martolina1982
12.06.10, 14:15
nie wiem czy istnieje okreslenie w psychologii na osobowość, ktora
reprezentuję. w internecie spotkalam sie tylko z okresleniem osobowosc
toksyczna. chcialabym sie z tego wyleczyc, bo męczę sobą nie tylko otoczenie
ale przede wszystkim siebie. mam 28 lat, dwojkę malutkich dzieci, dobrego mężą
(i juz mi sie cisnie na usta milin jego wad i chce zaraz dodac ale...)i
praktycznie tylko oni mi zostali, choc męża doprowadzam stopniowo do takiego
psychicznego załamania, ze nie wiem co bedzie z naszego związku dalej. mama,
siostra, wszyscy przyjaciele odeszli...sama tego chciałam. jest we mnie cos
takiego, wieczne krytykanctwo, ktore sprawia, ze kazdemu robie przykrosc,
mówie niby tylko prawde, ale tak, ze zaboli i ludzie odwracaja sie ode mnie.
mezowi potrafie powiedziec, ze jest nieudacznikiem, że jego koledza maja to
czy tamto a my nic, sistrze powiedzialam, ze jej pranie mózgu zrobili i jest
fataną matką ....iw iele gorszych rzeczy. przyjaciólke, wokol ktorej zaczal
sie krecic pewien chlopak, a byla w zwiazku, traktowałam jak bog wie jaką
ladacznice, a nie zdradzila chłopaka. ciagle na kazdego mam cos do
powiedzenia, czuje satysfakcje, gdy np. mąż sie pokloci ze wspolnikiem i
przyjdzie do mnie, powie...wiesz mialas racje, on jest....jakiś tam. pisze do
ludzi sraszne, straszne sms-y. głównie do mężą. byle spoźnienie i sle takie
wiazanki...po prostu dręczę go. zeszlej zimy doprowadzilam go do takiego
dołka, ze wracajac do domu siadal na podlodze z glowa w rekach i sie nie
odzywał, miał dosc. byłam wtedy usatysfakcjonowana...jestem potworem, wiem,
ale nie potrafie sama sie z tego wyleczyc. teraz np. maz sie spoznia i walcze
z checia nawciskania mu, specjalnie wylaczylam telefon, zeby nie napisac, ale
dosłownie mnie nosi, chodze po pokoju, ciagle! patrze na zegarek. ciagle robie
mu wyrzuty, ze malo bywa z dziecmi, ze prce woli niz rodzine itp. odciagam go
od znajomych. praktycznie tylko z moimi nielicznymi sie psotykamy. nawet w
pilke nozna nie pozowliłam mu ostatnio grac. wydzwanialam, zeby wracał. jak
sie zaczal stawiac to zaczelam plakac, wszystko zeby tylko zrobił co chcę.
robię cos jeszce. szukam czesto litosci, wspolczucia. dzwonie np. do kolezanki
i zale sie na męża. wyolbrzymiam jego winy, nie wspominam o zaletach. robie z
siebie ofiarę.
mozecie mnie skrtytkowac, ale dajcie konstruktywne rady. co z tym zrobić. jak
przestać. kurcze, jestem w tej pętli tak bardzo, ze nawet nie moge powiedziec,
ze żałuję swojego postepowania. tzn. mam chwile otrzeźwienia ale przestac nie
moge. probowalam odnowic niektore przyjaznie ale widze, ze nadal mnie cos
zmusza do krytykanctwa, wiec po co mam eczyc znow te osoby.
zdaje sobie jednak sprawe z tego, ze to JA jestem winna, że to ze MNĄ cos nie
tak. tyle sie słyszy o osobach pkrzywdzonych w związkach, moze czas troche
szerzej powiedziec o tych dreczycielach. jestem naprawde zagubiona.
dodam jeszcze, ze chyba jestem dda, tzn. na pewno, bo ojciec pił do moich
10-11 urodzin, ale nie wiem czy to moglo az tak mnie skrzywic emocjonalnie.