        good_morning napisała:

        > A Twoja plyta, choc to i owdzie wprowadza lekki tru-mrok ;) generalnie sklania
        > nawet, by puscic sie w tany po pokoju. ogolnie jednak nie taka muzyka, ktorej
        > slucham na co dzien, 'nie moje' obszary w sporej czesci :)

        Tak, domyślam się. Z lektury forum nie wynikało mi jakieś szczególne pokrewieństwo gustów, niemniej jednak cieszy mnie, że udało mi się czymś przypodobać :)

        Dodam też, że był to zdecydowanie najtrudniejszy ze wszystkich temat składanki, pociłem się, sapałem i co tu ukrywać - niestety wyszła mi najmniej fajna z dotychczasowych kompilacji. Jej koncept jest wyjątkowo banalny i dosłowny, zawiera się w objechaniu świata dookoła, taka klamerka, że ruszamy z Polski i do niej powracamy.


        > 3. jakies wesole wegry(?) jak mi sie wydaje, ale co, nie wiem nie wiem,
        > harmonijki i te klimaty, kapelusz , kowbojki i jazda! zaraz zaraz jakies
        > petroleum? o benzynie spiewaja? wrzucam w gugla, chwila... eee, nie chce mi sie
        > szukac, za dlugo by bylo. moze to irlandzki, nie wegierski? pogues? (nie?
        > schowac sie pod stol? ;))

        Cytuję:

        Kényes porcelán, és itt áll a zongorán
        Egy fényes régi-régi-régi-régi lámpa,
        Talpán zöld betűk,
        Én vagyok a fény, a tűz
        Hogy láss az éjszakában -

        Petróleumlámpa,
        Milyen szép a lángja

        I tak dalej. To oczywiście nasi bratankowie - zespół Omega i opener ich drugiego albumu "Tízezer Lépés" z 1969 pt. "Petróleumlámpa". Takie, powiedzmy, westernowe The Beatles - kozacki numer.

        (cdn. za kilkadziesiąt minut)
        • ilhan i dalej 15.08.06, 17:53
          good_morning napisała:

          > 4. richtig mroczna i w moich klimatach dobijajaca muzyka. zwlaszcza ten jeden
          > dzwiek, na ktorego tle rozwija sie utwor, i na ktorym wybrzmiewa. perkusja dosc
          > wyrazna, jak lubie. takie lekko twinpiksowate, jesli mialabym opisac. napiecie
          > rosnie, krzyk... dla sluchacza bedacego w dolku nieco suicidal tendences ;)
          > ciekawi mnie bardzo, co to i jak szybko zdobede reszte, o ile ona podobna...
          > do sluchania w kolko w kazdym razie...

          Czwarty etap: Węgry - Francja
          To Gonzalez i Fromageau czyli duet M83. Wydali bodaj dwa albumy. W skrócie rzecz ujmując "shoegaze na syntezatorach". Tutaj mamy "Gone" z płyty "Dead Cities, Red Seas & Lost Ghosts" z 2003 roku. Mnie też to powala i jakkolwiek płyta mnie kiedyś minimalnie zawiodła, nie musisz się sugerować, bo reszta świata się nią podniecała w całości.


          > 5. ladne cos, gitarki i mily wokal, zakretasy lekko poludniowoeuropejskie
          > czesciowo. zmiany tempa, bardzo dobrze, teraz jedziemy pociagiem jakby,
          > cholerka, chyba znam wokal, kto to jest? fajna perkusja przy koncu.

          Piąty etap: Francja - Anglia
          Obowiązkowy punkt każdej mojej składanki, hehe. Dopłynęliśmy na południe Wysp gdzie witają XTC i nieprzypadkowo wybrany "Jason & The Argonauts". Chyba obiektywnie jedno z ich większych osiągnięć.


          > 6. pani cos tam mamroce, pan kaze jej odlozyc telefon i skasowac wszystkie
          > operacje. ciekawa rzecz, zmienia sie w trakcie , az sprawdzalam, czy to jeszcz
          > e
          > ten sam utwor :) poszukalam po tekscie, przyznaje: ‘belle & sebastianR
          > 17; - Your Covers Blown.

          Etap szósty: Anglia - Szkocja
          *Kompletnie* niereprezentatywny utwór dla tej grupy, ale za to jak dobry.


          > 7. super kobiecy wokal, podoba mi sie barwa. jeden z licznych na plycie klimatow
          > a la zawodzenie the cure. (cale szczescie: the cure, joy division i zrecznych
          > nasladowcow uwielbiam. nie znam.

          Etap siódmy: Szkocja - Irlandia
          No, za naśladowców The Cure to kilka osób by Cię pogoniło :)
          To My Bloody Valentine i wspaniałe "Off You Face".


          > 8. o rety, niemiecki na poczatek ;) duzo gadaja znieksztalconymi glosikami przy
          > plumkajacych dzwiekach. jakies zaspiewy blisko wschodnie przy tym, w pierwszej
          > minucie na szczescie zmiany na korzysc, elektronika poswistem zacheca tanecznie, co to za jezyk??? czyzby jeszcze blizej-wschodnio-zza-miedzy???

          Etap ósmy: Irlandia - Brazylia czyli podróż prawie po przekątnej Atlantyku
          Widzę że good-morning podobnie jak redaktor Piotr Dębowski i ja "nie zna języka brazylijskiego". To ponoć legenda tamtejszego post-punku, grupa Agentss i ich self-titled utwór, po prostu "Agentes".


          > 9 jazda lekko punkowa z żądaniem ‘kielbasy!’ ;D przypomnial mi sie
          > tu telegram,
          > ktory otrzymalam od kolezanki bedac jeszcze mloda studentka (ona kierunek
          > studiow pedagogika specjalna-resocjalizacja, laczylo nas zainteresowanie muzyka
          > subkultur) o tresci ni mniej ni wiecej jak: „punk-rock zwyciezy!’
          > - koniec.

          Anegdota piękna :)
          Na dziewiątym etapie docieramy do USA i zostajemy na dwa utwory. Kryterium absolutnie rasistowskie - pierwszy biały, drugi czarny. "Kiełbasa" to "New Day Rising", tytułowa kompozycja z albumu Husker Du.

          > 10. usa lata 50-60??? uuuuu... something burning inside :) mam jakies 'the
          > best’ dwie plyty ale blizej mnie to nie interesuje. niemniej mile do tanca. w > ogole ta plyta przyda sie na pozegnalne party przed czekajaca mnie
          > przeprowadzka :)

          Cudo nie piosenka. Jeden z najklasyczniejszych singli Motown - Martha & The Vandellas "Heat Wave".


          > 11. z poczatku chris martin niemalze na wokalu i fajne talerze, pozniej
          > wspomagajaca pani. nie mam pojecia, podoba mi sie jednakowoz, choc nie zacheca
          > mnie do szukania reszty tworczosci :)

          Przesuwamy się na północ do Kanady. Chris Martin - nieeee. Jedna z najlepszych piosenek świata w metrum 7/4. Broken Social Scene "7/4 (Shoreline)".


          > 12. kolejny interpolowy. perkusja zywcem zerznieta z joy division . straszniscie
          > ladne cos w dolujacych klimatach. niestety nie sprawdze, czy to czasami nie z
          > ostatniej interpolu

          No nie. Interpol szczególnie na drugiej płycie nawet nie leżał obok takich kompozycji. Z Kanady pomknęliśmy do Nowej Zelandii. The Chills "Pink Frost", piosenka w niebie napisana. 1984!


          > 13. ten sam klimat (dzieki Ci raz jeszcze autorze!) surowe gitarki, milutkie
          > chorki

          Zostajemy na Antypodach, ale to już Australia. A jak Australia, to musieli być The Go-Betweens. Faktycznie podobny klimat, bo te zespoły sporo łączy. Nieśmiertelny klasyk śmiertelnego Granta McLennana - "Cattle & Cane" z 1983.


          > 14. niech tylko mi tu damian rice nie wyje sie modlilam slyszac wstep, ale
          > okazalo sie, ze moze byc jeszcze gorzej. to bije yamatsuke na glowe, no nie
          > zdzierze! nie cierpie tego dziwnego spiewania przy akompaniamencie gitarki
          > akustycznej jeno. spiewajacy pan/pani??? zatyka sie, jakby mial sie udlawic.
          > ludzie tak mowia w jakims nieznanym mi jezyku??? serio? :D i jeszcze sie drze na
          > koniec jak atakujacy indianin..
          > nadaje sie do przeganiania zabyt glosnych ludkow spod okna (do tej pory
          > niezawodny jest ‘dehumanisation’ meshuggah)

          Tu byłem szczególnie ciekaw reakcji :)
          Oczywiście Japonia. Legendarny bard, Bob Dylan Kraju Kwitnącej Wiśni czyli Kazuki Tomokawa. Ta piosenka to fenomen - drugiego tak emocjonalnego i jednocześnie skrajnie śmiesznego utworu sobie nie przypominam. Niestety nie ma pojęcia z jakiej to płyty i jak nazywa się utwór, przyjmijmy więc umownie za refrenem: CZTYRYTYTYŃJOOOOAAAA.


          > 15. nie lubie tego utworu troszeczke, choc do rozruszania sie nadaje ‘aga
          > in, again?’ takie jakies proste to jest jak przyslowiowa budowa cepa. sorry :
          > )

          To z kanonu właściwie - David Byrne i Brian Eno z albumu "My Life In The Bush Of Ghosts".


          > 16. wymiata, powalilo mnie na lozko ze smiechu przy pierwszym sluchaniu
          > kiedy wylapywalam ‘piekne dzwieki te’.ta piosenka nie znudzila mnie
          > wcale a
          > wcale ani moich znajomych ;D
          > wiecie co wam powiem? macie mysli pomylone!!! bo tak naprawde liczy sie tylko
          > by-dgos-kie, by-dgos-kie, by-dgos-kie.............!!!!!!!!!!!!!!!!
          > czy-czysciutkie!!!!!!!!!!

          Pocieszające w dzisiejszych czasach, że wciąż Wielka Muzyka przemawia do ludzi o rozbieżnych gustach. Kompilację zamyka nasz rodak - Seba Raver z Zabrza i jego kultowa "Podróż". Utwór *nieopisywalny*. Niestety Seba podążył śladami Syda Barretta i po nagraniu kilku utworów stracił serce do muzyki, pozostaje wierzyć, że być może kiedyś ten pionier koktajlu złożonego z rave'u i rapu czyli rapidu jeszcze powróci.


          > dzie-ku-je!!! ilhanie???

          Pro-szę! :)

          Pozdrowienia.
          • ilhan Tracklista 15.08.06, 17:59
            01. Papa Dance - W 40 dni dookoła świata (singiel; 1984)
            02. Kraftwerk - Trans Europa Express (Trans Europa Express; 1977)
            03. Omega - Petróleumlámpa (Tízezer Lépés; 1969)
            04. M83 - Gone (Dead Cities, Read Seas & Lost Ghosts; 2003)
            05. XTC - Jason & The Argonauts (English Settlement; 1982)
            06. Belle & Sebastian - Your Cover's Blown (Books EP; 2004)
            07. My Bloody Valentine - Off Your Face (Glider EP; 1990)
            08. Agentss - Agentes (singiel; 1982)
            09. Husker Du - New Day Rising (New Day Rising; 1985)
            10. Martha & The Vandellas - (Love Is Like A) Heat Wave (singiel; 1963)
            11. Broken Social Scene - 7/4 (Shoreline) (Broken Social Scene; 2005)
            12. The Chills - Pink Frost (singiel; 1984)
            13. The Go-Betweens - Cattle & Cane (Before Hollywood; 1983)
            14. Kazuki Tomokawa - WTF (WTF; WTF)
            15. David Byrne & Brian Eno - America Is Waiting (My Life In The Bush Of Ghosts; 1981)
            16. Seba Raver z Zabrza - Podróż (www.republika.pl/sebarave/)
            • nemrrod Re: Tracklista 15.08.06, 18:17
              ilhan napisał:

              > 01. Papa Dance - W 40 dni dookoła świata (singiel; 1984)
              > 16. Seba Raver z Zabrza - Podróż (www.republika.pl/sebarave/)

              HA HA, na samym początku miałem *identyczny* pomysł na otwieracza i zamykacza
              mojej składanki, ale wydało mi się to zbyt oczywiste, tak myślałem, że ktoś
              jeszcze na to wpadnie :)
          • good_morning Re: i dalej 15.08.06, 22:02
            no strasznie nie? co ta morning miejscami nagadala! ;) ale tak to jest,ze
            czlowiekowi kojarzy sie z tym, czego najwiecej slucha a mi generalnie leci po
            klimatach. a juz w ogole porownanie do the cure to zaszczyt kurcze ;D
            a powaznie: w czym blad? niech sie doedukuję :)

            "Dead Cities,
            > Red Seas & Lost Ghosts" - tytul mowi sam za siebie, w ciemno bym siegnela
            pewnie...

            pozdrawiam :)
            • ilhan Re: i dalej 15.08.06, 22:56
              good_morning napisała:

              > no strasznie nie? co ta morning miejscami nagadala! ;) ale tak to jest,ze
              > czlowiekowi kojarzy sie z tym, czego najwiecej slucha a mi generalnie leci po
              > klimatach. a juz w ogole porownanie do the cure to zaszczyt kurcze ;D
              > a powaznie: w czym blad? niech sie doedukuję :)

              Ale o które miejsce chodzi?
                • ilhan Re: i dalej 15.08.06, 23:11
                  pagaj_75 napisał:

                  > ilhan napisał:
                  >
                  > > Ale o które miejsce chodzi?
                  >
                  > elementarne, drogi Watsonie:
                  > porównanie do The Cure -> My Bloody Valentine

                  Aha, ale to, że MBV posiadają fanatyczną otoczkę jest chyba dla wszystkich jasne? To miałem na myśli. Shields raczej Cure się nie inspirował, choć tu żadnym ekspertem nie jestem.
                  • aimarek Re: i dalej 16.08.06, 00:38
                    Porównanie do The Cure nie jest takie całkiem z dupy. Wprawdzie "Off Your Face"
                    niespecjalnie kojarzy mi się z The Cure, ale wczesne MBV dość mocno inspirowane
                    było tego typu graniem. Wybrany przez Ilhana kawałek to jeden z najbardziej
                    konwencjonalnie chwytliwych numerów Shieldsa i jedna z wielu pereł, jakie ten
                    boss pochował na ep-kach zespołu.
                    • ilhan Re: i dalej 16.08.06, 10:13
                      aimarek napisał:

                      > Porównanie do The Cure nie jest takie całkiem z dupy. Wprawdzie "Off Your Face"
                      > niespecjalnie kojarzy mi się z The Cure, ale wczesne MBV dość mocno inspirowane
                      > było tego typu graniem.

                      Wczesne = sprzed "Isn't Anything"?
                      • aimarek Re: i dalej 16.08.06, 15:49
                        ilhan napisał:

                        > Wczesne = sprzed "Isn't Anything"?

                        Tak. Miałem na myśli np. "This Is Yor Bloody Valentine" albo "Ecstasy" i
                        "Strawberry Wine". Nie wiem czy The Cure jest tu akurat najwłaściwszym punktem
                        odniesienia, ale chwilami brzmi to nawet dość podobnie. W każdym razie chodzi o
                        taki klimat mrocznofalowy.
                        • cze67 Re: i dalej 16.08.06, 15:52
                          aimarek napisał:

                          > Tak. Miałem na myśli np. "This Is Yor Bloody Valentine" albo "Ecstasy" i
                          > "Strawberry Wine".

                          Spytam głupio - znasz te nagrania z CD czy "skądinąd"?
                          • aimarek Re: i dalej 16.08.06, 18:15
                            cze67 napisał:

                            > Spytam głupio - znasz te nagrania z CD czy "skądinąd"?

                            Nie jest to głupie pytanie, a odpowiedź brzmi: skądinąd. Wszyyyystko znam skądinąd.
          • nemrrod Re: i dalej 23.08.06, 15:11
            ilhan napisał:

            > Pocieszające w dzisiejszych czasach, że wciąż Wielka Muzyka przemawia do ludzi
            > o rozbieżnych gustach. Kompilację zamyka nasz rodak - Seba Raver z Zabrza i
            > jego kultowa "Podróż". Utwór *nieopisywalny*. Niestety Seba podążył śladami
            > Syda Barretta i po nagraniu kilku utworów stracił serce do muzyki, pozostaje
            > wierzyć, że być może kiedyś ten pionier koktajlu złożonego z rave'u i rapu
            > czyli rapidu jeszcze powróci.

            Ej, sprawdźcie to:
            www.absynt2.nazwa.pl/absynt/wywiad-sebaraver.htm
            Świeżutki wywiad, w którym Seba zdradza sensacyjne kulisy powstania "Podróźy" i
            opowiada o pionierstwie jego muzyki w Polsce. I uwaga: Seba nie wyklucza powrotu! :)
      • hennessy.williams Re: Pocztówka z wakacji 23.08.06, 15:00
        Przepraszam autora, że aż tydzień minął, ale musiałem się osłuchać. Gramy!

        #1 Panowie z pewnością palili jakieś zioło. Traveling Incognito by the way. Nie
        wiem co to gra, ale klimat minionych czasów ma fajny. Do zgłebienia.
        #2 Ładne. Jakbym w kosmos miał startować. Niby niewiele się tu dzieje, ale
        podszyte to obietnicą czegoś tajemniczego.
        #3 Zremiksowany Serge Gainsbourg. I akurat znam tę wersję "Aeroplanes".
        Readymade z płyty I Love Serge. Ten klawisz czyni dobrą robotę.
        #4 Nie wiem, kto to, ale bardzo mi się podoba. Chętnie wciągnę tę panią na
        listę ulubionych głosów. To po norwesku?
        #5 Klimat jak z #2, tylko już jesteśmy w przestworzach. Albo popsuła się
        aparatura, albo kosmonauci grają w ping-ponga (tę starą grę telewizyjną).
        #6 David Grubbs i Jim O'Rourke (nawet wokalnie się tu udziela), czyli Gastr Del
        Sol z płyty Camoufleur. Lubię całość.
        #7 To powinienem znać. Powinienem, prawda? Charakterystyczne brzmienie, kto tak
        gra? Podoba mi się, ale nie podoba mi się, że mnie męczy, kto to!
        #8 Drum&Bass. Nie wzięło mnie to. Może tytuł jakiś znaczący i stąd obecność
        tego utworu na składance? Ale wytrzymam, nie będę niczego skipował.
        #9 Podoba mnie się. Szczególnie to, jak się rozwija ten numer. Ale mało słucham
        takiej muzyki, więc zupełnie nie orientuje się kto to może być.
        #10 A tu od razu się orientuję. Ze wskazaniem na orient. David Sylvian, Japan,
        Tin Drum, Visions Of China. Roku tylko dokładnego nie pomnę, więc zostawiam
        autorowi możliwość doprecyzowania ;) Zacna to płyta.
        #11 Uuu, Houston mamy problem. Trzyminutowe odgłosy odliczania czasu zwolnione
        do siedmiuipółminuty? Ewidentnie na coś czekam...
        #12 Wciąga mnie ten utwór. Po całości - i wokal, i beat. Chętnie wciągnę się w
        całą płytę, tylko o wskazówki proszę.
        #13 Kuba? Libre? Pachnie mi to jakimś filmem. Tylko wtedy chyba ta Kuba odpada
        na rzecz Argentyny... Ciekawe, szczególnie instrumenty perkusyjne. Kolejny duży
        plus.
        #14 Perkusja (bębny) dalej robią swoje, ale inaczej. Przeciskamy się przez
        dżunglę. Na szczęście niedługo, bo chyba wycinają drzewa i mogłoby być
        niebezpiecznie.
        #15 Tak się zastanawiam - lądujemy? A może jednak pora podjąć decyzję czy w
        ogóle wracać do domu. Długie to, więc jednak wracam.

        Podsumowując: podoba mi się koncept (chyba, że załapałem coś opatrznie). Parę
        rzeczy skłania mnie do sięgnięcia po więcej - a to chyba zawsze najlepszy efekt
        swapów. Nie ma specjalnie niczego takiego, coby mnie przeraziło i kazało
        wyłączyć płytę, mimo że nie słucham na codzień większości z proponowanej tu
        muzyki.
        Drogą dedukcji doszedłem, że składanką uszczęśliwił mnie użytkownik z sufiksem
        75. A jeśli nie on, to znaczy, że ktoś się tu chamsko pod niego podszywa ;)
        Wielkie dzięki i proszę o rozszyfrowanie.
        • pagaj_75 Re: Pocztówka z wakacji 23.08.06, 20:20
          Przebóg! Zostałem rozpoznany. Czyżby po charakterze pisam? :-) Następna
          składanka będzie musiała czymś zaskoczyć, jak widzę.
          Przyznam, że choć wymyśliłem temat swapa, a i zapaliłem się mocno do niego, to
          potem miałem wieeeeelkie problemy. Niestety, wygląda na to, że ostatnio lubię
          gdy grają dłuuugo, niespiesznie rozwijając pomysły, więc żeby w pełni oddać
          zamysł jaki mi przyświecał musiałbym zrobić składankę dwupłytową, a tego
          regulamin nie przewiduje. Zresztą, odbiorca prawdopodobnie nie wytrzymałby
          raczej tego maratonu. No i tak oto skończyło się na mocno okrojonej, wręcz
          okaleczonej wersji, ale trudno.
          Idea jest bardzo prosta i podobna do Grimsrundowej - pocztówka z wakacji, czyli
          kilkanaście miejsc, w które pagaj chętnie by się wybrał, gdyby go było stać na
          taką podróż dookoła świata. Ponieważ pagaj klimatyczne zapatrywania ma dość
          nietypowe (woli raczej chłód niż ciepłe kraje), więc i składanka niestety
          musiała momentami posiąść ów walor edukacyjny, czyli zahaczyć o muzyczne rejony,
          które kręcą chyba tylko pagaj i nikogo więcej. Taka uroda całej zabawy ;)

          No to teraz do rzeczy:

          > #1 Panowie z pewnością palili jakieś zioło. Traveling Incognito by the way.
          > Nie wiem co to gra, ale klimat minionych czasów ma fajny. Do zgłebienia.

          Bardzo możliwe, że palili, bo to takie czasy były - rok 1969, najstarszy kawałek
          na płycie. To tacy zapomniani brytyjscy psychodeliczni jajcarze, East of Eden
          się nazywali. Utwór "Northern Hemisphere" otwierał ich debiut "Mercator
          Projected", dedykowaną XVI-wiecznemu kartografowi Gerardowi de Cremere, zwanemu
          też Gerardusem Mercatorem. I to tyle wstępu, a teraz ruszamy w podróż ;-)

          > #2 Ładne. Jakbym w kosmos miał startować. Niby niewiele się tu dzieje, ale
          > podszyte to obietnicą czegoś tajemniczego.

          Płyty Christiana Fennesza tą obietnicę spełniają z nawiązką, moim zdaniem.
          Podróż zaczynamy w Wiedniu, skąd pochodzi autor utworu, a wraz z nim na chwilę
          udajemy się do Wenecji (a może i gdzie indziej? utwór nazywa się "Rivers of Sand").

          > #3 Zremiksowany Serge Gainsbourg. I akurat znam tę wersję "Aeroplanes".
          > Readymade z płyty I Love Serge. Ten klawisz czyni dobrą robotę.

          Dodam tylko, że jakiś rok temu latem miałem straszną fazę na ten remiks.

          > #4 Nie wiem, kto to, ale bardzo mi się podoba. Chętnie wciągnę tę panią na
          > listę ulubionych głosów. To po norwesku?

          Po islandzku. Pani nazywa się Ragnheidur Grondal i ponoć w ojczyźnie jest znana
          i uwielbiana. Tutaj występuje gościnnie, bo utwór swoim nazwiskiem firmuje
          Jóhann Jóhannsson, jedna z najbardziej rzucających się w uszy postaci na bogatej
          (mimo niewielkiej populacji kraju) scenie muzycznej Islandii. Solo wydał trzy
          płyty, z których każda jest kompletnie inna od pozostałych. Masz do czynienia z
          tytułową piosenką z płyty nr 3 - soundtracku do filmu "Dis", którego w życiu na
          oczy nie widziałem :) Taka osłoda przed nadciągającym zimnem.

          > #5 Klimat jak z #2, tylko już jesteśmy w przestworzach. Albo popsuła się
          > aparatura, albo kosmonauci grają w ping-ponga (tę starą grę telewizyjną).

          No cóż, z Reykyaviku wykonujemy dość długi lot za koło podbiegunowe, zahaczamy o
          Grenlandię i znajdujemy się w Kanadzie. "Music for Tundra" - tytuł utworu mówi
          chyba wszystko. Otwiera on, jeden z najbardziej lodowatych albumów ostatnich
          lat, "Haunt Me" Tima Heckera, który zaczynał jako producent minimalistycznego
          techno (pod pseudonimem Jetone), a potem przerzucił się na ambient.

          > #6 David Grubbs i Jim O'Rourke (nawet wokalnie się tu udziela), czyli Gastr
          > Del Sol z płyty Camoufleur. Lubię całość.

          Stany, a jak Stany, to... no cóż, "Mouth Canyon" to najbliższa country rzecz,
          jaką jestem w stanie przyswoić ;)

          > #7 To powinienem znać. Powinienem, prawda? Charakterystyczne brzmienie, kto
          > tak gra? Podoba mi się, ale nie podoba mi się, że mnie męczy, kto to!

          A nie wiem czy powinieneś. A właściwie - tak! Wszyscy powinni wiedzieć, że Scott
          Montheit aka Deadbeat fajną muzykę robi, zwłaszcza po rewelacyjnym secie jaki
          zagrał w warszawskiej Pruderii niecałe dwa tygodnie temu. Deadbeat ma wielką
          słabość do dubu i innych karaibskich klimatów, przetwarzając je w cyfrowy
          chill-out, a dzięki jego "Port-au-Prince" nasza podróż zahacza o tamte rejony
          geograficzne.

          > #8 Drum&Bass. Nie wzięło mnie to. Może tytuł jakiś znaczący i stąd obecność
          > tego utworu na składance? Ale wytrzymam, nie będę niczego skipował.

          Gratuluję niezwykłej intuicji - tytuł wyjaśnia wiele, brzmi "Chomp Samba", a
          autorem tej nieprawdopodobnej młócki jest Amon Tobin, Brazylijczyk mieszkający w
          Londynie, gwiazda Ninja Tune. Czyli na moment zatrzymujemy się w Rio.

          > #9 Podoba mnie się. Szczególnie to, jak się rozwija ten numer. Ale mało
          > słucham takiej muzyki, więc zupełnie nie orientuje się kto to może być.

          Heh, drugi raz robię ten trik, pierwszy raz rok temu, na składance dla Aimarka -
          gdybym dał utwór tej kapeli z wokalem, rozpoznałbyś od razu. To Jamiroquai i
          podróż do Arnhemland, rejonu północnej Australii zamieszkanej wyłącznie przez
          Aborygenów odmawiających szerszych kontaktów z cywilizacją.

          > #10 A tu od razu się orientuję. Ze wskazaniem na orient. David Sylvian, Japan,
          > Tin Drum, Visions Of China. Roku tylko dokładnego nie pomnę, więc zostawiam
          > autorowi możliwość doprecyzowania ;)

          Sześć lat wtedy miałem. "Przeprowadzenie obliczeń zostawia się czytelnikowi jako
          ćwiczenie", jak to często piszą w książkach matematyczno-fizycznych ;)
          W ten cwany sposób załatwiłem dwa kraje - Japonię i Chiny.

          > #11 Uuu, Houston mamy problem. Trzyminutowe odgłosy odliczania czasu zwolnione
          > do siedmiuipółminuty? Ewidentnie na coś czekam...

          Ech, wiedziałem, że będzie problem. A to fragment jednej z najpiękniejszych
          ambientowych płyt wszechczasów, o czym zaświadczyć może również Braineater. Geir
          Jenssen aka Biosphere oprócz muzyki ma jeszcze dwie pasje w życiu, którym daje
          wyraz również w swoich utworach. Pierwsza, czysto teoretyczna, to loty
          kosmiczne. Druga, praktyczna, to łażenie po górach, i to tych dużych. Chukhung
          to ponoć przepiękna dolina w Himalajach, jak i mierzący ponad 5,5 tysiąca km
          szczyt Chukhung Ri, na który to podobno Geir kiedyś osobiście się wdrapał. Tam
          wszystko wydaje się biec w zwolnionym tempie, a w tle słychać jakieś dzwony z
          buddyjskiego klasztoru. O. :-)

          > #12 Wciąga mnie ten utwór. Po całości - i wokal, i beat. Chętnie wciągnę się w
          > całą płytę, tylko o wskazówki proszę.

          Przelecieliśmy nad Himalajami, więc trochę, choćby tylko udawanej Arabii
          zwiedźmy. Co do wskazówek, to jest mały problem. Skucha polega na tym, że ta
          konfiguracja wokalu i beatów przytrafiła się tylko w tym jednym kawałku. Pani
          nazywa się Mara Carlyle i w swoich solowych nagraniach śpiewa zupełnie inaczej.
          Utwór nazywa się "Rakimou" i znajduje się na płycie "Not for Threes" jednej z
          wielkich onegdaj chlub wytwórni Warp - duetu Plaid. Na płycie udzielają się
          również Bjork i Nicolette (znana ze współpracy z Massive Attack), więc może
          jednak spróbujesz sięgnąć po ten album, bo jest całkiem (jak na Warpa)
          przystępny i moim zdaniem nie zestarzał się tak bardzo jak twierdzi Nemrrod ;-)

          > #13 Kuba? Libre? Pachnie mi to jakimś filmem. Tylko wtedy chyba ta Kuba odpada
          > na rzecz Argentyny... Ciekawe, szczególnie instrumenty perkusyjne. Kolejny
          > duży plus.

          Kuba? Nieee... Zwróciłbym uwagę kolegi na to, że melodia brzmi trochę jakby po
          żydowsku, czyż nie? To Masada, czyli Johna Zorna nowoczesne podejście do muzyki
          klezmerskiej. Bardzo warto podejść, zwłaszcza do płyty pierwszej, "Alef".

          > #14 Perkusja (bębny) dalej robią swoje, ale inaczej. Przeciskamy się przez
          > dżunglę. Na szczęście niedługo, bo chyba wycinają drzewa i mogłoby być
          > niebezpiecznie.

          Afryka dzika musiała być, ale nie miałem pod ręką nic na tyle krótkiego, żeby
          się zmieściło. No i stanęło na fragmen
          • pagaj_75 Re: Pocztówka z wakacji 23.08.06, 20:21
            ciąg dalszy, bo ucięło:

            > #14 Perkusja (bębny) dalej robią swoje, ale inaczej. Przeciskamy się przez
            > dżunglę. Na szczęście niedługo, bo chyba wycinają drzewa i mogłoby być
            > niebezpiecznie.

            Afryka dzika musiała być, ale nie miałem pod ręką nic na tyle krótkiego, żeby
            się zmieściło. No i stanęło na fragmencie z "Dream Theory in Malaya" Jona
            Hassela, jednej z najbardziej niesamowitych płyt z całego world-musicowego boomu
            przełomu lat 70 i 80.

            > #15 Tak się zastanawiam - lądujemy? A może jednak pora podjąć decyzję czy w
            > ogóle wracać do domu. Długie to, więc jednak wracam.

            Wrócić możnaby na przykład przez Berlin, gdzie rezyduje duet Monolake, który był
            jedną z najjaśniejszych gwiazd berlińskiej szkoły ambientującego minimalnego
            techno z wytwórni Chain Reaction. Tutaj zamykacz z ich długogrającego debiutu,
            "Hongkong". Muzyka Monolake pełna jest dość niezwykłych odgłosów,
            oszałamiających dźwięków z egzotycznych lokacji, mógłbym właściwie wypalić Ci
            całą tą płytę i też niezła podróż z tego by wyszła, choć nie wiem czy
            zdzierżyłbyś ponad godzinę głuchego beatu na 4 :-) Tutaj raczej dają nura gdzieś
            w wody Pacyfiku, a może to tylko sen w pociągu powrotnym? ;-)

            Składanka przystępna w miarę, choć nieco eklektyczna, ale takie było założenie.
            Jeśli faktycznie coś z tego Cię zainteresowało, to mam poczucie wypełnionej
            misji. Dzięki za recenzję.

            Pełna tracklista:

            1. East of Eden - "Northern Hemisphere" ("Mercator Projected", 1969)
            2. Fennesz - "Rivers of Sand" ("Venice", 2004)
            3. Serge Gainsbourg - "Aéroplanes (Readymade's Bold Mix)" ("I Love Serge", 2001)
            4. Jóhann Jóhannsson - "Dís" ("Dís", 2005)
            5. Tim Hecker - "Music for Tundra" ("Haunt Me, Haunt Me Do It Again", 2001)
            6. Gastr del Sol - "Mouth Canyon" ("Camoufleur", 1998)
            7. Deadbeat - "Port-au-Prince" ("New World Observer", 2005)
            8. Amon Tobin - "Chomp Samba" ("Bricolage", 1997)
            9. Jamiroquai - "Journey to Arnhemland" ("The Return of the Space Cowboy", 1994)
            10. Japan - "Visions of China" ("Tin Drum", 1981)
            11. Biosphere - "Chukhung" ("Substrata", 1997)
            12. Plaid - "Rakimou" ("Not for Threes", 1997)
            13. Masada - "Ravayah" ("Beit", 1994)
            14. Jon Hassel - "Courage" ("Dream Theory in Malaya", 1981)
            15. Monolake - "Mass Transit Railway" ("Hongkong", 1997)
          • hennessy.williams Re: Pocztówka z wakacji 25.08.06, 23:51
            pagaj_75 napisał:

            > #4 Po islandzku. Pani nazywa się Ragnheidur Grondal i ponoć w ojczyźnie jest
            znana
            > i uwielbiana.

            Młodziutka, 22 lata... Tylko niczego nie mogę znaleźć na jej stronie, bo po
            islandzku. Ale tak szybko się nie poddam.

            > #8 Gratuluję niezwykłej intuicji - tytuł wyjaśnia wiele, brzmi "Chomp Samba",
            a
            > autorem tej nieprawdopodobnej młócki jest Amon Tobin, Brazylijczyk
            mieszkający
            > w
            > Londynie, gwiazda Ninja Tune.

            Tego pana oczywiście kojarzę, ale nie poznałem.

            > #9 Heh, drugi raz robię ten trik, pierwszy raz rok temu, na składance dla
            Aimarka
            > -
            > gdybym dał utwór tej kapeli z wokalem, rozpoznałbyś od razu. To Jamiroquai

            ... a płyta, z której jest ten utwór stoi sobie obok mnie na półce :)
            A wydawało misie, że znam ich tak dobrze.

            > #13 Kuba? Nieee... Zwróciłbym uwagę kolegi na to, że melodia brzmi trochę
            jakby
            > po żydowsku, czyż nie? To Masada, czyli Johna Zorna nowoczesne podejście do
            muzyki
            > klezmerskiej. Bardzo warto podejść, zwłaszcza do płyty pierwszej, "Alef".

            No to teraz się spaliłem ze wstydu. Po pierwsze dlatego, że jak wydedukowałem,
            że dostałem twoje dzieło, to mogłem też wydedukować, że będzie Masada, a po
            drugie dlatego, że sam z siebie powinienem poznać co gra.

            Raz jeszcze dzięki.
          • aimarek Re: Pocztówka z wakacji 02.09.06, 12:31
            pagaj_75 napisał:

            >> #13 Kuba? Libre? Pachnie mi to jakimś filmem. Tylko wtedy chyba ta Kuba odpada
            >> na rzecz Argentyny... Ciekawe, szczególnie instrumenty perkusyjne. Kolejny
            >> duży plus.

            > Kuba? Nieee... Zwróciłbym uwagę kolegi na to, że melodia brzmi trochę jakby po
            > żydowsku, czyż nie? To Masada, czyli Johna Zorna nowoczesne podejście do
            >muzyki klezmerskiej. Bardzo warto podejść, zwłaszcza do płyty pierwszej, "Alef".

            To ja proponuję jeszcze ten kawałek ("Ravayah") w ślicznej interpretacji Tima
            Sparksa z albumu "Masada Guitars". Został właśnie umieszczony Wiadomo-Gdzie (a
            jak nie wiadomo to pytać).
            • hennessy.williams Re: Pocztówka z wakacji 02.09.06, 14:05
              Dzięki, wzięty. Zaiste ładne to. Pewnie większe fragmenty znajdą swoje
              odzwierciedlenie w raporcie specjalnym pt. "We wrześniu słuchaliśmy".
              Ale najpierw muszę się odkopać z innych obowiązków (albo zwolnić się z pracy) i
              napisać, co było słuchane w sierpniu.
        • aimarek Re: Burn Baby Burn, edycja czwarta 17.08.06, 22:08
          Dostałem składaka i dziękuję pięknie, zwłaszcza, że na pierwszy rzut ucha może
          być bardzo ciekawie. Jak będę miał trochę czasu to wgryzę się mocniej i
          skonstruuję jakąś recenzję. Kiedy to nastąpi? Nie wiadomo. Ale pewnie niezbyt
          prędko, bo harmonogram napięty, a poza tym - jak już gdzieś pisałem - jestem od
          pewnego czasu obrażony na muzykę. Z góry więc przepraszam Autorkę (wiem
          skądinąd, że to kobiece łapki spreparowały kompilację) i prosiłbym - jeśli to
          możliwe - o przesłanie "Czegoś Jakby Okładki ;)" drogą mailową, bo stacja dysków
          mję się rozkraczyła niestety.
        • ilhan Re: Burn Baby Burn, edycja czwarta 24.08.06, 11:29
          ilhan napisał:

          > Też dostałem. "Boundaries Are Illusion". Domyślam się nawet od kogo :)
          > Będę słuchał po weekendzie, wcześniej nie da rady.

          Przepraszam za poślyzg z recenzją, niestety nieopatrznie umieściłem płytę na samym dnie kartonu w związku z remontem i chwilowo nie jestem w stanie się do niej dokopać :/
    • ayya Re: Burn Baby Burn, edycja czwarta 21.08.06, 18:05
      Pewnego pięknego popołudnia zadzwonił do mnie listonosz i przyniósł przesyłkę z
      płytą CD. Po analizie grafologicznej zarówno koperty, jak i opakowania z płytą
      doszłam do wniosku, że autorem mojej składanki jest AIMAREK. Przeraziłam się
      trochę, bo znając upodobania kolegi do brzmień bardzo awangardowych, mogłam nie
      być w stanie zrozumieć tego dzieła. Nie było tak strasznie, zwłaszcza że czas
      między niektórymi piosenkami umilał mi pan Jacek Gmoch i Darek Szpakowski ze
      swoimi złotymi myślami.

      Początek był niezły, zaczęło się od melodyjnego, sympatycznego kawałka z
      chwytliwym wokalem. Potem mamy do czynienia z zespołem ala hardcorowa wersja
      Zakopowera, zawodząca w dziwnym języku. Zresztą motyw śpiewu w nieznanym przeze
      mnie języku bardziej na ludowo powtarza jeszcze utwór nr 12.

      Na składance dominują kompozycje instrumentalne takie jak pełny zwrotów akcji
      futurystyczny nr 4, intrygujący nr 5 (zdecydowanie chyba najbardziej mi się
      podoba i brzmi jakoś znajomo), hałaśliwe i enegetyczne nr 9, 14 i 16,
      zawadiacki nr 17 czy minimalistyczny nr 18. Jednakże na płycie odnaleźć można
      także uwtory, gdzie wkradły się gdzieniegdzie ludzkie odgłosy (nie licząc tych
      już wspomnianych). W nr 6 są one dość niezrozumiałe, pod nr 8 napotykamy "Bike"
      Floydów, w nr 11 przez chwilę słychać wpływy satanistyczne, a pod nr 13 obok
      odgłosów ludzi obecną są też zwierzęce (i masa innych dźwięków przy okazji).
      Jednakże prawdziwym hiciorem na płycie jest niepozornie ukryta pod nr 11
      piosenka Fasolek o myciu zębów.

      Rozczarował mnie brak Papa Dance (zważywszy na autora składanki), ale poza tym
      zawartość płyty była dość (nie)przewidywalna jak już zlokalizowałam jej
      twórcę :)
      • aimarek Re: Burn Baby Burn, edycja czwarta 22.08.06, 23:47
        Początkowo wpadłem w konsternację, że tak pieczołowicie komponowany składak
        został potraktowany w sposób zdawkowy i ogólnikowy. Potem doszedłem jednak do
        wniosku, że widocznie przemówił bełkotliwie w języku na tyle odległym, iż nie
        zdołał zawiązać w AYYI odpowiednich supełków i nie skłonił do szczególnie
        bogatych przemyśleń. Po chrześcijańsku przyjmuję ten cios, lecz po islamsku - w
        odwecie za przeoczenie kilku arcydzieł - wyprowadzam serię z karabinu
        maszynowego, zaś po żydowsku zrzucam Ci na mieszkanie parę bombek i kilka rakietek.

        Jeśli chodzi o koncept albumu, to postanowiłem olać literalny sens tematu i nie
        wciskałem na siłę kawałków z różnych stron świata, choć tak się złożyło, że
        swoje miejsce na kompilacji znalazły utwory z kilku dość egzotycznych krajów.
        Tytuł należy więc rozumieć w sposób następujący: odbywamy szaloną,
        nieodpowiedzialną podróż zapierdzielającym przez rozmaite krajobrazy autostopem.
        Ale do rzeczy.

        ayya napisała:

        > Początek był niezły, zaczęło się od melodyjnego, sympatycznego kawałka z
        > chwytliwym wokalem.

        To "Hilted" Maxa Tundry z wyśmienitego "Mastered By Guy At The Exchange". Jedna
        z moich ulubionych płyt rozrywkowych XXI wieku. Cudownie świeża muzyka, którą
        nie sposób zaszufladkować, bo dzieje się tu tak wiele i w rozmaitych
        stylistykach, że można by przypiąć przynajmniej kilkanaście łatek. Mnie by
        pasowało określenie future pop, gdyby nie to, że oznacza ono chyba już jakiś
        inny genre (niech się wypowiedzą szpece).

        > Potem mamy do czynienia z zespołem ala hardcorowa wersja
        > Zakopowera, zawodząca w dziwnym języku.

        "Bosi" słabo przeze mnie rozpoznanego, a chyba bardzo ciekawego czeskiego bandu
        Uz Jsme Doma. Strasznie lubię ten kawałek, ale oddajmy głos Jackowi Gmochowi:
        "to nie jest dośrodkowanie, taki lampion chiński, że wisi, wisi i spada, tylko
        to jest ostre, w środek i wtedy to jak nóż w masło wchodzi takie coś".

        > Zresztą motyw śpiewu w nieznanym przeze
        > mnie języku bardziej na ludowo powtarza jeszcze utwór nr 12.

        The Ukrainians i „Cherez richku” ze starej Machinowej składanki. Przefajny kawałek.

        >
        > Na składance dominują kompozycje instrumentalne takie jak pełny zwrotów akcji
        > futurystyczny nr 4

        Venetian Snares „Szerencsetlen” z ubiegłorocznej płyty. Dosyć lajtowe jak na
        Snares, ale bardzo bardzo fajne.

        > intrygujący nr 5 (zdecydowanie chyba najbardziej mi się
        > podoba i brzmi jakoś znajomo),

        No, dobrze, że chociaż to doceniłaś. „Cross The North Fork” z ubiegłorocznego
        „Kensington Blues” Jacka Rose (koleś znany z bardzo ciekawego bandu o nazwie
        Pelt). Jeśli odpowiada Ci takie granie to sięgnij w pierwszej kolejności po
        „Fare Forward Voyagers” Johna Fahey, którego Rose ostro kalkuje. Pisałem już o
        tym parę razy i ponownie polecam gorąco, bo muzyka to nieprzeciętna.

        > hałaśliwe i enegetyczne nr 9, 14 i 16,

        Łeee tylko tyle o tych 3 wybitnych kawałkach? No to po kolei:
        9 – Dirty Three „Red” z doskonałego „Horse Stories”
        14 – Lightning Bolt „Bizarro Zarro Land”
        a nr 16... to Slint przejesz! W jednym ze swoich największych osiągnięć, czyli
        „Rhodzie” w wersji epkowej – zabójczo precyzyjne, zrywające czapkę łojenie,
        odmienne trochę od „Spiderlandu”, ale równie mistrzowskie.

        > zawadiacki nr 17

        „Picnic On A Frozen River” z drugiej płyty Fausta.

        > czy minimalistyczny nr 18.

        „Open Ocean” Freda Fritha – gościa, który lokuje się pewnie w top 10 najbardziej
        kreatywnych, poszukujących gitarzystów lat 70-00. To z jego masterpiśnego
        „Clearing”.

        > Jednakże na płycie odnaleźć można
        > także uwtory, gdzie wkradły się gdzieniegdzie ludzkie odgłosy (nie licząc tych
        > już wspomnianych). W nr 6 są one dość niezrozumiałe

        „Deafkids” Booksów.

        > w nr 11 przez chwilę słychać wpływy satanistyczne

        Eheheh, no tak, ale Szatan przy Zornie to jak Gargamel przy Freddym Kruegerze.

        > a pod nr 13 obok
        > odgłosów ludzi obecną są też zwierzęce (i masa innych dźwięków przy okazji).

        Znowu Zorn. Niewybaczalne jest natomiast zredukowanie jednego z najbardziej
        błyskotliwych, sztandarowych przykładów postmodernizmu w muzyce do spostrzeżenia
        nt. zwierzęcych odgłosów. Kurde, przesłuchaj no porządnie! :[

        Tracklist:
        1. Max Tundra - Hilted (2:50)
        2. 001 (0:11)
        3. Uz Jsme Doma - Bosí (2:24)
        4. Venetian Snares - Szerencsétlen (4:55)
        5. Jack Rose - Cross The North Fork (7:26)
        6. The Books - Deafkids (1:10)
        7. 002 (0:06)
        8. Pink Floyd - 11 - bike (3:22)
        9. Dirty Three - Red (3:54)
        10. Fasolki - Szczotka, Pasta (1:01)
        11. John Zorn - Hammerhead (0:11)
        12. Ukrainians - Cherez richku... (3:29)
        13. John Zorn - Big Gundown (7:26)
        14. Lightning Bolt - Bizarro Zarro Land (4:47)
        15. 011 (0:09)
        16. Slint - Rhoda (6:53)
        17. Faust - Picnic On A Frozen River (2:26)
        18. Fred Frith - Open Ocean (5:16)
        • ayya Re: Burn Baby Burn, edycja czwarta 23.08.06, 00:41
          aimarek napisał:

          > Początkowo wpadłem w konsternację, że tak pieczołowicie komponowany składak
          > został potraktowany w sposób zdawkowy i ogólnikowy. Potem doszedłem jednak do
          > wniosku, że widocznie przemówił bełkotliwie w języku na tyle odległym, iż nie
          > zdołał zawiązać w AYYI odpowiednich supełków i nie skłonił do szczególnie
          > bogatych przemyśleń.

          Generalnie jak słyszę tak wysublimowane i awangardowe dźwięki typu Faust i
          Lightning Bolt (na marginesie, najbardziej niezrozumiała dla mnie płyta 2005
          przynamniej z tych, które słyszałam i jak widać, z której nic nie zapamiętałam)
          to mam mętlik w głowie, bo na moje delikatne uszy maksymalnym
          eksperymentalizmem do przyjęcia jest poziom ostatniej Ścianki (choć nawet nie w
          każdym momencie), brzmienie Gang Gang Dance czy, oczywiście, Animal Collective
          i projektów pochodnych.

          > lecz po islamsku - w
          > odwecie za przeoczenie kilku arcydzieł - wyprowadzam serię z karabinu
          > maszynowego, zaś po żydowsku zrzucam Ci na mieszkanie parę bombek i kilka
          > rakietek.

          Mieszkam przy bardzo ruchliwej ulicy, która chyba zagłuszyła te dźwięki ;P

          > Jeśli chodzi o koncept albumu, to postanowiłem olać literalny sens tematu i
          > nie wciskałem na siłę kawałków z różnych stron świata,

          Chwała Ci za to ;)

          > To "Hilted" Maxa Tundry z wyśmienitego "Mastered By Guy At The Exchange".

          Maxa Tundry to uwielbiam kapitalne "So Long, Farewell", więcej nie znam.

          > The Ukrainians i „Cherez richku” ze starej Machinowej składanki. Pr
          > zefajny kawałek.

          Czeskie i ukraińskie kawałki faktycznie były bardzo sympatyczne i swoiskie.

          > Venetian Snares „Szerencsetlen” z ubiegłorocznej płyty.

          Pierwsz słyszę.

          > No, dobrze, że chociaż to doceniłaś. „Cross The North Fork” z ubieg
          > łorocznego
          > „Kensington Blues” Jacka Rose (koleś znany z bardzo ciekawego bandu
          > o nazwie
          > Pelt). Jeśli odpowiada Ci takie granie to sięgnij w pierwszej kolejności po
          > „Fare Forward Voyagers” Johna Fahey, którego Rose ostro kalkuje. Pi
          > sałem już o
          > tym parę razy i ponownie polecam gorąco, bo muzyka to nieprzeciętna.
          >

          Może w wolnej chwili zapoznam się, dzięki za cynk :)

          > Łeee tylko tyle o tych 3 wybitnych kawałkach?

          Naprawdę niewiele wybitności dosłyszałam w tych kompozycjach, choć nazwy teraz
          jak czytam to obiły mi się o uszy w przeszłości.

          > a nr 16... to Slint przejesz!

          Ale ja nigdy nie wyszłam poza wybiórczą znajomość 4 Głów W Wodzie.

          > „Picnic On A Frozen River” z drugiej płyty Fausta.

          Fausta kiedyś słuchaliśmy, nie wspominam najlepiej tej przygody ;)

          > Eheheh, no tak, ale Szatan przy Zornie to jak Gargamel przy Freddym Kruegerze.

          Po wsyłuchanych fragmentach nie mogę się z tym nie zgodzić :)

          > Kurde, przesłuchaj no porządnie! :[

          Staram się ciągle, naprawdę. Może wyjście z tą płytą na powietrze lepiej jej
          zrobi, choć jestem nieco oporna na takie experymenty, a niemuzyczna muzyka mnie
          trochę przerasta. Poza tym mam jakoś niespecjalnie dużo do powiedzenia w tych
          tematach, w których ty zapewne jesteś ekspertem. Niemniej dziękuję bardzo za
          płytę, wbrew pozorom nie było tak źle, jak się wydaje :)
          • aimarek Re: Burn Baby Burn, edycja czwarta 23.08.06, 01:19
            ayya napisała:

            > > Kurde, przesłuchaj no porządnie! :[
            >
            > Staram się ciągle, naprawdę. Może wyjście z tą płytą na powietrze lepiej jej
            > zrobi, choć jestem nieco oporna na takie experymenty, a niemuzyczna muzyka mnie
            > trochę przerasta.

            W sumie w tym apelu chodziło mi konkretnie o ten jeden kawałek Zorna ("The Big
            Gundown"). Zobacz no jak to się ślicznie tam wszystko zazębia.. Morricone,
            zawodzenia, bębenki, Beethoven i cholera wie co jeszcze... Jest to coś w rodzaju
            mojego prywatnego hymnu he he. W każdym razie wskazuje kierunek moich aktualnych
            muzycznych riserczów.
            • ayya Re: Burn Baby Burn, edycja czwarta 23.08.06, 11:53
              aimarek napisał:
              > W każdym razie wskazuje kierunek moich aktualnyc
              > h
              > muzycznych riserczów.

              A moich wprost przeciwnie :)
              Po prostu źle nas chyba dobrano ;)) Jakby Kubasa dostał taką składankę, myślę,
              że byłby zachwycony ;)
              • aimarek Re: Burn Baby Burn, edycja czwarta 23.08.06, 12:49
                No to dodam jeszcze, że początkowo składanka miała mieć kształt znacznie
                bardziej radykalny. Miała być dłuższa i bardziej w klimatach "napieprzamy w
                instrumenty i patrzymy co z tego wyjdzie". Dopiero po namyśle została przycięta
                i nieco upopiona.
    • roar #ileśtam - 40 Days Around the World (And Beyond) 22.08.06, 03:08
      Dobra, no, wiem, dupa jestem i tyle. Ja coś obiecam, to najlepsza droga do
      tego, żebym nie zrobił. Tudzież zrobił tydzień z okładem po terminie. Inna
      sprawa, że składanka sama sobie winna, ale o tym za chwilę. Zaczynamy...

      Aha, tym razem postanowiłem sam odkryć skład osobowy składanki. Nie wszędzie
      mi się udało, więc szczęśliwie trochę wysyłającemu do objaśnienia zostanie. A
      motywację miałem... cóż, o tym też za chwilę.

      01: Warszawa [4/10] Joy Division - Warsaw
      Ja naprawdę byłem z początku przekonany, że to jacyś młodzi Warszawiacy się
      produkują, stąd ta prostota i lekka nieporadność... a tu, proszę, legenda
      post-punka... Cóż, i ich, i mnie, usprawiedliwia to, że faktycznie byli wtedy
      młodzi...
      Ech, ale nie nadawałbym się na punka, ewidentnie... :)

      02: Praga - Oslo - Amsterdam - Bruksela - Paryż - Bukareszt - Moskwa
      [6.5/10] Kazik - Ballada o Kobiecie Żołnierza
      To znam, oczywiście. Kazik nigdy nie zawodzi (Nie wiem, jak można nazwać jego
      sposób śpiewania, ale nie jest to zawodzenie na pewno.).

      03: Manchester [10/10] The Smiths - Cemetry Gates
      O właśnie. I ja nie mogę dosłuchać płyty do końca, bo notorycznie się
      zatrzymuję tutaj. Rewind. Rewind. Rewind.
      To też już znałem wcześniej, ale... wróć. Jak ja mogę mówić, że znałem, skoro
      słyszę niby któryś tam raz i czuję się, jakby mnie ktoś obuchem przez łeb
      walnął teraz dopiero? Jak ja "Queen is Dead" słuchałem, że przegapiłem to cudo?
      Ten tekst?
      W każdym razie jakbym miał sobie teraz układać -siątkę ulubionych piosenek, to
      "Cemetry Gates" już ma tam miejsce zaklepane, i to tyle w tym temacie.

      Dzięki stukrotne. Idę dumać nad swoją durnotą. Smithsów się nie przestaje
      słuchać, aż się nie zrozumie.

      04: Londyn [5/10] The Clash - Guns of Brixton
      Klasyka. No i w sumie to głupio mi oceniać takie utwory, a co dopiero
      komentować... toteż może siedzę cicho...

      05: Tupelo [7/10] Nick Cave - Tupelo
      O, tego nie znałem. Zanim sprawdziłem, że to Cave, przygotowałem sobie małą
      przemówkę o tym, jak to oczywiście jesteśmy już w USA. Jak to jest, że
      najbardziej amerykańską muzykę nagrywają obcokrajowcy? ;)

      06: New York [6.5/10] Polly Jean Harvey - You Said Something
      Znów bardzo ładne. Tej pani dokonań to nie znam za bardzo, więc nie
      skojarzyłem. I znów - ależ byłem przekonany, że to jakaś Amerykanka śpiewa,
      nawet przez chwilę podejrzewałem (równie mało przeze mnie znaną) Patti
      Smith... (PJ by się obruszyła strasznie, he he.)
      Ale tekst po Morrisseyu to jednak razi prostotą... (Ale co nie razi prostotą w
      zestawieniu z Mozem, prawda...?)

      07: Dalej New York [6.5/10] The Strokes - New York City Cops
      Słynni Nowojorscy Policjanci o bardzo małym rozumku. Ej, no, fajne to jest!
      Nawet nie wiedziałem, że tak fajne. Mam bardziej ulubione utwory z tej płyty,
      ale złego słowa nie powiem, choćbym chciał. Spoko ci Strokesi są, tak ogólnie. Mam jakieś uprzedzenie do nich, za to ich przewodzenie fali garaż-rewajwlu, ale
      chyba nieuzasadnione.

      08: Chicago [6.5/10] Screeching Weasel - Suburbia
      Ej, no, fajne to jest! Hiper-melodyjny amerykański punk ze swojego najlepszego
      okresu. Takie to wszystko bezpretensjonalne, że z początku podejrzewałem
      jakichś epigonów z przełomu wieków, albo co gorsza, że to No Doubt sobie
      pastisz walnęli. A tu nie, oryginał. Miłe, zwłaszcza, że nazwy do tej pory
      nawet nie słyszałem.

      09: Los Angeles [6/10] R.E.M. - I Remember California
      "Skąd ja znam ten głos...? Kurde, no, to jest jakaś gwiazda. Taki
      charakterystyczny sposób śpiewania, jeden taki tylko jest... Stipe...? Bono...?
      Vade... tfu, Vedder...? Kurde, trza se będzie te bandy odświeżyć, coby się
      nie skompromitować kompletnie."
      Stipe. Ale piosenka tak monotonna, że naprawdę trudno się czegoś uczepić, jak
      się głosu wokalisty zapomni. W tym to akurat te trzy grupy czasami przodują. :D

      10: Mexico City [5.5/10] ???
      Tego nie odszyfrowałem. W każdym razie z przyporządkowaniem czasoprzestrzennym
      nie mam problemu - wczesne lata 90, Ameryka, zachodnie wybrzeże.
      Charakterystyczna mieszanka grunge'owo-metalowa.
      Jak znam życie, to albo się walnąłem mocno, albo to jacyś giganci, co ich
      znać powinienem. :)

      11: Port au Prince [7/10] Arcade Fire - Haiti
      O, do tych państwa sobie nawet ostatnio wróciłem, więc zero zaskoczenia (poza
      tym, że na punkowo-alternatywnej do tej pory składance dostaję coś takiego).
      Niezła piosenka ze świetnej płyty.

      12: Iquitos [7/10] ???
      To chyba najbardziej "grew on me", jak to w krajach o wyższej kulturze
      muzycznej mówią, przez całe słuchanie. Z początku, oczywiście, rzuciły mi się
      na uszy smyczkowe ozdobniki. Lubię chamber pop. Bardzo. Ale potem mimo wszystko
      nie mogłem się przekonać - że za długie, że ciągnie się niemiłosiernie, że ta
      antyklimatyczna przerwa na pogaduszki z widownią w środku...
      No ale... co ja się czepiam monotonii - repetition, the best damn thing about
      pop music. A to duszę ma.

      13: Honolulu [6.5/10] Tom McRae - Walking to Hawaii
      Ładne~e! I to od samiuśkiego początku, od tego genialnego w swej prostocie
      wersu "Everything is beautiful 'til you take a look around", który niniejszym
      zgłaszam do zginiętej gdzieś w czeluściach forum wyliczanki najlepszych
      linijek. No i uśmiech mi się sam na pysk rzuca, jak słyszę, jak usilnie pan
      wokalista stara się wydobyć z siebie delikatny, chłopięcy głosik. Nie mówię, że
      mi się to nie podoba, ale... zabawne jest.
      Pan McRae ma u mnie ba~ardzo duży plus za efektowne zastosowanie smyków. I
      minus za doprawienie ich toporną, mechaniczną perkusją i sterylną gitarką,
      która była do zniesienia u Davida Greya, ale potem był James Blunt... no i w
      ogóle ile można.

      14: Tokyo [3/10] Tom Waits - Big in Japan
      No więc to właśnie ten utwór mnie skłonił do wyszukania sobie tytułów, bo
      chciałem wiedzieć, co właśnie jadę, a domyślałem się, że coś znanego. Bardzo
      przepraszam, ale to jest koszmar. Bezsensowny tekst, toporna muzyka - dwa
      takty w pętelce, wokal... wiadomo. Nie. Utwierdziłem się w przekonaniu, że
      nie rozumiem fenomenu tego pana.

      15: Gaza Strip [5.5/10] ???
      No słyszę tam w tekście coś w stylu "I'm here on the Gaza Strip", czyli podpis
      na okładce się zgadza. Google tym niemniej nic nie wie, więc się poddałem.
      Podobają mi się te sprzężenia gitar, a tak to nic specjalnego... Brzmi to jak
      coś, czym się CKoD inspirują. :)

      16: Beyond [5.5/10] Goldfrapp - Utopia
      Panią Goldfrapp bardziej szanuję, niż lubię, a ten utwór w szczególności mi
      kiedyś obrzydził niejaki Kostrzewa Paweł promując go niemiłosiernie. Doceniam
      intencję i sam utwór, bo w sumie fajny, ale... skip.

      17: Home [6/10] Nick Cave - Right Now I'm A-Roaming
      Ot, taka sobie przyśpiewka na zakończenie. Jak na Cave'a, nic specjalnego, ale
      znów - rozumiem intencję. Pasuje. :)

      Ogólnie jestem mile zaskoczony, że aż mi tyle weszło, bo po pierwszym
      przesłuchaniu byłem przerażony, że dostałem tradycyjny punkowy mixtape i za nic
      się przez niego nie przekopię... Ślicznie dziękuję, zwłaszcza za pow... ahem,
      przybliżenie klasyki, której na składance sporo. Przyda mi się to, a sam pewnie
      nigdy bym na nią nie trafił z mojego małego symfoniczno-folkowo-IDMowego kącika.

      A teraz poproszę o oficjalną tracklistę.
      • nienietoperz Re: #ileśtam - 40 Days Around the World (And Beyo 24.08.06, 21:05
        Witam serdecznie,
        i dziekuje za laskawosc recenzyjna. Jak najbardziej powaznie - nie dosc, ze
        sama decyzja zgloszenia sie do wysylania skladanki z tym forum zwiazanej wymagala
        w zwiazku z moim nieuctwem muzycznym wzgledem sredniej forowej wiele odwagi
        cywilnej, to jeszcze trafil mi sie tak zacny SFowicz na pierwszy ogien...

        Najpierw uwagi ogolne - oczywiscie okazalo sie, ze mimo pozornie ogolnych planow
        geograficznych skladanka odzwierciedla mniej wiecej to, czego na mojej polce
        lezy najwiecej. Nie probowalem w zaden sposob tworzyc zagadkowosci, liczac sie z
        tak czy inaczej duzo wiekszym niz moje osluchaniem adresata.
        Teraz juz konkretnie:

        > 01: Warszawa [4/10] Joy Division - Warsaw
        > Ja naprawdę byłem z początku przekonany, że to jacyś młodzi Warszawiacy się
        > produkują, stąd ta prostota i lekka nieporadność... a tu, proszę, legenda
        > post-punka... Cóż, i ich, i mnie, usprawiedliwia to, że faktycznie byli wtedy
        > młodzi...
        > Ech, ale nie nadawałbym się na punka, ewidentnie... :)

        Coz, moge dodac, ze o Warsaw nalezy pamietac chocby ze wzgledow historycznych -
        skad wyszlismy,
        dokad zmierzamy, etc..


        > 02: Praga - Oslo - Amsterdam - Bruksela - Paryż - Bukareszt - Moskwa
        > [6.5/10] Kazik - Ballada o Kobiecie Żołnierza
        > To znam, oczywiście. Kazik nigdy nie zawodzi (Nie wiem, jak można nazwać jego
        > sposób śpiewania, ale nie jest to zawodzenie na pewno.).

        Piosenke slyszalem w roznych wykonaniach (miedzy innymi PJ Harvey), ale Kazikowe
        zdecydowanie najlepsze. Wersja na skladance jest 'quasi-skalna'.

        > 03: Manchester [10/10] The Smiths - Cemetry Gates
        > O właśnie. I ja nie mogę dosłuchać płyty do końca, bo notorycznie się
        > zatrzymuję tutaj. Rewind. Rewind. Rewind.
        > To też już znałem wcześniej, ale... wróć. Jak ja mogę mówić, że znałem, skoro
        > słyszę niby któryś tam raz i czuję się, jakby mnie ktoś obuchem przez łeb
        > walnął teraz dopiero? Jak ja "Queen is Dead" słuchałem, że przegapiłem to cudo?
        > Ten tekst?
        > W każdym razie jakbym miał sobie teraz układać -siątkę ulubionych piosenek, to
        > "Cemetry Gates" już ma tam miejsce zaklepane, i to tyle w tym temacie.
        >
        > Dzięki stukrotne. Idę dumać nad swoją durnotą. Smithsów się nie przestaje
        > słuchać, aż się nie zrozumie.


        Brak mozliwosci dodawania czegokolwiek. Moze tylko - Anglia klasyczna,
        romantyczna, wzruszeniowa.

        >
        > 04: Londyn [5/10] The Clash - Guns of Brixton
        > Klasyka. No i w sumie to głupio mi oceniać takie utwory, a co dopiero
        > komentować... toteż może siedzę cicho...

        Tym razem - Anglia znacznie nowsza (choc oczywiscie piosenka starsza). Slowa
        Strummerowo-typowe, ale podobnie jak na calym London Calling slychac tu juz
        znacznie wiecej niz prosta puncurowosc.

        >
        > 05: Tupelo [7/10] Nick Cave - Tupelo
        > O, tego nie znałem. Zanim sprawdziłem, że to Cave, przygotowałem sobie małą
        > przemówkę o tym, jak to oczywiście jesteśmy już w USA. Jak to jest, że
        > najbardziej amerykańską muzykę nagrywają obcokrajowcy? ;)
        >

        USAnska? Hmmm, wydaje mi sie, ze nie wpadlbym na to skojarzenie. Ma cos, co jest
        wielkim atutem NC&TBS, troche niestety zgubionym na ostatnich plytach - mocny
        chor w refrenie.

        > 06: New York [6.5/10] Polly Jean Harvey - You Said Something
        > Znów bardzo ładne. Tej pani dokonań to nie znam za bardzo, więc nie
        > skojarzyłem. I znów - ależ byłem przekonany, że to jakaś Amerykanka śpiewa,
        > nawet przez chwilę podejrzewałem (równie mało przeze mnie znaną) Patti
        > Smith... (PJ by się obruszyła strasznie, he he.)
        > Ale tekst po Morrisseyu to jednak razi prostotą... (Ale co nie razi prostotą w
        > zestawieniu z Mozem, prawda...?)

        PJ chyba by sie nie obrazila, do inspiracji Patti sie przyznaje. Piosenka
        prosciutka, ale za to oddaje chyba klimat nowojorskocieply (patrz Eleanor Put
        Your Boots Back On FFerdinandow). Cala plyta bardzo dobra.

        > 07: Dalej New York [6.5/10] The Strokes - New York City Cops
        > Słynni Nowojorscy Policjanci o bardzo małym rozumku. Ej, no, fajne to jest!
        > Nawet nie wiedziałem, że tak fajne. Mam bardziej ulubione utwory z tej płyty,
        > ale złego słowa nie powiem, choćbym chciał. Spoko ci Strokesi są, tak ogólnie.
        > Mam jakieś uprzedzenie do nich, za to ich przewodzenie fali garaż-rewajwlu, ale
        > chyba nieuzasadnione.

        Znow piosenka prosciutka, klimat nowojorski radosno-bojowy.

        > 08: Chicago [6.5/10] Screeching Weasel - Suburbia
        > Ej, no, fajne to jest! Hiper-melodyjny amerykański punk ze swojego najlepszego
        > okresu. Takie to wszystko bezpretensjonalne, że z początku podejrzewałem
        > jakichś epigonów z przełomu wieków, albo co gorsza, że to No Doubt sobie
        > pastisz walnęli. A tu nie, oryginał. Miłe, zwłaszcza, że nazwy do tej pory
        > nawet nie słyszałem.

        Pierwsze polpudlo:-) - w istocie jest to polcover, kapela, ktora gra to
        akustyczny projekt Jugheada (gitarzysty Screaching Weasel), Even in Blackouts.
        Swietna grupa na zywo, z sliczna wokalistka i bardzo
        dobra pierwsza plyta: 'Myths and Imaginary Magicians'.

        > 09: Los Angeles [6/10] R.E.M. - I Remember California
        > "Skąd ja znam ten głos...? Kurde, no, to jest jakaś gwiazda. Taki
        > charakterystyczny sposób śpiewania, jeden taki tylko jest... Stipe...? Bono...?
        > Vade... tfu, Vedder...? Kurde, trza se będzie te bandy odświeżyć, coby się
        > nie skompromitować kompletnie."
        > Stipe. Ale piosenka tak monotonna, że naprawdę trudno się czegoś uczepić, jak
        > się głosu wokalisty zapomni. W tym to akurat te trzy grupy czasami przodują. :D

        Mi akurat monotonnosc REM odpowiada bardziej niz przebojowosc, stad wybor.
        California jakas taka ciut psychodeliczna w tym kawalku.




        > 10: Mexico City [5.5/10] ???
        > Tego nie odszyfrowałem. W każdym razie z przyporządkowaniem czasoprzestrzennym
        > nie mam problemu - wczesne lata 90, Ameryka, zachodnie wybrzeże.
        > Charakterystyczna mieszanka grunge'owo-metalowa.
        > Jak znam życie, to albo się walnąłem mocno, albo to jacyś giganci, co ich
        > znać powinienem. :)

        Raczej to drugie: najslynniejsi stoner-rockowcy ze swojej najmniej znanej (a
        nieslusznie!) pierwszej plyty:
        Mexicola - Queens of Stone Age

        > 11: Port au Prince [7/10] Arcade Fire - Haiti
        > O, do tych państwa sobie nawet ostatnio wróciłem, więc zero zaskoczenia (poza
        > tym, że na punkowo-alternatywnej do tej pory składance dostaję coś takiego).
        > Niezła piosenka ze świetnej płyty.

        U mnie inne akcenty - swietna piosenka z niezlej plyty.

        >
        > 12: Iquitos [7/10] ???
        > To chyba najbardziej "grew on me", jak to w krajach o wyższej kulturze
        > muzycznej mówią, przez całe słuchanie. Z początku, oczywiście, rzuciły mi się
        > na uszy smyczkowe ozdobniki. Lubię chamber pop. Bardzo. Ale potem mimo wszystko
        > nie mogłem się przekonać - że za długie, że ciągnie się niemiłosiernie, że ta
        > antyklimatyczna przerwa na pogaduszki z widownią w środku...
        > No ale... co ja się czepiam monotonii - repetition, the best damn thing about
        > pop music. A to duszę ma.

        Duszy ma nawet bardzo wiele; jesli chodzi o monotonie, to i tak wycialem kolo
        minuty oklaskow i dogadywan z konca kawalka. Gra 'the biggest band in Ireland'
        (zdaniem znajomego Irlandczyka), plyta jest oczywiscie koncertowa, i nazywa sie
        odpowiednio (Setlist). Podsumowujac:
        Fitzcarraldo - The Frames

        > 13: Honolulu [6.5/10] Tom McRae - Walking to Hawaii
        > Ładne~e! I to od samiuśkiego początku, od tego genialnego w swej prostocie
        > wersu "Everything is beautiful 'til you take a look around", który niniejszym
        > zgłaszam do zginiętej gdzieś w czeluściach forum wyliczanki najlepszych
        > linijek. No i uśmiech mi się sam na pysk rzuca, jak słyszę, jak usilnie pan
        > wokalista stara się wydobyć z siebie delikat
        • nienietoperz Re: #ileśtam - 40 Days Around the World (And Beyo 24.08.06, 21:07
          Cd:

          > 13: Honolulu [6.5/10] Tom McRae - Walking to Hawaii
          > Ładne~e! I to od samiuśkiego początku, od tego genialnego w swej prostocie
          > wersu "Everything is beautiful 'til you take a look around", który niniejszym
          > zgłaszam do zginiętej gdzieś w czeluściach forum wyliczanki najlepszych
          > linijek. No i uśmiech mi się sam na pysk rzuca, jak słyszę, jak usilnie pan
          > wokalista stara się wydobyć z siebie delikatny, chłopięcy głosik. Nie mówię, że
          > mi się to nie podoba, ale... zabawne jest.
          > Pan McRae ma u mnie ba~ardzo duży plus za efektowne zastosowanie smyków. I
          > minus za doprawienie ich toporną, mechaniczną perkusją i sterylną gitarką,
          > która była do zniesienia u Davida Greya, ale potem był James Blunt... no i w
          > ogóle ile można.

          O nie! Tylko nie McRae i Blunt w jednym zdaniu! Tom nagral trzy bardzo rowne
          plyty, ma glowe do aranzu, milo gra na gitarze - ogolnie sie nadaje!

          >
          > 14: Tokyo [3/10] Tom Waits - Big in Japan
          > No więc to właśnie ten utwór mnie skłonił do wyszukania sobie tytułów, bo
          > chciałem wiedzieć, co właśnie jadę, a domyślałem się, że coś znanego. Bardzo
          > przepraszam, ale to jest koszmar. Bezsensowny tekst, toporna muzyka - dwa
          > takty w pętelce, wokal... wiadomo. Nie. Utwierdziłem się w przekonaniu, że
          > nie rozumiem fenomenu tego pana.

          Gdzie zaczac? Moze tak: ten Tom faktycznie albo dziala bardzo na tak, albo
          bardzo na nie.
          Proba obrony - glos idealnie pasujacy do mrocznego rytmu, tekst celnie opisujacy
          sytuacje (czuje, jakbym widzial jakiegos rozjarzonego PRowca przychodzacego
          do Waitsa i tlumaczacego mu z pelnym entuzjazmem: you know, you are really big
          in Japan!).
          Zdaje sobie sprawe, ze bezskuteczna.

          >
          > 15: Gaza Strip [5.5/10] ???
          > No słyszę tam w tekście coś w stylu "I'm here on the Gaza Strip", czyli podpis
          > na okładce się zgadza. Google tym niemniej nic nie wie, więc się poddałem.
          > Podobają mi się te sprzężenia gitar, a tak to nic specjalnego... Brzmi to jak
          > coś, czym się CKoD inspirują. :)

          Byloby chyba z nimi znacznie lepiej (z CKOD) niz jest. Graja i krzycza klasycy;
          moglem ulatwic podajac namiar na tytul:
          River Euphrates - Pixies

          >
          > 16: Beyond [5.5/10] Goldfrapp - Utopia
          > Panią Goldfrapp bardziej szanuję, niż lubię, a ten utwór w szczególności mi
          > kiedyś obrzydził niejaki Kostrzewa Paweł promując go niemiłosiernie. Doceniam
          > intencję i sam utwór, bo w sumie fajny, ale... skip.


          Za pana Kostrzewe nie odpowiadam:-) Goldfrapp zadziwia mnie najbardziej tym, ze
          w miare mi sie podoba, zwlaszcza pierwsze dwie plyty, mimo, ze stylistyka od
          reszty polki odroznia sie zasadniczo.
          Intencja jasna rzecz jasne...

          > 17: Home [6/10] Nick Cave - Right Now I'm A-Roaming
          > Ot, taka sobie przyśpiewka na zakończenie. Jak na Cave'a, nic specjalnego, ale
          > znów - rozumiem intencję. Pasuje. :)

          Po prostu - wracamy do domu.



          > Ogólnie jestem mile zaskoczony, że aż mi tyle weszło, bo po pierwszym
          > przesłuchaniu byłem przerażony, że dostałem tradycyjny punkowy mixtape i za nic
          > się przez niego nie przekopię... Ślicznie dziękuję, zwłaszcza za pow... ahem,
          > przybliżenie klasyki, której na składance sporo. Przyda mi się to, a sam pewnie
          > nigdy bym na nią nie trafił z mojego małego symfoniczno-folkowo-IDMowego kącika.
          >
          > A teraz poproszę o oficjalną tracklistę.
          >

          1 Warsaw - Joy Division
          2 Ballada o Zolnierzu - Kazik Staszewski
          3 Cemetry Gates - The Smiths
          4 Guns of Brixton - The Clash
          5 Tupelo - Nick Cave and The Bad Seeds
          6 You Said Something - PJ Harvey
          7 New York City Cops - The Strokes
          8 Hey Suburbia - Even in Blackouts
          9 I Remember California - REM
          10 Mexicola - Queens of Stone Age
          11 Haiti - Arcade Fire
          12 Fitzcarraldo - The Frames
          13 Walking 2 Hawaii - Tom McRae
          14 Big in Japan - Tom Waits
          15 River Euphrates - Pixies
          16 Utopia - Goldfrapp
          17 Right Now I'm A-Roaming - Nick Cave and The Bad Seeds


          Kolejne podziekowania za zyczliwosc,

          uklony,

          Nienietoperz
          • roar Re: #ileśtam - 40 Days Around the World (And Beyo 25.08.06, 15:42
            nienietoperz napisał:

            > Witam serdecznie,
            > i dziekuje za laskawosc recenzyjna. Jak najbardziej powaznie - nie dosc, ze
            > sama decyzja zgloszenia sie do wysylania skladanki z tym forum zwiazanej
            > wymagala w zwiazku z moim nieuctwem muzycznym wzgledem sredniej forowej wiele
            > odwagi cywilnej, to jeszcze trafil mi sie tak zacny SFowicz na pierwszy ogien...

            Ech, zaraz tam zacny... Tyle tylko, że długo dosyć już tu piszę, nawet nie zawsze z sensem. ;)

            > Nie probowalem w zaden sposob tworzyc zagadkowosci, liczac sie z
            > tak czy inaczej duzo wiekszym niz moje osluchaniem adresata.

            Ech, zaraz tam osłuchaniem... Weź pod uwagę rozbieżność zainteresowań. Wystarczyłoby trochę więcej drugiej ligi (popularnościowo, nie artystycznie!) i mógłbym nic nie poznać. :)

            > > 04: Londyn [5/10] The Clash - Guns of Brixton
            > > Klasyka. No i w sumie to głupio mi oceniać takie utwory, a co dopiero
            > > komentować... toteż może siedzę cicho...
            >
            > Tym razem - Anglia znacznie nowsza (choc oczywiscie piosenka starsza). Slowa
            > Strummerowo-typowe, ale podobnie jak na calym London Calling slychac tu juz
            > znacznie wiecej niz prosta puncurowosc.

            Owszem, słychać, ale niestety nie w warstwie realizatorsko-aranżacyjnej i wokalnej. ;)

            > Pierwsze polpudlo:-) - w istocie jest to polcover, kapela, ktora gra to
            > akustyczny projekt Jugheada (gitarzysty Screaching Weasel), Even in Blackouts.
            > Swietna grupa na zywo, z sliczna wokalistka i bardzo
            > dobra pierwsza plyta: 'Myths and Imaginary Magicians'.

            Och, czyli jednak epigoni z przełomu wieków. Wiedziałem. :D
            No, na tym tle to się piosenka jeszcze bardziej wybija.

            > Mi akurat monotonnosc REM odpowiada bardziej niz przebojowosc, stad wybor.

            Nie no, jasne. :)

            > O nie! Tylko nie McRae i Blunt w jednym zdaniu! Tom nagral trzy bardzo rowne
            > plyty, ma glowe do aranzu, milo gra na gitarze - ogolnie sie nadaje!

            Wybacz, mam ostatnio "fazę" na Blunta - od kiedy Yankovic sparodiował "Beautiful", znam na pamięć linię melodyczną, i teraz wszędzie to cholerstwo wyłapuję. Sytuacja typu "boję się otworzyć lodówkę".

            "My life is brilliant...

            What, was I too early...? I'm sorry. Should I... start over, or... keep going...? Okay, now...? Now?"

            > tekst celnie opisujacy sytuacje (czuje, jakbym widzial jakiegos rozjarzonego
            > PRowca przychodzacego do Waitsa i tlumaczacego mu z pelnym entuzjazmem: you
            > know, you are really big in Japan!).

            Okay, ze stwierdzenia o bezsensownym tekście się wycofuję. Co do muzyki to zostaję przy swoim. :)

            > River Euphrates - Pixies

            Och. No to dałem plamę. Góra trzy miesiące temu słuchałem tej płyty. Marną mam pamięć.

            > Kolejne podziekowania za zyczliwosc,

            Nie no, cholera, marnujesz swój czas składając to do kupy, leci to potem do mnie tysiąc kilometrów... I'M GRATEFUL, MAN. :)
    • mechanikk Let's Get Out Of This Country 22.08.06, 22:54
      Na początku przyznać muszę, że autor składanki wpędził mnie w spore kompleksy,
      jeśli chodzi o okładkę. Ja takich okładek robić zwyczaju nie miałem w całej
      historii BBB, do czego przyznaje się teraz publicznie, ze wstydem i obiecuję
      poprawę w dalszych edycjach. otrzymałem *prawdziwą* składankę, z nadrukiem na
      CD i w ogóle straszliwie bajerancką. Zagadką jak na razie są dla mnie
      hermetyczne oznaczenia tracków, z których to oznaczeń wynika, że z każdym
      utworem pokonuję pewien dystans trasy. Nie wiem jednak według jakiego klucza
      dystans ów jest mierzony, co jak na razie dodaje płycie atrakcyjności (powiew
      tajemnicy). A może ja po prostu mało rozgarnięty jestem.

      1. Zaczyna się sympatycznym countrowym instrumentalem, podobnym do tych z „Aw
      C’Mon/No You C’mon” Lambchopa. A może to nawet właśnie Lambchop z tych płyt,
      wcale bym się nie zdziwił, bo nie zwykłem im się przysłuchiwać, tak mnie zawsze
      nudziły. Ale tutaj pasuje, nawet bardzo. Ten fragment to 516 km trasy, wg
      wytycznych autora.
      2.Coś z lat 80. zapewne, okolice Johna Peela. Wnioskuje się z brzmienia
      perkusji, klawiszy i z melodii. W kontekście tego, co na płycie dzieje się
      dalej, jest to wypełniacz, choć czuć też pewien powiew klasyczności. Tylko 5
      km, ale czemu tak mało nie wiem.
      3. Znów coś z osiemdziesiątych lat, zapewne również półka wspomnianego
      dziennikarza. Bardzo ten refren chwytliwy i banjo dodające całości countrowego
      galopu, w sam raz na 1017 km trasy. Przy okazji pojawia się niepokój, że to
      jakiś wielce klasyczny band, którego oczywiście nie znam. Zapoznam się jak
      tylko pojawi się rozszyfrowanie.
      4. Znawcą Dylana to ja nie jestem, ale jakoś z nim właśnie kojarzy mi się ta
      pani, z którą jedziemy przez 375 km. Jest bardzo folkowo, choć aranżacja dość
      nowoczesna.
      5. Znów wokalistka i przy okazji podziękowania dla autora za oddanie sporej
      ilości miejsca kobietom. Jestem muzyczną szowinistyczną świnią i na paniach
      śpiewających słabo się znam, a ta płyta ma dla mnie wobec tego, rzekłbym, spory
      walor edukacyjny. Szczególnie podobają mi się głosy dziecinne (może jestem
      nawet muzycznym pedofilem, nigdy nie wiadomo), a ta pani taki ma. Śliczna
      melodia, zalatująca francuskim filmem i coś jakby skrzypce w tle, no i
      klawesyn, lub klawesynopodobny klawisz – to elementy szczególnie fajne w tym,
      ciągnącym się przez 207 km utworze.
      6. 5 kilometrów z jakąś kobiecą odmianą Orange Juice. Bardzo melodyjne,
      zabrudzone i do puszczania na full.
      7. Chyba jakiś girlsband z lat 60. Niemożliwe, żeby to powstało później.
      Ciekawe, że to jeden z największych dystansów płyty – 8152 km.
      8. Jedyny fragment, który znam, gdyż przed jakimś miesiącem zakupiłem sobie
      nowego Casha. Przy okazji powiem, że „American V” to jest rzecz wyciskające łzy
      najszczersze. Jak tego słucham, to mam od razu z 60 lat więcej. Mocne i wielce
      prawdziwe. Z Cashem dałoby się przejechać więcej niż te 297 km sugerowane przez
      wydawcę.
      9. Wracamy do folkowych kobiet. Jest to żeński odpowiednik Sufjana, ale może
      tylko to banjo mnie tam nakierowuje. W ogóle – banjo, zajebisty instrument.
      3174 km.
      10. Instrumentalny, altcountrowy trans, może inspirowany minimalizmem ala
      Reich, ale co ja się tam znam. Zachciewa mi się zgadywanki, więc zapytam: może
      to Calexico? 1962 km.
      11. Bardzo nerwowe gitary i mniej nerwowa dziewczyna. Ja to, kurcze blade znam,
      ale za Chiny nie mogę sobie przypomnieć co to. Gugle korci, ale się
      powstrzymuję. Trasa: 3412 km.
      12. Muzyka do filmu drogi (zresztą cała płyta jest do takiegoż). Znów
      wokalistka, którą musze głębiej poznać. Trasa krótka, tylko 10 km, więc jadę
      spokojnie, i rozkminiam, dlaczego ja nie znam tych wszystkich głosów. Plus dla
      autora, że pozbierał na tą płytę utwory pod względem wokalnym w większości,
      świetne, a jak nie świetne to ciekawe.
      13. Składanka, którą otrzymałem nie składa się z muzyki, która wyważa jakiś
      nowych, nieznanych rodzajów i gatunków drzwi. Być może całe płyty tych
      wykonawców nie wymiatają. Być może są na nich piosenki idealne do robienia
      składanek. Tu lekko fałszujący wokalista, jakich ostatnio dużo. Tutaj sporo się
      dzieje, jeśli chodzi o gęste gitary i równie gęstą perkusję. Dla równowagi
      marzycielska melodia, w duchu żywszych nagrań Mercury Rev, i ładne skrzypce.
      2213 km.
      14. „Tududu ujaja o u je” (2278 km). Ten motyw z początku przykuwa uwagę, ale
      przy późniejszych słuchaniach trochę irytuje. Na szczęście jest on tylko
      efektowną reklamą, dla naprawdę dobrego produktu, jakim jest chyba najlepsza
      melodia na składance.
      15. Broken Social Scene? Czy będę musiał w końcu się przemóc do sięgnięcia po
      ostatnią płytę tychże, zwrócić im honor? Śliczne to dobre określenie? 353 km?
      Zdecydowanie więcej.
      16. Refren tej piosenki to chyba najlepiej zaśpiewany przez kobietę fragment
      tej płyty. Bez popisów, za to wzruszająco. 505 km.
      17. „Refren tej piosenki to chyba najlepiej zaśpiewany przez kobietę fragment
      tej płyty” Myślałem z początku, że to Imogen Heap, ale chyba jednak nie. Jakaś
      inna mroczna i romantyczna. Świetne, z pomysłem zaaranżowane (saksofon). Ta
      Imogen, ma w moim przekonaniu nagrać kiedyś coś takiego właśnie, żeby Marek
      Niedźwiedzki nie bał się zagrać. 1202 km.
      18. Pośród 25 utworów musiał się znaleźć jakiś wypełniacz. 1149 km.
      19. „To chyba najlepiej zaśpiewany przez kobietę fragment tej płyty” Chcę się
      umówić z tą dziewoją. 10 km tylko, będziemy musieli wolno jechać?
      20. Architecture In Helsinki? No i tu znów moje muzyczne pedofilskie skłonności
      biorą górę. niby irytujące, ale melodyjki to oni potrafią pisać. 16890 km –
      najdłuższa trasa, a piosenka krótka.
      21. „Refren tej piosenki to chyba najlepiej zaśpiewany przez kobietę fragment
      tej płyty” Po prostu. 713 km
      22. Kojarzy mi się z końcówką Lucky Luke’a, gdy bohater ów malał w kadrze na
      tle czerwonego słońca, odjeżdżając. Ta piosenka lepiej by tam pasowała, niż to
      tam, „Lonesome Cowboy” ;) Ale kowboj miałby daleko, bo aż 15813 km.
      23. Ehh, Jens Lekman? Albo jakiś klon jego. 823 km
      24. A to takie instrumentalne folkowe cudeńko (cudeńko – copyright by P.
      Kaczkowski). W sam raz, żeby się obudzić o świcie gdzieś w środku lasu.

      To tyle. Płyta jest zajebiście zajebista, jakby byłe zza pieniądze, to bym
      kupił. Dziękuję. (Strasznie dużo napisałem, nie chce mi się poprawiać, więc za
      literówki albo bzdury very sory, jesli są).

      • mechanikk Re: Let's Get Out Of This Country 22.08.06, 22:57
        mechanikk napisał:
        1. Zaczyna się sympatycznym countrowym instrumentalem, podobnym do tych z ̶
        > 2;Aw
        > C’Mon/No You C’mon” Lambchopa. A może to nawet właśnie Lambch
        > op z tych płyt,
        > wcale bym się nie zdziwił, bo nie zwykłem im się przysłuchiwać, tak mnie
        zawsze
        > nudziły.

        Kurcze. Znaczy, te instrumentale mnie nudziły. W całosci są to płyty więcej niż
        dobre.
      • hennessy.williams Re: Let's Get Out Of This Country 23.08.06, 12:10
        mechanikk napisał:

        > Na początku przyznać muszę, że autor składanki wpędził mnie w spore kompleksy,
        > jeśli chodzi o okładkę. Ja takich okładek robić zwyczaju nie miałem w całej
        > historii BBB, do czego przyznaje się teraz publicznie, ze wstydem i obiecuję
        > poprawę w dalszych edycjach. otrzymałem *prawdziwą* składankę, z nadrukiem na
        > CD i w ogóle straszliwie bajerancką.

        Pomyślałem sobie, że jak nie spodoba ci się zawartość płyty, to i tak nie
        będziesz mógł napisać, że się nie starałem, bo chociaż do okładki się przyłożyłem...

        > Zagadką jak na razie są dla mnie
        > hermetyczne oznaczenia tracków, z których to oznaczeń wynika, że z każdym
        > utworem pokonuję pewien dystans trasy. Nie wiem jednak według jakiego klucza
        > dystans ów jest mierzony, co jak na razie dodaje płycie atrakcyjności (powiew
        > tajemnicy). A może ja po prostu mało rozgarnięty jestem.

        Założenie miałem bardzo proste, bo muzyka którą wybrałem jest prosta ;)
        Tytuł "W 40 dni..." potraktowałem literalnie. Skupiłem się w większości na
        klimatach countrowo-folkowych, choć pierwotny pomysł miałem inny (o tem potem).
        Punktem wyjścia jest Warszawa, a potem jeździmy z miejsca na miejsce. Cyfry to
        odległości między trackami.
        Liczyłem dystans w linii prostej: Warszawa-Berlin, Berlin-Berlin (tylko osiedle
        inne), Berlin-Durnham County, Durnham County-Londyn itd.

        > 1. Zaczyna się sympatycznym countrowym instrumentalem, podobnym do tych z ̶
        > 2;Aw
        > C’Mon/No You C’mon” Lambchopa. A może to nawet właśnie Lambch
        > op z tych płyt,
        > wcale bym się nie zdziwił, bo nie zwykłem im się przysłuchiwać, tak mnie zawsze
        >
        > nudziły. Ale tutaj pasuje, nawet bardzo. Ten fragment to 516 km trasy, wg
        > wytycznych autora.

        To niemiecka Contriva. Zespół sympatyczny, utwory w większości instrumentalne.
        Ten akurat skomponowała Masha Qrella. A skojarzenie z Lambchop mi udowadnia, że
        cholera o czymś zapomniałem...

        > 2.Coś z lat 80. zapewne, okolice Johna Peela. Wnioskuje się z brzmienia
        > perkusji, klawiszy i z melodii. W kontekście tego, co na płycie dzieje się
        > dalej, jest to wypełniacz, choć czuć też pewien powiew klasyczności. Tylko 5
        > km, ale czemu tak mało nie wiem.

        Zostajemy w Berlinie, bo to Katharina Franck i ekipa, czyli Rainbirds. Nie wiem
        czy Peel to grał, ale ja na jego miejscu bym grał. Kiedyś grali ich sporo w
        Programie Trzecim. Fajne są pierwsze 3 płyty, największe hity to Blueprint i Sea
        Of Time.

        > 3. Znów coś z osiemdziesiątych lat, zapewne również półka wspomnianego
        > dziennikarza. Bardzo ten refren chwytliwy i banjo dodające całości countrowego
        > galopu, w sam raz na 1017 km trasy. Przy okazji pojawia się niepokój, że to
        > jakiś wielce klasyczny band, którego oczywiście nie znam. Zapoznam się jak
        > tylko pojawi się rozszyfrowanie.

        Zacny i klasyczny. I na forum omawiany. Prefab Sprout "Faron Young". Świetne,
        nieprawdaż? W ogóle słowo "galop", tudzież "kłus" pasuje tu jeszcze do paru
        innych piosenek. Weźmy taką następną...

        > 4. Znawcą Dylana to ja nie jestem, ale jakoś z nim właśnie kojarzy mi się ta
        > pani, z którą jedziemy przez 375 km. Jest bardzo folkowo, choć aranżacja dość
        > nowoczesna.

        Beth Orton z ostatniej płyty z pomocą Jima O'Rourke'a i M.Warda. A koń nas
        niesie dalej...

        > 5. Znów wokalistka i przy okazji podziękowania dla autora za oddanie sporej
        > ilości miejsca kobietom. Jestem muzyczną szowinistyczną świnią i na paniach
        > śpiewających słabo się znam, a ta płyta ma dla mnie wobec tego, rzekłbym, spory
        >
        > walor edukacyjny. Szczególnie podobają mi się głosy dziecinne (może jestem
        > nawet muzycznym pedofilem, nigdy nie wiadomo), a ta pani taki ma. Śliczna
        > melodia, zalatująca francuskim filmem i coś jakby skrzypce w tle, no i
        > klawesyn, lub klawesynopodobny klawisz – to elementy szczególnie fajne w
        > tym,
        > ciągnącym się przez 207 km utworze.

        Bo ja z kolei feministą jestem. Pierwotnie płyta miała być w całości
        feministycznie zaangażowana (i muzycznie, i tekstowo), ale wtedy nie mógłbym
        wrzucić np. Prefab Sprout, więc pomysł zachowuję na kiedyindziej.
        W tym utworze docieramy do Glasgow, klimatów B&S i słuchamy Isobel Campbell we
        wcieleniu The Gentle Waves. Moja pani mówi, że to klimatami rosyjskich
        duszoszcipatielnych pieśni zalatuje. W sumie...? "Falling From Grace".

        > 6. 5 kilometrów z jakąś kobiecą odmianą Orange Juice. Bardzo melodyjne,
        > zabrudzone i do puszczania na full.

        To mój Energizer ostatnich miesięcy. "If Looks Could Kill", czyli numer z
        ostatniej płyta Camera Obscura, która to dała tytuł całej mojej kompilacji.
        Uwaga - wciąga jak mój stary Grungig!

        > 7. Chyba jakiś girlsband z lat 60. Niemożliwe, żeby to powstało później.
        > Ciekawe, że to jeden z największych dystansów płyty – 8152 km.

        Z Glasgow do Sevierville w stanie Tennessee droga daleka. A tam w 1966 taką miłą
        piosnkę nagrała... Dolly Parton. I kto chciałby narzekać na tę panią, niech
        najpierw posłucha jej dawnych płyt. Wciśnięty przeze mnie "Don't Drop Out" wydał
        mi się dobrym łącznikiem między #6 a #8.

        > 8. Jedyny fragment, który znam, gdyż przed jakimś miesiącem zakupiłem sobie
        > nowego Casha. Przy okazji powiem, że „American V” to jest rzecz wyc
        > iskające łzy
        > najszczersze. Jak tego słucham, to mam od razu z 60 lat więcej. Mocne i wielce
        > prawdziwe. Z Cashem dałoby się przejechać więcej niż te 297 km sugerowane przez
        >
        > wydawcę.

        "If You Could Read My Mind" (chyba najbardziej poruszający z całej płyty
        American V, bo głos Casha już tu słabnie) to często kowerowany klasyk. Polecam
        też wersje Dona McLeana i Barbry Straisand, choć po posłuchaniu Casha nie
        obowiązkowo.

        > 9. Wracamy do folkowych kobiet. Jest to żeński odpowiednik Sufjana, ale może
        > tylko to banjo mnie tam nakierowuje. W ogóle – banjo, zajebisty instrumen
        > t.
        > 3174 km.

        Chciałem podtrzymać jeszcze chwilę magię Casha. To Jesse Sykes & The Sweet
        Hereafter. Cała płyta "Reckless Burning" jest taka!

        > 10. Instrumentalny, altcountrowy trans, może inspirowany minimalizmem ala
        > Reich, ale co ja się tam znam. Zachciewa mi się zgadywanki, więc zapytam: może
        > to Calexico? 1962 km.

        Bingo.

        > 11. Bardzo nerwowe gitary i mniej nerwowa dziewczyna. Ja to, kurcze blade znam,
        >
        > ale za Chiny nie mogę sobie przypomnieć co to. Gugle korci, ale się
        > powstrzymuję. Trasa: 3412 km.

        Chan Marshall aka Cat Power. Free. You Are Free. Moja ulubiona płyta CP.

        > 12. Muzyka do filmu drogi (zresztą cała płyta jest do takiegoż). Znów
        > wokalistka, którą musze głębiej poznać. Trasa krótka, tylko 10 km, więc jadę
        > spokojnie, i rozkminiam, dlaczego ja nie znam tych wszystkich głosów. Plus dla
        > autora, że pozbierał na tą płytę utwory pod względem wokalnym w większości,
        > świetne, a jak nie świetne to ciekawe.

        Wydała mi się na tyle ciekawa, że założyłem o niej osobny wątek. Udzielała się w
        wielu zespołach, w ub. roku wypuściła własną EPkę, teraz LP. Joan As Police
        Woman to band, a Joan Wasser to nazwisko.

        > 13. Składanka, którą otrzymałem nie składa się z muzyki, która wyważa jakiś
        > nowych, nieznanych rodzajów i gatunków drzwi. Być może całe płyty tych
        > wykonawców nie wymiatają. Być może są na nich piosenki idealne do robienia
        > składanek. Tu lekko fałszujący wokalista, jakich ostatnio dużo. Tutaj sporo się
        >
        > dzieje, jeśli chodzi o gęste gitary i równie gęstą perkusję. Dla równowagi
        > marzycielska melodia, w duchu żywszych nagrań Mercury Rev, i ładne skrzypce.
        > 2213 km.

        Bo "moje życie jest tak proste jak piosenka ta"... Akurat płyta, z której
        wziąłem ten utwór ostatnio mnie mocno przyatakowała i trz
      • hennessy.williams Re: Let's Get Out Of This Country 23.08.06, 12:13
        urwało...

        > 13. Składanka, którą otrzymałem nie składa się z muzyki, która wyważa jakiś
        > nowych, nieznanych rodzajów i gatunków drzwi. Być może całe płyty tych
        > wykonawców nie wymiatają. Być może są na nich piosenki idealne do robienia
        > składanek. Tu lekko fałszujący wokalista, jakich ostatnio dużo. Tutaj sporo się
        >
        > dzieje, jeśli chodzi o gęste gitary i równie gęstą perkusję. Dla równowagi
        > marzycielska melodia, w duchu żywszych nagrań Mercury Rev, i ładne skrzypce.
        > 2213 km.

        Bo "moje życie jest tak proste jak piosenka ta"... Akurat płyta, z której
        wziąłem ten utwór ostatnio mnie mocno przyatakowała i trzyma. "Young Bride" Midlake.

        > 14. „Tududu ujaja o u je” (2278 km). Ten motyw z początku przykuwa
        > uwagę, ale
        > przy późniejszych słuchaniach trochę irytuje. Na szczęście jest on tylko
        > efektowną reklamą, dla naprawdę dobrego produktu, jakim jest chyba najlepsza
        > melodia na składance.

        Od paru lat zawsze jak słyszę ten kawałek, to micha mi się cieszy. Dotarliśmy do
        Kanady i w ten sposób powitał nas Spookey Ruben. Dziwny to gość i nieco
        zakręcona jego muzyka. W sumie muszę się sam w nią wgłębić, bo może warto...

        > 15. Broken Social Scene? Czy będę musiał w końcu się przemóc do sięgnięcia po
        > ostatnią płytę tychże, zwrócić im honor? Śliczne to dobre określenie? 353 km?
        > Zdecydowanie więcej.

        Ciepło, ciepło, ale i tak ślicznie, ślicznie. To Jason Collett z BSS. Tak
        zaczyna się jego solowa płyta.

        > 16. Refren tej piosenki to chyba najlepiej zaśpiewany przez kobietę fragment
        > tej płyty. Bez popisów, za to wzruszająco. 505 km.

        Śpiewa Amy Millan, która też ostatnio wydała solową płytę. Tutaj ze swoim
        zespołem. Stars "Look Up".

        > 17. „Refren tej piosenki to chyba najlepiej zaśpiewany przez kobietę frag
        > ment
        > tej płyty” Myślałem z początku, że to Imogen Heap, ale chyba jednak nie.
        > Jakaś
        > inna mroczna i romantyczna. Świetne, z pomysłem zaaranżowane (saksofon). Ta
        > Imogen, ma w moim przekonaniu nagrać kiedyś coś takiego właśnie, żeby Marek
        > Niedźwiedzki nie bał się zagrać. 1202 km.

        Ha! Kiedyś późną nocą Mann zachwycał się jej EPką. To Rachael Yamagata ale już z
        pełnometrażowego debiutu.

        > 18. Pośród 25 utworów musiał się znaleźć jakiś wypełniacz. 1149 km.

        Jak wysłałem płytę, to wpadłem w końcu na to, co mi tu nie pasuje. Ten
        wypełniacz właśnie. W poprzednim numerze Yamagata - takie japońskie nazwisko,
        więc tu chciałem coś japońskiego. I dałem (to cóż, że z USA) Asobi Seksu. Sama
        płyta nie jest zła, ale na tę podróż nie trzeba było jej brać ;)

        > 19. „To chyba najlepiej zaśpiewany przez kobietę fragment tej płyty”
        > ; Chcę się
        > umówić z tą dziewoją. 10 km tylko, będziemy musieli wolno jechać?

        Tu miała być Rosja, ale wyszła tylko połowicznie (to cóż, że z USA). Regina
        Spektor. Mógłbyś nie dać rady, hłe hłe.

        > 20. Architecture In Helsinki? No i tu znów moje muzyczne pedofilskie skłonności
        >
        > biorą górę. niby irytujące, ale melodyjki to oni potrafią pisać. 16890 km ̵
        > 1;
        > najdłuższa trasa, a piosenka krótka.

        Z Niujorku (bo nie liczyłem Rosji) do Melbourne. Architecture - się zgadza. It's 5.

        > 21. „Refren tej piosenki to chyba najlepiej zaśpiewany przez kobietę frag
        > ment
        > tej płyty” Po prostu. 713 km

        Debiutancka S/T płyta Howling Bells. Wokalistka (Juanita Stein) przypomina mi
        wczesną, w tamtych czasach uwielbianą przeze mnie Heather Nova. Potem się
        skiepściła. Heather, nie Juanita.

        > 22. Kojarzy mi się z końcówką Lucky Luke’a, gdy bohater ów malał w kadrze
        > na
        > tle czerwonego słońca, odjeżdżając. Ta piosenka lepiej by tam pasowała, niż to
        > tam, „Lonesome Cowboy” ;) Ale kowboj miałby daleko, bo aż 15813 km.

        To cóż, że ze Szwecji. Sophie Zelmani konno. Yes I Am. Wszystkie jej płyty są
        takie. Człowiek się lubi do czegoś przyzwyczaić i żeby nikt mu tego nie
        zmieniał. Tak właśnie mam z Sophie.

        > 23. Ehh, Jens Lekman? Albo jakiś klon jego. 823 km

        Jens, ino w ojczystym języku.

        > 24. A to takie instrumentalne folkowe cudeńko (cudeńko – copyright by P.
        > Kaczkowski). W sam raz, żeby się obudzić o świcie gdzieś w środku lasu.

        Wróciliśmy do Warszawy. Tak się kończy płyta "Mrowisko" Klanu, tak więc i ja
        skończyłem. Sen...

        > To tyle. Płyta jest zajebiście zajebista, jakby byłe zza pieniądze, to bym
        > kupił. Dziękuję. (Strasznie dużo napisałem, nie chce mi się poprawiać, więc za
        > literówki albo bzdury very sory, jesli są).

        Very please.
        Miło mi, że taka prostota do ciebie trafiła. 62,99 się należy ;)
        Tracklista wkrótce...
        • hennessy.williams Tracklista 23.08.06, 13:53
          1. Contriva "After Work Club" 3:55 [If You Had Stayed... 2003] DE Berlin 516
          2. Rainbirds "I Could Be You (Could Be Me)" 3:03 [Rainbirds 1987] DE Berlin 5
          3. Prefab Sprout "Faron Young" 3:48 [Steve McQueen 1985] EN Durham County 1017
          4. Beth Orton "Rectify" 2:27 [Comfort Of Strangers 2006] EN London 375
          5. The Gentle Waves "Falling From Grace" 3:45 [Swansong For You 2000] SC
          Glasgow 207
          6. Camera Obscura "If Looks Could Kill" 3:29 [Let's Get Out Of This Country
          2006] SC Glasgow 5
          7. Dolly Parton "Don't Drop Out" 2:31 [SP Control Yourself / Don't Drop Out
          1966] US Sevierville, Tennessee 6152
          8. Johnny Cash "If You Could Read My Mind" 4:30 [American V: A Hundred Highways
          2006] US Nashville, Tennessee 297
          9. Jesse Sykes & The Sweet Hereafter "Doralee" 4:10 [Reckless Burning 2002] US
          Seattle 3174
          10. Calexico "Pepito" 2:36 [Feast Of Wire 2003] US Tucson, Arizona 1962
          11. Cat Power "Free" 3:33 [You Are Free 2003] US New York 3412
          12. Joan As Police Woman "Christobel" 3:06 [Real Life 2006] US New York 10
          13. Midlake "Young Bride" 4:56 [The Trials of Van Occupanther 2006] US Denton,
          Texas 2213
          14. Spookey Ruben "These Days Are Old" 3:45 [Modes Of Transportation Vol. 1
          1995] CA Ottawa 2279
          15. Jason Collett "Fire" 2:49 [Idols Of Exile 2005] CA Toronto 353
          16. Stars "Look Up" 4:18 [Heart 2003] CA Montreal 505
          17. Rachael Yamagata "Letter Read" 3:44 [Happenstance 2004] US Chicago 1202
          18. Asobi Seksu "Mizu Asobi" 2:40 [Citrus 2006] US New York 1149
          19. Regina Spektor "That Time" 2:39 [Begin To Hope 2006] US New York 10
          20. Architecture In Helsinki "It's 5!" 2:07 [In Case We Die 2005] AU Melbourne
          16690
          21. Howling Bells "Broken Bones" 3:19 [Howling Bells 2006] AU Sydney 713
          22. Sophie Zelmani "Yes I Am" 2:53 [Sing And Dance 2001] SE Stockholm 15613
          23. Jens Lekman "Jag Tyckte Hon Sa Lönnlöv" 3:19 [Tour EP - USA October 2005]
          SE Göteborg 189
          24. Klan "Sen" 1:49 [Mrowisko 1971] PL Warszawa 623
          Total: 58671km
Inne wątki na temat:

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka