Gość: ellf
IP: *.zetosa.com.pl
31.01.04, 19:17
POjechałam ostatnio ze znajomymi w góry. Oni - z nartami. Ja - spodziewając
się fajnych spacerów i beztroskiej zabawy na śniegu. Teraz wiem - muszę raz
na zawsze zrozumieć i zaakceptować fakt, że nie będę się dobrze bawić w
narciarskim "kurorcie", otoczona narciarzami, skoro ja nie jeżdżę. Że będę
się nudzić, czuć wyobcowana.Bo ze mną jest tak, że boję się jeździć na
nartach. A obecnie to hobby jest takie popularne, że większość rzutkich,
młodych ludzi lubi i jeździ na narty. Zimowe miejscowości turystyczne pełne
sa narciarzy, wyciągów, mijają nas samochody z nartami na
bagażnikach "dachowych", w sklepach i barach chodza ludzie którzy dopiero co
zeszli ze stoku, szurając butami narciarskimi. Kiedy ostatnio byłam w tzw.
górach, to było dla mnie jakbym przyjechała na Marsa. Z moim brakiem
upodobania do tego hobby, była zewsząd nim otoczona. Staram się, ale ni
epotrafię jakoś pokonac swoich oporów, tej psychicznej bariery. Patrzę na te
ciężkie narciarskie buty, na te wzmacniane metalem długaśne narty, i gdy
wyobrażam sobie, że to ja miałabym być ta osobą, która zjeżdża z góry,
cierpnie mi skóra. Ja się boję, a obok szusują kilkuletnie bajzle, często
bez kijków. Myśle: wezmę kurs, pójde na oślą łączkę - i już czuję, jak się
będę czuć: wywrotki, plątające się narty, i ten wstyd, że tuż obok - ot! -
przejechała mała kilkuletnia dziewczynka. A ja nie. W mojej głowie kłębi się
tuman niemiłych myśli. W grupie znajomych zdążających na stok czuję się
obco. Czuję się dziwnie. Jakbym tylko ja była takim odmieńcem. Czy wszyscy
muszą lubić jeździć na nartach...? Czy nikt mnie nie rozumie...?