smutnypies
10.01.04, 02:13
Mam cudowną żonę, taką, jaka tylko mogłem sobie wymarzyć. Trafiło się ślepej
kurze ziarno! Zakochiwałem się w niej co 3 miesiące od nowa. Ale do rzeczy.
Żona mimo swego cudownego charakteru, okłamała mnie. Okłamała co do jednej
rzeczy – ona nie chciała mieć dzieci. Nie, że nigdy, ale nie w pierwszych
latach małżeństwa. Tłumaczyła to tym, że źle się zrozumieliśmy przed ślubem.
Ja myślałem, ze dziecko pojawi się rok, dwa lata po ślubie, a ona, ze 5 –
10. No fajnie, pięknie, tylko że do tego czasu ja będę już ładnie po
czterdziestce (mam 37 lat, żona 24). Do tego żona chyba dla świętego
spokoju, okłamywała mnie, bo brała tabletki, podczas gdy ja sadziłem, ze
staramy się o dziecko. O ja naiwny! Kiedy odkryłem jej „mały” sekret zaczęły
się awantury.
Któregoś czerwcowego wieczoru wróciłem do domu po spotkaniu z kolegami.
Byłem trochę wypiwszy, żona się o to doczepiła, to ja jej odwarknąłem
odnośnie jej oszustw z tabletkami, i znowu się zaczęło. Wtedy zaczęła
krzyczeć, że tabletki odstawiła. Nie uwierzyłem. Tak sama z siebie?
Zarzekała się, że to prawda. Przekonała mnie. Ucieszyłem się bardzo.
Zaproponowałem jej więc seks. Nie zgodziła się, zaczęła się kolejna
awantura. Skończyła się tym, ze ją zgwałciłem. Tak tylko to można nazwać.
Nawet nie starałem się być szczególnie delikatny. Nie byłem na pewno, mnie
tez nie było wcale przyjemnie i bolał ten stosunek jak diabli. Nie wiem, co
we mnie wstąpiło. Następnego dnia spakowała się i wyszła z domu nawet nie
wiem kiedy, bo jeszcze spałem. Obudziłem się już koło 11:00 gdy jej nie
było. Odnalazłem ją po niemal dwóch tygodniach w nadmorskim pensjonacie jej
koleżanki. Przepraszałem, błagałem, prosiłem, obiecywałem. Koleżanka żony
patrzyła na mnie jak na kryminalistę – zboczeńca. W ogóle wydawało mi się,
ze wszyscy tak na mnie patrzyli. Miałem koszmarne wyrzuty sumienia. Po
kolejnych dwóch tygodniach żona wróciła do domu. Bardziej dlatego, ze
kończył jej się urlop w pracy niż z mojego powodu. Ale wróciła i pomalutku
zaczynaliśmy żyć normalnie. Do końca października nawet raz nie
zaproponowałem jej seksu. Byliśmy tzw. białym małżeństwem. W końcu jakoś
samo z siebie wyszło, że wylądowaliśmy w łóżku (paradoksalnie, nie we
własnym, ale jej… rodziców - 1 listopada – nocowaliśmy u nich) - teściowie
za ścianą zawsze działali na nas pobudzająco, he he. Po powrocie do domu
nasze życie wróciło do normy. Ależ byłem szczęśliwy, myślałem, ze ona też.
Temat dzieci zacząłem drążyć bardzo nieśmiało i delikatnie. Powiedziała, że
od czerwca nie bierze hormonów. Rany, jak się ucieszyłem! Niedługo mi było
dane się cieszyć. Przed samym Bożym Narodzeniem odwiozłem ja na pogotowie,
bo strasznie krwawiła z dróg rodnych. Potem się dowiedziałem, ze usunęła
ciążę. Tak po prostu. Widziałem się z nią od tamtej pory trzy razy. Raz, gdy
kazałem jej zabrać rzeczy i się wynosić z domu, drugi, gdy zabierała cześć
tych rzeczy a ja ją wyzywałem od najgorszych i trzeci, gdy powiedziałem jej,
że wystąpię o rozwód. A teraz żałuję. Wcale nie chcę rozwodu, bardzo za nią
tęsknię. Ona to zrobiła chyba po to, by mi zrobić na złość, by mnie
skrzywdzić, bym cierpiał tak jak ona wtedy. Kurde, sam już nie wiem. Wiem,
że w domu jest strasznie smutno, i czuję się jak stary, skopany pies.
Zastanawiam się, co ona teraz myśli. Jak się czuje? Czy też tęskni? Jak ją
odzyskać? Wiem, ze po wyjściu ze szpitala (w ten wtorek) zaczepiła się u
koleżanki z pracy i szuka mieszkania. Sam już nie wiem. Nawet nie wiem, z
kim o tym pogadać. Siedzę w domu i piję do lustra. Jutro pewnie będę
żałował, że wysłałem ten post. Ale co tam.