arahia1
29.01.10, 20:38
W pracy mam znajomą, z którą jesteśmy w konflikcie. Konflikt zaczął
się w ten sposób, że nie chciałam sie zgodzić na jej specjalne
względy czyli wieeelkie ulgi w pracy. Tak się składa, że szef nie
jest, tylko bywa i na mnie spada pilnowanie, czy praca idzie naprzód
i kto ją ewentualnie olewa. Próbowałam coś wyegzekwować- nastąpił
wybuch. Koleżanka odwdzięczyła się zaciekłym twierdzeniem, że
wpędzam ją w ciężką chorobę koszmarnymi wymaganiami. Daruję sobie
szczegółowe opisy, uwierzcie mi na słowo, że chcielibyście mieć taką
relację pracy do wynagrodzenia. Inni pracownicy u nas też by
chcieli.
No i teraz najważniejsze. Kiedy afera już trwała dowiedziałam się,
ze ona przynosi zwolnienia z poradni zdrowia psychicznego. Potem
okazało się, że wymyśla niestworzone rzeczy, które to niby ja
powiedziałm, zrobiła, łotever. Odgrażała się itp. Wyobraźcie sobie,
że, mimo iż sytuacja po naszym spięciu wyglądała na obgadaną (każda
powiedział u szefa swoje, szef poprosił o uspokojenie itp-
wystarczyłoby żeby kontakt były służbowe, nawet niesympatyczne- ale
były), tymczasem ona NIE ODZYWA SIĘ od prawie roku. Ostentacyjnie
odwraca, żeby nie mówić cześć. Niepotrzebne mi to cześć do niczego,
ale zastanawiam sie poważnie nad jej stanem psychicznym. Teraz już
wymogłam na szefie, zeby mi dał z nia spokój, ale nawet konieczność
załatwienia służbowch spraw nie była w stanie jej skłonić, żeby
zachowała się inaczej (nawet niesympatycznie czy oschle).
Chcę podkreślić, że kontakt z nią do niczego mi nie potrzebny i
szczerze jej nie lubię. Patrząc jednak na jej zachowanie- nie wydaje
mi sie ono normalne. Początkowo myslałam poprostu, że to taka
niedojrzała osoba, ot, "gó...ara" z niej wylazła i się dziecko w
pracy nie odzywa (panna ma coś pod 30kę prawie). Teraz mija rok i
mam wrazenie, ze z nią coraz gorzej. Pomijam takie naturalne,
ludzkie odruchy;) jak obrabianie mi tyłka. Ona po roku (!) kipi
wściekłością. Sama mam negatywne odczucia na jej widok, ale
wściekłość, jakmi sie wydaje, przechodzi w rozsądnym czasie. Potem
zostają inne, spokojniejsze "negatywy";) i jakaś refleksja. Tu nic z
tych rzeczy. Panna się gotuje, a wspólnym znajomym odgraża, ze ona
mi pokaże. Biorąc pod uwagę tę poradnię i całokształt zastanawiam
się, czy mam powody do uważania na siebie. Albo na dzieci.
Co byście zrobili? Nie mogę w 100% uniknąć drażnienia jej (choć
staram siś poprostu trzymac na dystans), bo pracujemy na jednym
terenie, czasem sie widzimy a w małym procencie stanowim konkurencję
(ona jest niżej w hierarhii pod kilkoma względami, co, jak mi się
zdaje, bardzo ją drażni).
Jak myślicie?