ewa_sych
03.06.10, 23:25
Witam. Ja założyłam rodzinę kilkanaście lat temu, mam trójkę dzieci w róznym
wieku (17, 7 i 2) i stwierdziłam dziś, że od kilkunastu lat żyję tylko dla
kogoś, ciągle dla dzieci i meża, o sobie zapominam. Mając jakąś sumę pieniędzy
na coś ekstra, jeszcze chyba nigdy nei kupialm czegos sobie, zawsze albo jest
to coś dla któregoś dziecka albo dokładam najstarszemu synowi do czegoś, co
jest mu potrzebne. Od rana do nocy jestem na nogach, mam niepełnosprawnego
ojca, którym też się zajmuję (nie mieszka z nami, więc dojeżdzam codziennie
kilka kilometrów) praktycznie tylko ja, bo moje siostry i brat mieszkają w
innych miastach, jestem ostatnio strasznie zmęczona. Doatkowo przeżywam
okropne kryzysy małżeńskie, które sa najczęściej w taki czy inny sposób
związane z problemami z dorastającym synem. Mąż bez przerwy w każdej sytuacji
problemowej oskarża mnie o to, ze wszystkie kłopoty z synem wynikają z moich
zaniedbań wychowawczych i niekonsekwencji przez te wszysktie lata. Prorokuje
również, że taką samą KRZYWDĘ zrobię młodszym dzieciom, jeśli nie nauczę się
WRESZCIE prawidłowych postaw i metod wychowawczych. Nie twierdzę, ze jest
inaczej, moze faktycznie jestem beznadziejną matką. Ostatnio po prostu mam to
gdzieś. Ciagle czuję się jak na egzaminie, mam jeszcze dwoje młodszych dzieci
i sama myśl o tym, ze będą z nimi podobne kłopoty jak z synem nastolatkiem,
powoduje, ze odechciewa mi sie zyć. Kocham moje dzieci nad życie, naprawdę
wolałąbym umrzeć niz żeby któremuś z nich miało się coś stać, oddałabym im
wszystko co mam. Jednak wiem jedno - drugi raz nie zakładałabym rodziny.
Dzieci to niesamowite zobowiązanie na całe życie. Strasznie brakuje mi
wolności, czasu tylko dla siebie, beztroski, spania do południa w niedzielę, a
potem uprawiania seksu do kolacji. drogich kosmetyków na które zawsze szkoda
mi pieniędzy i podróży. Moje zycie to praca, dom, ojciec, dzieci, któtnie z
meżem, rozczarowanie synem. NA samą mysl o wakacjach, wczasach z maluchami i
tym wykolczykowanym wariatem, który kompletnie mnie nie słucha ani nie
szanuje, za to słucha "muzyki", która przyprawia mnie o odruch wymiotny - chce
mi się uciekać na inną planetę. Z kolei wyjazd z domu "tylko" z młodszymi i
zostawienie starszego na dłuższy czas z chata wolną - to chyba jeszcze większy
stres.
Gdybym nie zakłądała rodziny, byłabym dziś dojrzałą kobietą przed
czterdziestką z oszczędnosciami i bogatą przeszłością, a swiat i życie
nalezałoby do mnie. Dziś uwazam, ze zakładająć rodzinę kilkanaście lat temu, z
miłosci, z głową pełną marzeń i ideałów, podcięłam sobie nieodwracalnie skrzydła.
Czy ktokolwiek czuje się podobnie do mnie? Mam wrażenie, ze otaczają mnie sami
szczęśliwi ludzie, a ja jestem jakimś kompletnie sfiksowanym wyjatkiem. Od
trzech tygodni chodze na spotkania do miłej pani psycholog. Zeby wam
naswietlić jak kiepsko musi ze mna byc, powiem tylko, ze te panią psycholog
zaproponowała mi przedszkolanka, chociaz nigdy z nią nie rozmawiałam o swoim
życiu, a jednak ona sama zauwazyła, że coś ze mną jest nie tak - z tak
krótkich kontaktów jakie mamy przy przyprowadzaniu i obieraniu dziecka z
przedszkola. Owszem, troche mi pomaga to, ze (jako jedynej) moge jej to
wszystko powiedzieć i, dosłownie, wypłakac się, przełamałam już trochę barierę
wstydu, bo dodatkowo do tego wszystkiego dochodzi ogromne poczucie winy i
wstydu, ze czuję się tak jak się czuję. więc to, ze jej o tym opowiadam, to
jest jakaś ulga dla mnie. ale wszystko to, co ona mi mówi, jej mądre rady,
niestety są dla mnie śmieszne. Nie powiedziała jeszcze niczego, czego bym sama
nie wiedziała. No ale może się rozkręci.