byziu1977
12.11.09, 15:11
Ojciec były milicjant (później pracownik poprawczaka) – oschły,
porywczy, wymagający dyktator, nie okazujący żadnych ciepłych
uczuć, i co najgorsze, nie odzywający się praktycznie wcale do
swojego jedynego dziecka czyli mnie. Po prostu tak jakby mnie nie
było. Zawsze miałam siedzieć cicho bo przecież dzieci i ryby głosu
nie mają. Liczyło się tylko to co on uważał za słuszne i nikt nie
miał prawa się mu sprzeciwić. W zasadzie tylko wydawał polecenia,
bardzo często przekazywane zresztą przez matkę, mówił np.: „powiedz
jej (czyli mi), żeby wyrzuciła śmieci”. Zawsze miałam wrażenie, że
jest wiecznie na mnie zły, że coś zrobiłam nie tak, bałam się go.
Chodziłam na palcach, żeby tylko zasłużyć na jego miły gest.
Oczywiście jako dziecko nie rozumiałam dlaczego tatuś się do mnie
nie odzywa, a właśnie to, że mnie totalnie ignorował było najgorsze.
Ponieważ zupełnie nie wiedziałam dlaczego mnie tak olewa i szorstko
traktuje uznałam jak większość dzieci, że to coś ze mną jest nie
tak. Że powinnam w jakiś sposób zasłużyć lub zapracować na to, żeby
ojciec się normalnie odezwał. To ja byłam tą „niegrzeczną” córeczką,
która wiecznie coś robi źle, a on przecież był wszechwładnym
rodzicem.
Jeżeli chodzi o matkę to była zupełnie przez niego zdominowana.
Oczywiście odzywała się do mnie, ale zawsze była tak jak on bardzo
wymagająca. Chyba polegało to na tym, że nie potrafiła się mu
sprzeciwić i ciągnęła z nim ten zimny wychów. Kiedyś po latach
powiedziała mi, że to wszystko dla mojego dobra, żeby mi się w
głowie nie poprzewracało i że ojciec po prostu taki jest (do niej
też dość rzadko się odzywał) W sumie powinnam chyba zacząć od tego,
że jestem dzieckiem z wpadki i dlatego musieli się pobrać.
Po liceum wyjechałam na studia do innego miasta i starałam się nie
utrzymywać z rodzicami częstych kontaktów. Po pewnym czasie poznałam
faceta z którym zamieszkałam. Zawsze powtarzałam sobie, że nie
zwiąże się z kimś pokroju ojca i tak jest. Mój teraz już mąż jest
ciepłym spokojnym człowiekiem. Ale wiadomo, jak w każdym związku
czasami występują tarcia, a czasem „ciche godziny lub dni” i wtedy
włącza się u mnie czerwona lampka. Zaczynam się niepokoić i
zastanawiam się co powinnam zrobić, żeby mój mąż się znowu do mnie
odzywał. Nie ma znaczenia kto zawinił, ja natychmiast staję na
łapkach i nadskakuję mu, żeby tylko nie milczał, żeby nie był na
mnie zły. Znowu jestem małą grzeczną dziewczynką, która bardzo nie
chce być odtrącona. Tak samo jest w pracy. Nie umiem walczyć o
swoje. Nie umiem powiedzieć NIE szefowi lub współpracownikom. Jestem
milusia dla wszystkich bo tak bardzo boję się, żeby mnie
nie „nielubili”.
Czy jest z tego jakieś wyjście? Czy nauczę się nie zależeć od innych
i mieć gdzieś to co myślą o mnie i to, że się np. do mnie nie chcą
odzywać.