teraz2201
22.04.10, 12:17
Na początek może potrzebna jest chociaż minimalna geneza naszego związku - ja
jestem po rozwodzie (1 starsza córka - nie mieszka z nami) ona w trakcie
rozwodu, mamy wspólną córeczkę (10 mies.) i jest jeszcze jej 2 dzieci z
małżeństwa (4 lata).
Staram się być jej pomocny w czym tylko się da - z domowych obowiązków prawie
nie musi robić nic - potrafię ugotować, czasami sprzątnąć, zająć się
potrzebami dzieci, itp. Moja ukochana ma jednak od dłuższego czasu mocny dołek
psychiczny - nic jej nie cieszy, wszystko ja rozdrażnia, a mam wrażenie że
ostatnio najbardziej ja chyba. Odsunęła się i twierdzi nawet że jej uczucie
gdzieś zniknęło a na pewno osłabło.
Uwielbiam ją przytulić, pocałować, cmoknąć przy wychodzeniu do pracy, dotknąć
przechodząc obok - ale ciągle mam zarzuty, że nie potrafię jej pocieszyć, że
nie potrafię jej współczuć, pożałować itp - ogólnie rzecz ujmując, że nie
potrafię z nią rozmawiać. Zdarza się mi przynieść kwiatki do domu bez okazji,
często wieczorkiem zapalę świeczkę i naleję nam winka do kieliszków, co jakiś
czas przygotuję jej kąpiel w pianie z nastrojowymi świeczkami w łazience, na
spacerze z dziećmi nie unikam chwycenia za rękę - ciągle to jednak mało.
Twierdzi, że dzień po dniu jest nudny, jeden podobny do drugiego - bo tylko
jedziemy do pracy wracamy, nakarmimy dzieci, zjemy coś sami, wymienimy ze sobą
"osiem słów", czasem zerkniemy chwilę na telewizor i tylko idziemy spać.
Jak sama teraz mówi bardzo by chciała czegoś i sama nie wie czego. Mówi, że
najbardziej chyba jej brakuje "żywego wsparcia". Wspomina czasem, że widzi iż
się staram i że nie ułatwia mi - ale dalej jest przybita i czuje bezsens
wszystkiego. Ostatnio nawet pojawiły się słowa, że zmęczyło ją już proszenie
mnie o cokolwiek dla siebie i szukanie ludzkiej twarzy we, więc musi sobie
radzić sama, dlatego mogę mieć wrażenie że jest obok, bo też ona tak czuje.
Twierdzi, że teraz lepiej to znosi jak jestem na dystans i żeby tak zostało
jeśli nie potrafię jej pomóc. mimo, że się staram traktować ja najlepiej jak
potrafię, bolą mnie zarzuty, że "nie traktuję jej jak kobiety i chciałbym żeby
była supermenką".
Wiem poniekąd - czego ona się wypiera - że tak do końca mentalnie nie
zakończyła poprzedniego małżeństwa. Mimo, że facet był prostakiem,
nieudacznikiem i nieodpowiedzialnym niedorosłym do odpowiedzialności dużym
dzieciakiem - to potrafił ją rozbawić, pocieszyć i wiele razy takie porównania
pojawiają się u niej.
Bardzo chcę jej pomóc i nie chcę tego tak zostawiać - ale nie umiem nagle się
zmienić i stać się wylewnym facetem. Zdaję sobie sprawę, że jest dość twardy -
nigdy nie uskarżam się że coś trzeba zrobić, że coś mnie boli, że coś mi się
nie udało. Mi się wydaje, że potrafię zażartować - a z jej strony reakcja jest
żadna albo komentarz typu, że zachowuję się dziecinnie albo wieśniacko. Nie
potrafię zrobić z siebie przysłowiowego głupka - wiem że jestem trochę
sztywny. Gdy w jakikolwiek sposób próbuję ją zapytać co się dzieje - potem są
słowa, że mi zależy tylko na "raporcie", że w moich słowach nie ma
zaangażowania i intonacja mojego głosu nie wskazuje, że się przejmuję tym co
się u niej dzieje. Jakiekolwiek moje tłumaczenia i logiczne rozłożenie
problemu na czynniki pierwsze, udowodnienie, że nie ma powodu do zmartwień i
przejmowania się działa tylko w tym momencie, a potem i tak jest jej
komentarz, ze nie potrafię jej pocieszyć, rozbawić itp itd. Często też wraca
do tego, ze zawiodłem ją gdy potrzebowała wsparcia jakiś czas temu. Trudno się
ciągle starać coś poprawiać - chociaż małymi kroczkami - gdy komentarze
pozostają nadal takie same i druga strona nie widzi postępów.
Zdaję sobie sprawę, że nie dostanę recepty i sami sobie musimy poradzić. wiem
też że za mało jest danych by postawić diagnozę. może jednak ktoś poda chociaż
wskazówki gdzie szukać odmiany.