ollena
10.10.09, 14:04
Stało się. Po roku wspólnego mieszkania, wylądowaliśmy ze współlokatorem w łóżku. Jest moim FWB. Nigdy wcześniej nie sądziłam, że tak się może stać- nie podobał mi się szczególnie (ani fizycznie, ani psychicznie), zbyt wiele nas różni, żebym mogła się w nim zakochać. Mam 31 lat, znam swoje priorytety, wiem, KOGO poszukuję do bycia razem na dłużej, może na całe życie. Znam doskonale swoje pobudki. Od ponad trzech lat byłam sama i bardzo brakowało mi bliskości (emocjonalnej i fizycznej). Seks był jedynie pretekstem-wentylem. M. podziwiam- jest rzetelny, dobry i zawsze mogę na nim polegać, jedyny mankament, że go nie kocham. W pewnym sensie dobrze mi z nim i bezpiecznie, ale jak tu budować cokolwiek bez miłości? Sytuacja dzieje się od miesiąca, wiążemy się coraz bardziej emocjonalnie=przyzwyczajamy się, seksualnie kręci mnie coraz bardziej. Boję się, ze zakończy się wielką katastrofą- M. jest o krok od zakochania, zaangażował się. Poza tym jest dużo młodszy - nie chcę go ranić.
W dotychczasowym życiu kochałam raz, skończyło się 5 lat temu, po 3 latach związku. On był o wiele starszy, żonaty- nie zdecydował się. Od 3 lat nie żyje, zginął w okrutnych okolicznościach, o czym dowiedziałam się dopiero niedawno. Tkwi we mnie jak cierń, do tego stopnia, że M. mimowolnie nazywam jego imieniem w chwilach seksualnego zbliżenia. Nie, nie myślę o nim na co dzień, ale kiedy dowiedziałam się, że nie żyje, całe wspólne życie przypomniało mi się z najdrobniejszymi szczegółami. Czasem myślę, że może już nikogo nie pokocham...lata lecą, brak bliskiej relacji jest zarzewiem mojej frustracji. Czasem myślę, że lepiej być blisko z drugą osobą, nawet bez miłości, niż żyć kompletnie samemu. Dodatkowa trudność polega na tym, że mam problem z nawiązywaniem bliskich relacji.
Moje koleżanki podzieliły się na dwa fronty- liczny chór tłucze mi do głowy, że bez miłości to nie ma sensu, że zmierzamy donikąd. Chór mniejszościowy twierdzi, że może się wszystko zmienić o 180 st. Jak przyjaciółka, która związała się z kimś bez miłości, a w miarę trwania związku przekonuje się, że to była słuszna decyzja. Po kilku latach małżeństwa twierdzi, pokochała kocha męża coraz bardziej.
Co sądzicie? Gdzie leży prawda? Czy mam szanse zakochać się w M., mimo, że wydaje mi się, że absolutnie to niemożliwe?
Mam świadomość, że im dłużej będziemy brnąć w quasi-związek, tym trudniej będzie się z niego wycofać. Próbować czy uciekać byle dalej?