KRYZYS w małżeństwie to norma?

IP: *.crowley.pl 20.02.04, 21:17
Czy sadzicie, ze kryzys musi zawsze i nieuchronnie nadejsc? Jestem ponad 6
lat w zwiazku (3 lata po slubie) i w zeszlym roku przeszlismy powazny kryzys.
I najsmieszniejsze jest to, ze zawsze wierzylam, ze NAM to nie grozi...
Slyszalam rozne historie o tym, ze kryzysowy jest rok 3, 7, czy 9-ty.
Ciekawa jestem waszych spostrzezen? Czy tez wam troche temperaturka uczuc
przygasa? I jak sie przed tym bronic? Czy macie jakies fajne rady?
Bo u nas jest teraz spoko, nawet powiem, ze po wyjasnieniu sobie wielu spraw
(a wyjasnianie trwalo...kilka miesiecy!) przezywamy cos jakby druga milosc do
siebie. Tylko, ze ja troche sie jednak boje, ze to minie tak samo z siebie,
ze niepostrzezenie znow dopadnie nas kryzys.
I tak sie zastanawiam, czy milosc to wlasnie takie balansowanie miedzy
bliskoscia i oddaleniem?

Jak macie czas na takie rozwazania, to z mila checia podyskutuje. (Maz na
delegacji, dzieci zero).
Buzka
    • Gość: zocha Re: KRYZYS w małżeństwie to norma? IP: *.dialup.mindspring.com 20.02.04, 21:57
      Kryzys malzenski czy musi nadejc...? Nie wiem o czym piszesz...kryzys to jest
      permanentny stan w malzenstwie z przerwami na .. no wlasnie... na co? Jak
      myslicie?
      • Gość: ania k Re: KRYZYS w małżeństwie to norma? IP: *.crowley.pl 20.02.04, 22:07
        Mielismy kryzys dotyczacy momentu, w ktorym ma sie pojawic dziecko. I ciagle
        sie klocilismy, i ja ciagle ryczalam, a on ciagle tlumaczyl swoje racje, ze nie
        teraz tylko za kilka lat. A ja tych racji za bardzo nie chcialam rozumiec i
        bralam za zle intencje.
        Ot, to byl kryzys.
        Trwalo to bardzo dlugo (kilka miesiecy).
        Rozwiazalismy problem, ja nie mam poczucia krzywdy, on zmienil swoj stosunek do
        dzieci i nawet sam zaproponowal, ze zeby przestac sie obawiac dziecka, to chce
        je jakos blizej poznac (mamy kilkoro znajomych z dziecmi i czesciej ich
        odwiedzamy, on czyta troche o dzieciach, wychowaniu i duzo rozmawiamy o
        dzieciach).

        Jako konflikt definiuje niemoznosc porozumienia sie w bardzo waznej sprawie.
        Zadne nie chce ustapic. I trwa to bardzo dlugo. I bardzo boli.
        • Gość: zocha Re: KRYZYS w małżeństwie to norma? IP: *.dialup.mindspring.com 20.02.04, 22:15
          No to ciesz sie aniu k, bo masz odpowiedzialnego faceta.
          • Gość: ona Re: KRYZYS w małżeństwie to norma? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.02.04, 22:56
            albo takiego który nie chce miec dzieci akurat z tą kobietą mimo ze jest jego
            zoną i tyle
            • Gość: mm Re: KRYZYS w małżeństwie to norma? IP: *.ipartners.pl / *.ipartners.pl 20.02.04, 23:03
              nie chce mieć dzieci? To zrozumiałe i trudno się dziwić. Nie każdy czuje się
              powołany do prokreacji. Czasem lepiej to zrozumieć wcześniej, zanim się wstąpi
              w związek małżeński.
              • Gość: ania k Re: KRYZYS w małżeństwie to norma? IP: *.crowley.pl 21.02.04, 12:49
                Czasem po prostu jest tak, ze plany sa piekne i pieprzy sie na randkach trzy po
                trzy: o tym, jak to bedziemy sie cieszyc z dzidzi, o tym, ze pieluszki i
                smoczuszki, ze potem wspolne zabawy i klocki lego, rowerki, kajaki na Mazurach,
                przytulanie, a na dodatek radosc z tego, ze dzidzia jest podobna do mnie lub do
                niego.
                I w wieku dwudziestu lat z malym hakiem, latwo jest tak sobie dumac. A potem
                przychodzi rzeczywistosc, troche mniej rozowa.
                Bezrobocie trwajace prawie rok, dlugi w rachunkach domowych i kredycie
                studenckim, kotlety sojowe na okraglo, ewentualnie makaron z serem. Poczucie
                bezsilnosci - wyniesione jeszcze z domow rodzinnych. Brak wiary w siebie -
                powiekszajacy sie po kazdej nieudanej rozmowie kwalifikacyjnej. Flustracja,
                ktorej ujscia i powodow trudno sie dopatrzec.
                Jednym slowem, powiekszajace sie rozczarowanie soba, partnerem, swiatem. I to
                poczucie, ze przeciez nie wolno tak myslec i robic z siebie ofiary.
                Tylko na co zwalic te ciagle niepowodzenia?
                Gdzie poszukac winnego, zeby choc przez chwile nie myslec o sobie: ty dupo
                zyciowa?
                A mialo byc tak fajnie, kolorowe wozeczki i zabaweczki dla dzidzi, zarabista
                praca, przyjemne weekendy, trzymanie za raczki, caluski i sloneczko na
                twarzyczki.
                A tu coraz bardziej szaro, on smutny, ona smutna. Jedno przed drugim chce ukryc
                smutek, rozczarowanie i wscieklosc. I dusi te wstretne uczucia i nie chce dac
                po sobie nic poznac. Co wiecej - chce, zeby chociaz ta druga strona czula sie
                dobrze, zeby chociaz nie miala takich smutnych mysli, jak ja.
                I trwa to, jak wspomnialam okolo roku. Potem nareszcie manna z nieba: praca.
                Juz troche stabilizacji, poczucie bezpieczenstwa, chleb na sniadanie z szynka,
                troche rachunkow zaplaconych, wolny leb od dlugow i mysli. Czarnych wizji.
                I ciaza.
                Wielka radosc. I jeszcze wiekszy strach.
                On, nadambitny jedzie zarobic kase zagranica. Trwa to kilka tygodni, nagly
                powrot, bo zona w szpitalu.
                Poronienie.
                Po sprawie.
                Po dziecku.
                On zostaje, znajduje bardzo dobra prace, bardzo wysokie zarobki, bardzo
                potrzebne pelne zaangazowanie, ciagle wyjazdy.
                Ona: coraz glebsza depresja. Szara. Jeszcze bez mysli samobojczych, ale chyba
                jest juz blisko. Wszystko po koleji zawala. Nie wstaje z lozka, nie myje glowy,
                nie ma sily, zeby zrobic sobie herbate. Lezy bezmyslnie lub spi. Wieczorem
                napad sil i euforii. Wtedy nadrabia stracony czas.
                Jednym slowem: klasyczny przypadek depresji.
                Aha, i bardzo wazna rzecz: trzyma to w tajemnicy, zeby on sie nie dowiedzial,
                ze jest chora. Nie chce go martwic, sama nie wie, ze to choroba, a nie lenistwo.
                Jest wiosna, marzec, slonce, troche lepiej.

                Psychiatra.
                Leczenie przez rok.
                W tym czasie kryzys malzenski, jej placze o dziecko, ze chce, bo tamto umarlo
                (a mialo byc przeciez tak slodko i rozowo) i podswiadome poczucie, ze takiemu
                smieciowi (jak ona) to sie nawet dziecko nie nalezy.
                No i na dodatek poczucie winy: dziecko umarlo, bo bylam nie dosc dobra. To moja
                wina, bo jakbym sie bardziej starala, to by ono zylo.
                Obnizone poczucie wlasnej wartosci i ciagle poczucie winy to normalka w
                depresji.
                I izolacja od wszystkich. I brak odwagi, zeby pojsc samemu do sklepu na
                przyklad.

                Czasem post factum wychodzi, ze czlowiek plany mial rozowe i cudne, ale byl
                dupa zyciowa, ktora nie umiala sobie poradzic z bezrobociem. Taka przyziemna
                sprawa jak brak jedzenia i komornik moze zatruc zycie. Trudno sie trzymac za
                raczki i calowac z miloscia po wizycie komornika i jak sie nie jadlo przez 2
                dni...
                Plany to jedno, zycie, to co innego.

                No w kazdym razie, zrozumialam po tej lekcji wazna sprawe. Dopoki nie bedzie
                bezpieczenstwa finansowego nie ma co myslec o dziecku. Nie ma tak, jak wydawalo
                mi sie, gdy bylam mlodsza, ze jakos sie ulozy, ze trzeba myslec pozytywnie i
                podchodzic do klopotow z dystansem.
                Pulapka pozytywnego myslenia to najwredniejsza sprawa. Czlowiek mysli: jakos
                dam sobie rade!
                "Jakos" nie zawsze wychodzi.

                I tym pozytywnym akcentem koncze.
                Bo to wszystko juz przeszlosc. A dzis cudne slonce i idziemy do kina.
                • Gość: mm Re: do ania k IP: *.ipartners.pl / *.ipartners.pl 22.02.04, 15:46
                  Straszne to co napisałaś, i strasznie niestety zgadzam się z wnmioskami.
                  Pozdrawiam!
                • zupelnie_nikt Re: KRYZYS w małżeństwie to norma? 23.02.04, 21:50
                  najpierw piszesz "maz w delegacji"
                  a teraz "idziemy do kina" - maz juz wrocil czy potrafisz sie swietnie bawic z
                  kim innym? :-)

                  posluchaj, chyle czola przed toba - najwazniejsze co napisalas do tej pory to:
                  "Bo to wszystko juz przeszlosc. A dzis cudne slonce i idziemy do kina." -
                  potrafilas sobie poradzic jakos z tym wszystkim co bylo wczesniej. i jak tu nie
                  patrzec z nadzieja w przyszlosc?
                  chcialbym miec w sobie tyle optymizmu co ty. i tyle sily zeby przemoc swoj brak
                  wiary.
                  a wracajac do pytania czy kryzys w malzenstwie to norma - uwazam ze tak.
                  i moze wcale nie jest najwazniejsze umiec go przetrwac...? moze wazniejsze jest
                  umiec odpowiedziec sobie szczerze na pytanie czy ja/my chcemy ten kryzys
                  przetrwac po to zeby dalej zyc razem - to tak zeby cos napisac na temat calego
                  watku. ale najwazniejsze z tego wszystkiego wg mnie jest "bo to wszystko juz
                  przeszlosc"
                  pozdro
                  zupelnie_nikt
                  • Gość: ania k Re: KRYZYS w małżeństwie to norma? IP: *.crowley.pl 24.02.04, 10:02
                    Jak pisalam w sobote, to maz wrocil wlasnie z delegacji i poszlismy na bardzo
                    optymistyczny polski film (Nigdy w zyciu).
                    I rzeczywiscie to wszystko jest juz przeszloscia, ktora zamknelam raz na
                    zawsze. Wspomnienia zostaly, a ze mam internet w domku i troche czasu, to
                    napisalam. Zeby sobie ulzyc i komus o tym opowiedziec.
                    Pozdrawiam serdecznie.
            • Gość: ania k Re: KRYZYS w małżeństwie to norma? IP: *.crowley.pl 21.02.04, 13:17
              O jak mi dobrze! Dogryze drugiemu, to od razu lzej na sercu! Moje wlasne
              problemy beda wtedy malutkie. Niech se, cholera jedna, nie mysli, ze jest
              szczesliwa! Ja ci pokaze!

              Tak kolezaneczka mysli?
    • ukosnie Re: KRYZYS w małżeństwie to norma? 20.02.04, 22:58
      kra,kra,kra,kra
      ge,ge,ge,ge,ge
      • Gość: zocha Re: KRYZYS w małżeństwie to norma? IP: *.dialup.mindspring.com 20.02.04, 23:37

        > kra,kra,kra,kra
        > ge,ge,ge,ge,ge

        >>>>>>>Biedactwo, cos chcialo powiedziec; gul gul maluski.
    • jan_stereo Re: KRYZYS w małżeństwie to norma? 21.02.04, 13:32
      To chyba tak jak z butami,na poczatku sie docieraja, sa wygodne jak cholera, a
      potem sie sypia,z czasem wizyty u szewca( niektorzy nie bawia sie w reperacje
      tylko kupuja nowizne) coraz czestsze, az w koncu material zdechnie kryzysowo. W
      dobrych butach, to i dluzej pochodzi ;-)
    • Gość: olga Re: KRYZYS w małżeństwie to norma? IP: *.visp.energis.pl 22.02.04, 00:39
      Moim zdaniem w Twoim przypadku trudno mówić o tzw. typowym kryzysie małżeńskim
      wynikającym czasem z nudy, braku stymulacji itp. Chyba bardzo potrzebujesz
      dziecka, to Twoja wielka niezaspokojona potrzeba i chyba nie będziesz
      szczęśliwa dopóki CI się to marzenie nie spełni.Faceci zwykle nie są tak
      entuzjastyczni co do powiększania rodziny jak większość kobiet , więc reakcja
      Twojego męża jest raczej typowa. Skoro nie powiedział zdecydowanie nie to
      znaczy, że pewnie będzie dobrym ojcem i wszystko się ułoży. Nie przejmuj się
      też tak bezpieczeństwem finansowym. Nawet jak się ma dwie dobre prace to można
      je stracić. Nalegaj na dziecko, nie daj sobie odebrać Twojego marzenia.
    • Gość: samo zycie totalna bzdura powtarzana przec ciemnych ludzi IP: *.dsl.lsan03.pacbell.net 22.02.04, 00:46
      jak tak oczekujesz tak bedziesz mial lub miala
    • Gość: Dariusz Anna glowa do gory, bedzie dobrze IP: *.cpe.net.cable.rogers.com 22.02.04, 17:21
      Piszesz ze maz nie chce wlasnych dzieci. Czy przed slubem dogadaliscie sie ze
      je chcecie miec, czy tez o tych smoczusiach i wozeczkach mowilas jedynie ty a
      on tylko sluchal? Brak warunkow ekonomicznych to powazny problem, bo skoro ktos
      ma wizyty komornika i nie jada przez 2 dni to co da dziecku jesc? Czy mozesz
      liczyc na pomoc rodziny, czy tez jestes zbyt dumna aby o nia prosic? Jak to sie
      stalo ze jednak zaszlas w ciaze: wpadka czy tez facet tego chcial? I jeszcze
      jedno: kiedy on tak postanowil sie doksztalcac z ksiazek na temat dzieci i
      zechcial widywac dzieci sasiadow? Przed strata waszego malenstwa czy juz po?
      Wybacz ale to czytanie i ogladanie innych dzieci to raczej zaspokojenie twoich
      emocji(on mysli ze w ten sposob przestaniesz myslec o swoim wlasnym dziecku)
      nie jego, czy tez raczej lek przed tym czy sobie poradzi jako ojciec. Wez sie
      dziewczyno w garsc. Poronienie to okropna , potworna strata ale trzeba zyc
      dalej. Niejedna kobieta je przezyla aby potem czy przed tym i po tym urodzic
      zdrowe potomstwo. Glowa do gory. Wiecej wiary w siebie i odwagi. Pozdrawiam.I
      jeszcze jedno praktycznie KAZDA kobieta ktora poronila obwinia sama siebie o
      strate dziecka, ze zrobila cos zle, czy czegos tam nie zrobila a moze to byc na
      przyklad brak odpowiedniej ilosci jakiegos hormonu podtrzymujacego ciaze.
      Znajdz dobrego lekarza.
      • Gość: ania k Re: Anna glowa do gory, bedzie dobrze IP: *.crowley.pl 23.02.04, 10:55
        To wszystko to sprawy dosc stare, bo sprzed roku.

        A od poczatku:
        Najpierw bylo narzeczenstwo i tysiace rozmow (miedzy innymi o dzieciach; raczej
        nie nalezymy do ludzi, ktorzy stawiaja na siebie i kariere, bylismy zgodni, co
        do faktu, ze podstawowa rzecza w zyciu kazdego jest rodzina, dom).
        Potem slub (wbrew mojej rodzinie, ktora jest...w kawalkach. To znaczy, rodzice
        po rozwodzie, bardzo mocno skonfliktowani do tej pory).
        Moi rodzice uwazali, ze bylam za mloda, 22 lata, ze facet zrobi ze mnie
        sprzataczke, kure domowa, ze nie skoncze studiow itp.
        Jego rodzina byla neutralna pod wzgledem aprobaty badz dezaprobaty dla naszego
        zwiazku. Ja, troche na wyrost, liczylam na mocna akceptacje ze strony jego
        rodziny, bo moja wlasna byla...a w zasadzie jej nie bylo.
        Gdy mielismy problemy finansowe, to sytuacja wygladala tak, ze moj tata i mama
        (strasznie mi to glupio pisac...) mowili "a nie mowilam, ze tak to sie skonczy!"
        Wiec wolalam nic nie mowic. Teraz wiedzialabym co powiedziec.
        Jego rodzina pomagala na tyle na ile mogla i chciala. Niestety z nimi tez nie
        mielismy dobrego kontaktu wtedy, bo jego mama sie obrazila, ze nie mieszkamy z
        nimi...Wiec proszenie o pomoc bylo troche nie na miejscu. Zreszta, obydwoje
        pochodzimy z domow, gdzie rodzice czesto mowili: jestes dorosly, ja to bym sie
        wstydzil...Wiec czlowiek nauczony jest, ze o pomoc, to raczej sie nie prosi, bo
        mozna dostac jeszcze w nos, a i tak jest juz dosc przykro.
        Co do zajscia w ciaze, to powiem, ze mnie sama ona zaskoczyla, bo uzywalismy
        zabezpieczen, a ja dodatkowo mam klopoty hormonalne, wiec zajsc byloby mi
        bardzo trudno.
        No, ale stalo sie.
        Wtedy nasza sytuacja finansowa byla juz ok.
        Co do zainteresowaniem mojego meza dziecmi, to zaczelo sie ono dopiero jakis
        miesiac, dwa temu. A tamta ciaza byla poltorej roku temu.
        On twierdzi, ze pamietny tamtych zlych i trudnych czasow finansowych chce
        zapewnic dziecku warunki. I trudno mu sie dziwic. Rozumiem i zgadzam sie z tym.
        Szczegolnie po tamtych doswiadczeniach.
        Mowi tez, ze boi sie ojcostwa, ze bedzie taki sam jak jego ojciec - zimny
        uczuciowo, nieobecny duchem, odtracajacy dzieci.
        Co do mnie, to po poronieniu i depresji tez nie jestem pelna sil. Z trudem
        nabywam wiare w siebie. Ale jednak jest jej coraz wiecej. W ogole, to wydaje mi
        sie, ze czas jest rzeczywiscie niezlym lekarzem. Im dalej od poronienia i
        depresji, tym jestem silniejsza.
        Oczywiscie, rola terapeuty w moim przypadku jest nie do przecenienia. Gdyby nie
        on, to pewnie byloby bardzo zle ze mna i rzeczywiscie jestem mu niezmiernie
        wdzieczna.

        I mysle sobie, ze wygadanie sie (nawet w sieci) to dobry pomysl, zeby nabrac
        dystansu.

        Dziekuje wszystkim zyczliwym za pomoc. To bardzo mile.

Inne wątki na temat:
Pełna wersja