Gość: Melba
IP: *.chello.pl
11.02.02, 13:47
Czytam właśnie wątek o tym, czy zdradzana żona powinna wiedzieć o tym, że jest
zdradzana. I wiecie co? Nie mogę pojąć bezmiaru ludzkiej głupoty! Jak można nie
zostać zdradzoną, jeśli się na to daje jawne przyzwolenie?! Rozważania w
stylu:"mu wogóle już na tej żonie nie zależy""bo gdyby mu na niej zależało to
by bardziej to zdradzanie zakonspirował."
Piękne, prawda? Albo te usprawiedliwienia - długa rozłąka, więc korzystam z
usług prostytutki, ale to przecież nie zdrada...
Kobiety, czy zakładacie z góry, że faceci "tacy już są" i godzicie się z tym,
snując rozważania, czy wolałybyście się dowiedzieć o zdradzie od cioci
Petroneli czy od kochanki mężusia? Czy dajecie to przyzwolenie ze strachu, że i
tak nie uda się utrzymac takiego bęcwała przy sobie? Czy w końcu przełykacie
zdradę, romansiki, miłostki, wypady do burdeli tylko po to, żeby nie utracić
takiej nędznej kreatury u swojego boku?
I czy znajdzie się kobieta lub mężczyzna, który powie - zdrada nie wchodzi w
grę? Nie przebaczam?