millefiori
09.02.10, 14:36
A to było tak.
Środa.
Chwile przed godz. 17, zamknąwszy domostwo, zaladowawszy bagaze i odpaliwszy
auto w garazu, przypomnialam sobie, ze zapomnialam zabrać telefon, bez ktorego
jak bez reki, wiadomo. Wylaczylam silnik i pognalam na gore po telefon, po
drodze usłyszawszy glos wewnętrzny mowiacy, ze taaa... no na pewno cos mi sie
nie uda, bo przeciez zawrocilam. Telefon znalazlam, przysiadlam na krzesle i
policzylam do 10, zeby odczarowac zawrocenie, zamknęłam ponownie domostwo,
wrocilam do garazu i ruszylam w ponad 200 km do lotniska w kraju osciennym, z
ktorego mial odlatywac samolot do Oj.
Daleko nie ujechalam. Utkwilam w korku na autostradzie zablokowanej z racji
wypadku.
Po odstaniu w i wydostaniu sie z korka, majac juz coraz mniej czasu do odlotu,
pognalam co kon mechaniczny wyskoczy. Niedługo jednak, albowiem rozpetala sie
sniezyca z zamiecia. Ostatnie 40 km autostrady pokonałam w 40 minut, bo jako
zywo, szybciej sie nie dalo. Pomyslalam sobie, ze jesli zdaze, to juz wszystko
bedzie dobrze, bo 2 pechy po drodze już odczarowaly zawrócenie.
Do stanowiska odpraw dopadlam w trakcie wzywania ostatnich pasazerow.
Dowiedzialam sie, ze odlot najprawdopodobniej bedzie opozniony o godzine z
powodow meteo, a samolot z Oj, ktory do Oj mial wracac tegoz wieczoru, jeszcze
nie przylecial.
Na wyświetlonym rozkładzie lotow samolot do Oj był, wprawdzie bez opisu, ale
jednak, wiec popijając kawe czekałam spokojnie na informacje. Kolo mnie
rozsiadla się grupa personelu naziemnego rozmawiajaca o wcześniejszym koncu
szychty, bo ten ostatni samolot i tak nie poleci. Ostatni, to znaczy ten do
Oj. Oficjalnej informacji nadal nie bylo, wiec zapytałam naziemnych, czy
wiadomo, co dalej z samolotem, na co dowiedziałam się, ze zaraz zamykaja
lotnisko, samolot zostal przekierowany w powietrzu na inne lotnisko, chyba w
L, wiec pasażerowie będą przerzuceni tez na to inne.
Glos wewnetrzny mruknal: a chrzan to i wracaj do domu!
Glos wewnętrzny stłamsiłam.
Z glośniki obwieszczono, ze z racji warunkow pogodowych w Oj, opóźniony
samolot będzie ladowal w L. i tam maja przewieźć pasażerów, wiec prosim piknie
zebrac się do wyjscia do autokarow. Ha. A za oknami sniezyca nabrala rozmachu
i dokładała marznącym deszczem. Organizacja troche potrwala, zapakowałam się
do ostatniego autobusu tłamsząc glos wewnętrzny mówiący mi, żebym cisnęła w
diably plany podrozy, zabierala auto z parkingu i wracala do domu. Glos
wewnętrzny stłamsiłam ponownie i ruszyliśmy.
Ledwie wjechaliśmy w gestym opadzie marznącego deszczu ze śniegiem na
autostrade w kierunku L., nastąpiło duze BUM ze wstrzasem, hamowanie i stop.
Autokar zderzyl się z samochodem osobowym. Wyszlam sprawdzic, czy nic się
nikomu nie stalo, a w razie czego udzielic pierwszej pomocy. Osobowe ze
zmasakrownym przodem było wbite w barierke, na cale szczescie nic nikomu,
rozdzieliłam papierosy na uspokojenie; nastąpiła przerwa w oczekiwaniu na
policje i ruszyliśmy dalej. Glos wewnętrzny darl się na pelny regulator,
wzywajac do powrotu, tylko że juz z autostrady było zdecydowanie trudniej
fizycznie zawrócić na parking, niż z lotniska.
Przed 23 znalazlam sie w L., gdzie nadal sypalo i padalo z gory, a zamarzalo
z dolu. Samolotu z Oj nie było, ale miał nadlecieć. Przed polnoca pojawil
się, wyplul pasażerów z Oj,
(czwartek) - dla odlatujących do Oj ponowna odprawa, kontrole i już o 1 w nocy
siedzieliśmy w samolocie i witalismy się z gaska. Drobne dzieci sponiewierane
dotychczasowymi perypetiami ryczaly na potęgę nie dajac się uspokoic, personel
pokladowy wykonal pokaz bezpieczeństwa, maszyna do odladzania się pojawila.
Zapakowałam korku do uszu, umościłam się i zasnęłam. Az tu przez korki do uszu
i drzemke dotarl do mnie glos informujący, ze sorry, ale niestety nie polecimy
z przyczyn technicznych. Dochodzila wlasnie 3 rano. Nastąpił exodus pasażerów,
przechadzka w zawiei i plasach po plycie lotniska do budynku. O 3 odebralam
bagaż i zastanawiałam się, która z dwoch kuszących przedstawionych przez
personel naziemny ofert wybrac: czekac w L. na dostawe do hotelu i spędzić tam
noc, z perspektywa zabrania się tymze samolotem nastepnego dnia kolo
poludnia, z zalozeniem, ze samolot zostanie naprawiony, a warunki meteo się
nie pogorsza, czy rzucic w diably obecne plany podróżne, wracac na lotnisko
wyjściowe, zabrac auto i odbyc ponad 200 km trase z powrotem do dom w
warunkach zimowych i bardzo nocnych. Glos wewnętrzny warczal z jadowita
satysfakcja – malo ci było znakow, a nie mowilem?!. Przy okazji zdalam sobie
sprawe z tego, ze glos wewnętrzny jest plci meskiej i przemawia barytonem,
ale timbre’u nie kojarze z żadnym znanym mężczyzna.
Żeby odzyskac jasnosc myslenia, postanowilam sie napic kawy. Niestety, w
automacie zabraklo kubkow i napar wylal sie do automatowatego rynsztoczka. To
przewazylo szale decyzji: wykreslilam sie ciupasem z listy pasazerow,
zglosilam do odjazdu do C, gdzie na parkingu czekalo auto, z mocnym
postanowieniem dotarcia do domostwa.
Podstawiono vana, wraz ze mna zaladowalo sie 6 osob, i pojechalismy. Snieg
walil, autostrada pokryta podmarzajacym blotem śniegowym. Juz o 4:30 bylam z
powrotem w C. Napilam sie kawy i ruszylam. Juz przed 7 rano dojechalam do dom.
W sumie - 14 godzin na zakreslenie pętli. Ponad 400 km za kierownica, z czego
200 po zarwanej nocy, w śniegu z deszczem, po czyms blizej nieokreslonym, z
czego wolalam sobie nie zdawac sprawy; plus 170 km w trasie tam i z powrotem
miedzy lotniskami. Wlasciwie w tym czasie spokojnie dojechalabym do Oj
samochodem. Powiadomiwszy krewnych i znajomych, ze nie dojechalam i zalegam w
punkcie wyjscia na czas nieokreslony, połatawszy i polapawszy wszystkie
zobowiazania ojczyzniane, nieco sfatygowana, padlam. Nastepnego dnia okazalo
sie, ze leże ścięta dorodną grypa w rozkwicie i nie wstawalam przez nastepne 6
dni, bo sie chorobsko nad wyraz namietne okazalo.
Wnioski nasuwają sie same: nie trzeba było wracac po telefon, albo
odczarowywanie było nieskuteczne.