kro-nik
03.10.10, 15:08
Historia pewnie jakich wiele, moze ktos doswiadczony mi wyjasni? Bylismy z soba 2 i pol roku. Po roku zycia na odleglosc i odwiedzania sie zamieszkalismy razem. Po tygodniu wspolnego mieszkania i ogromnej klotni (o bzdure, z mojej winy, przyznaje) on mnie wyrzucil. Tzn. nie zdazylam sie wyprowadzic, bo po 2 tygodniach mu sie odwidzialo i znow bylo cacy. Zaznacze, ze od tamtej jednej klotni wycofalam sie zupelnie, w ogole przestalam sie z nim klocic, co nie bylo latwe, jako ze wszczynalam awantury od poczatku naszego zwiazku. Jednak dla niego juz na zawsze zostalam "niszczycielem", od tamtej pory jakikolwiek wypowiedziane przeze mnie zdanie bylo zaczepka, kazde moje dzialanie aktem skierowanym przeciwko niemu.
Po kilku miesiacach znow zauwazylam, ze wyraznie cos go gryzie... wiec uparcie sprowadzalam rozmowe na odpowiednie tory. Zaprzeczal, mowil, ze wszystko jest ok, w koncu jednak uslyszalam, ze nie jest pewny, czy chce ze mna byc. Stwierdzil, ze nasz zwiazek nie ma przyszlosci. Zalamalam sie. Bylam totalnie splatana, bo wysylal mi sprzeczne sygnaly - raz traktowal mnie jak dziewczyne, innym razem znow sie dystansowal. Jak za dawnych czasow dzwonil do mnie bedac jeszcze w drodze z pracy, chodzilismy razem na zakupy, gotowalismy, spotykalismy sie ze znajomymi, spalismy oczywiscie, etc. Kiedy po miesiacu takiej hustawki znow zaczal temat: to jakie sa Twoje plany?, wzielam walizke i pojechalam do siebie. Zaczal wydzwaniac niemal od razu, zeby zapytac jak sie czuje i... zeby mi jeszcze nawrzucac. Mowil wtedy, ze dopiero bedac sam ma czas na analize naszego zwiazku i robi sie jeszcze bardziej wsciekly. I rzeczywiscie, taki byl. Dzwonil do mnie nawet kilka razy dziennie, za kazdym razem robiac mi wyklady. Po kolejnym bezsensownym ciosie z jego strony wylaczylam telefon. Po niecalym tygodniu dostalam maila z prosba o kontakt. Jednoczesnie skontaktowal sie z kolezanka, czy nie wie, co sie ze mna dzieje. Odezwalam sie i... po chyba trzech rozmowach telefonicznych znow uslyszalam, ze mnie nie kocha. Zaczal atakowac po raz kolejny, az do pewnego wieczoru, kiedy z bolu rozbeczalam sie glosno jak dziecko. Od tamtego momentu znow wrocilam do jego serca, zaczal mnie ponaglac, zeby wracac...
Pod wspolny dach wrocilam po dwoch miesiacach. Poklocilismy sie o drobiazg, ktory pozniej w jego kazaniach urosl do niewiadomo jakich rozmiarow. Wlasciwie sluszniej byloby napisac, ze to on poklocil sie ze mna, ja sie zwyczajnie wylaczylam. Po kilku tygodniach znow zaczal sie dziwnie zachowywac... Pewnego dnia dostalam list, w ktorym mi napisal, ze nie moze juz ciagnac tego dalej, ale nie chce, zebym wyprowadzala sie od razu... Opadlam z sil... Mieszkalismy z soba jeszcze kilka miesiecy, jednak nie wytrzymalam jego psychicznego znecania sie nade mna i ucieklam. Wczesniej zdazyl zapytac, jak bedziemy sie kontaktowac, poprosil o numer tel. kuzynki. Jeszcze nie dotarlam do siebie, juz dzwonil. W skrocie: bawilam sie w kotka i myszke wylaczajac telefon, co mocno dzialalo mu na nerwy. Przy kazdej rozmowie nie opuscil okazji, zeby znow mi nawtykac. W miare uplywu czasu i zycia juz oficjalnie jako single zdolallismy osiagnac przyjazny pulap. Pewnego dnia jednak dotarlo do mnie, jak sie ze mnie wysmiewal do znajomych... Nazwal mnie "kwoka" i "gumowa lala". Szok i bol byl tak wielki, ze przestalam kontaktowac sie z kimkolwiek. On, zupelnie nieswiadomy czego sie dowiedzialam (do dzis zreszta nie ma bladego pojecia, ze o tym wiem) probowal nawiazac ze mna kontakt. Kiedy zauwazyl, ze znow sie wycofalam, odpuscil. Bylo mu zle, ze nie ma do mnie dostepu, ale wiedzial bardzo dobrze, ze bede musiec sie odezwac ze wzgledu na pewne formalnosci do zalatwienia. Po paru tygodniach napisalam zdawkowy list z pytaniem w sprawie tych formalnosci wlasnie. Przegadalismy kazdy wieczor, jednak nie o formalnosciach. On - ze ma depresje. Ze postanowil byc sam, bo skoro ze mna mu sie nie udalo a zyjemy osobno, to znaczy, ze w ogole nie nadaje sie do zycia razem. Mowil o sile uczucia jakie do mnie zywil i jak bardzo go zranilam. W pewnym momencie oswiadczyl nawet, ze dlugo jeszcze tego nie zapomni, wyraznie dalo sie slyszec zlosc w jego glosie. A to przeciez on wyrzucal mnie niemal przez caly okres zycia razem...
Non capisco niente! Skad u kogos potrzeba wydzwaniania do dziewczyny ktora sie rzucilo i nieustannego walkowania tych samych rzeczy? Na przemian operowal czasem przeszlym dajac mi jednoczesnie bardzo delikatnie do zrozumienia, ze moze chcialby sprobowac... Dzwoni i mnie rani, jednoczesnie mowiac, ze chcialby mnie przytulic. Sama sprzecznosc. Za kazdym razem pyta, czy moze dzwonic, czy go tylko trawie czy te telefony cos dla mnie znacza? Rzucil mnie trzy miesiace temu, jednak de facto konca tej przepychanki nie widac. Widze, ze miota sie miedzy "chcialbym" ale "boje sie". Co to wlasciwie jest?
Troche mu sie dziwie - skoro az tak mu zalazlam za skore, dlaczego facet, ktory moglby miec chyba kazda nie da sobie ze mna spokoju? Tym bardziej, ze zrobil prawie wszystko, zeby ten zwiazek spieprzyc, tylko mnie nie zdradzil.