fykta
31.10.10, 12:05
Ojciec-od zawsze znęcający się nad nami psychicznie. Zakompleksiony, słaby człowiek.
Odkąd byłam dzieckiem, obrał mnie sobie za wroga. Wypominał najmniejsze porażki, nie zwracał uwagi na sukcesy. W jego oczach zawsze byłam gorsza, niż "inni" (mówił mi to wprost). Według niego do niczego się nie nadaję, do niczego nie dojdę, nikt mnie nie zechce. Wszystkie moje decyzje są złe, bo on zrobiłby to inaczej. Jako dziecko byłam obiektem a to jego drwin, doprowadzających mnie do płaczu, a to napadów histerii i agresji. Zdarzało się, ze fizycznej. Teraz już nie pozwala sobie aż na takie wyskoki, ale nadal jestem "głupia" (bo mam inne zdanie niż on), nadal jestem "beznadziejna i do niczego" i dostaję histeryczny opier*ol przy ludziach, bo na przykład spakowałam swoje rzeczy w plecak, zamiast w torbę na kółkach i ojciec w pewnym momencie musiał pomóc mi go ponieść. Gdybym użyła torby, nie musiałby mi pomagać To idealny powód, żeby mi wykrzyczeć w twarz przy ludziach na dworcu, jaką jestem kretynką.
Matka- zimna i obrażalska. Nie interesują jej moje problemy i słabości. Kiedy, z powodu wieloletniego straszenia i poniżania przez ojca zaczęłam mieć napady lęku i inne problemy, postanowiłam skorzystać z terapii. Od matki usłyszałam tylko, że jestem żałosna i słaba, bo silni ludzie nie mają żadnych problemów z psychiką i radzą sobie sami. Kiedy jest na mnie zła, nie odzywa się i nie mówi, o co chodzi. Jest bardzo złośliwa, lubi mi wbijać szpile, szczególnie przy ludziach, wypominać porażki (np niezdany egzamin na studiach) itd. Jest tak zimną osobą, że chyba nie znam nikogo równie nieczułego. Jest czuła tylko na własnym punkcie, nie wolno jej tknąć, bo dosłownie pluje jadem.
Brat- rozpieszczony przez rodziców trzynastolatek. Nie liczy się nic, oprócz komputera i playstation. Latami, naprawdę latami próbowałam podsuwać mu książki, zabierać w podróże, na wycieczki, na narty, na żagle. W wakacje jeden raz udało mi się zabrać go ze sobą na godzinę nad jezioro, ale był na mnie tak obrażony za odciągnięcie go siłą od kompa, że nie odezwał się ani razu a kiedy kupiłam mu coś słodkiego, wypieprzył to do kosza. Koledzy coraz mniej go lubią, bo oni jeżdżą na rowerach, na nartach, mają już jakieś swoje pasje, sporty itd, a on nie robi nic. W dodatku, próby mojego wtrącania się w wychowanie, podsuwania mu książek, zabierania go gdzieś, kończą się zazwyczaj również awanturą ze strony rodziców, że mam się nie wtrącać.
Ja nie mówię, że jestem święta. też mam sporo wad, jak każdy człowiek. Ale przynajmniej jestem normalna, a moja rodzina jest chora.
Bardzo się cieszę, że udało mi się usamodzielnić i wyjechać na studia. Codziennie spotykam wspaniałych, dobrych, życzliwych ludzi. A kiedy wracam do domu, czuję się, jakbym wracała do innego świata. Nienawiść, obelgi, złośliwości, histerie...
Staram się jak głupia. Na każde święta robię własnoręcznie kartki dla bliskich. Dbam o klimat. Piekę im ciasto, często tak bez okazji, żeby było im miło. A potem słyszę od matki, że ona tego nie zje. Robię im pieczone jabłka, sałatki i inne rzeczy, które mi dobrze wychodzą. Bratu ciągle proponuję jakieś nowe rozrywki przed komputerem i czasem kupuję mu, lub wypożyczam mu ksiażki, które potem oddaję nieprzeczytane, albo sama je czytam, żeby sobie powspominać. Odkładam kasę i próbuję go zabrać do dużego sklepu sportowego, żeby może coś sobie tam wybrał, znalazł coś, co go zainteresuje. Chętnie wezmę wydatek na siebie, może rakiety do tenisa, albo deskorolkę, albo coś innego. Niestety, już od dwóch lat nie udało mi się go namówić, żeby ze mną poszedł.
Chciałabym mieć dobrą, mądrą rodzinę. Jestem takim typem, trochę podróżnika, ale uwielbiam ciepło rodzinnego domu.
Boże, mamy takie wspaniałe możliwości. Mamy piękny dom, mieszkamy w ślicznym miejscu. Mógłby ten dom być pełen miłości i szczęścia, a ja jestem taka nieszczęśliwa, gdy tu wracam. I ciągle słyszę, że to nie jest mój dom i dopiero, jak będę miała swój własny, to będę miała prawo do własnego zdania.
Uwielbiam mieć gości. Nieważne, czy tu, w domu, czy w mieszkaniu, które wynajmuję w moim studenckim mieście. Uwielbiam komuś zrobić przepysznej, gorącej herbaty i poczęstować ciastem, albo konfiturami, albo choćby kanapką. I wtedy czuję się tak ciepło, dobrze i szczęśliwie. I tylko przykro mi, że na swój własny, ciepły, rodzinny dom będę musiała jeszcze poczekać :(