jogo2
14.04.04, 23:40
Mam problem z moimi relacjami z moją najstarszą siostrą. Nasze stosunki się
bardzo popsuły od czasu, kiedy zaszłam w ciążę. Wychowuję dziecko sama. Facet
się na mnie wypiął. Nikt mi nie pomaga wychowywać synka. Nie żebym oczekiwała
jakiejkolwiek pomocy od kogokolwiek (poza tatusiem dziecka) poza dotrzymaniem
towarzystwa i od czasu do czasu przypomnieniem sobie, że istnieję. Do czasu
ciąży moje stosunki z siostrą były dosyć zażyłe. Wprawdzie czasem nie
zgadzałam się z jej opiniami na niektóre tematy i raz zabolała mnie jej uwaga
na pewien temat dotycząca mnie, ale nic nie powiedziałam, bo mam taką
wstrętną cechę charakteru, której nie potrafię zmienić, że nie potrafię
odpowiednio zareagować, kiedy ktoś mówi mi nieprzyjemne rzeczy, albo się z
czymś nie zgadzam. Czasami mi się to udaje, ale bardzo rzadko.
Przez okres prawie dwóch i pół roku w postępowaniu mojej siostry dotknęło
mnie to, że na początku brała stronę ojca dziecka i dalej tak jest, ale bez
szczegółowych wyjaśnień pewnie można powiedzieć, bo może miała swoje racje.
Otóż moim zdaniem nie miała. W ramach tego, sugerowała, nie wiem na jakiej
podstawie, iż gdybym została jego żoną, to nie chciałabym się zajmować jego
chorą babcią i snuła opowieści, jak to w jej wsi dziewczyna odtrąciła
chłopaka takiego nie całkiem zdrowego, a potem jej się życie marnie ułożyło,
a jemu nie. A ja słucham i nie potrafiłam w porę jej nic powiedzieć. Potem,
obie moje siostry powiedziały, że jak urodzę synka, to one chcą się mną
zająć. No to podziękowałam takiej pani, z którą miałam uzgodnione, że się mną
zajmie, a ja jej zapłacę. Jak wróciłam ze szpitala, to przez cztery dni byłam
sama w domu z dzieckiem. A moja najstarsza siostra się wydarła na mnie, że
mam jechać z dzieckiem i nią pociągiem do niej, bo moja średnia siostra nie
może przeze mnie wyjechać na wakacje. Potem było kilka nieprzyjemnych rozmów,
ja do niej dzwonię z pytaniem o jakąś tam radę, i chyba czymś ją
rozzłościłam, bo się wydarła na całe biuro (do pracy do niej dzwoniłam), że
kompletnie mi brak instynktu macierzyńskiego. Potem przestała się w ogóle ze
mną kontaktować. Często bywa w W-wie, gdzie ja mieszkam, ale ani razu do mnie
nie zadzwoniła. Raz ją prosiłam, żeby mi przegrała taką płytę, którą ona ma i
mi się bardzo podobała, to przesłała mi tę płytę pocztą i napisała, że nie
wie kiedy będzie w W-wie. Raz zaprosiła mnie do siebie. Byłam przez weekend i
przez ten czas wysłuchałam wykładu na temat wczesnego wysadzania dzieci na
nocnik (co do zasady się z nią zgadzam, ale ani się jej nie żaliłam, ani nie
prosiłam o radę, a ponadto ma ona wnuczkę w tym samym wieku co mój synek,
która też ciągle używa pieluch), zaczęli mi wychowywać dzieciaka, którego nie
widzieli pół roku, to znaczy, ja jadłam, a on chciał do mnie na kolana, to go
zaczęli nie puszczać, nie pozwalać mu do mnie iść. Wciąż musiałam
wysłuchiwać, jakie to szkodliwe jest jedzenie w słoikach dla dzieci, a jej
synowa też karmi córkę słoikami i pewnie ani słowa na ten temat nie usłyszy.
No i te kontakty stały się dla mnie w sumie mało przyjemne. Doszłam do
wniosku, że nie chcę się z nią kontaktować, nie mogę być wobec niej szczera,
jedyne co mogę jej powiedzieć to to, że u mnie "wszystko dobrze", a wcale
dobrze nie było. Ze swoimi zmartwieniami musiałam sobie radzić sama, nic o
nich nie mogłam jej powiedzieć, bo bym usłyszała tylko coś głupiego, co by
mnie tylko zabolało. Za to jak ja do niej dzwoniłam z jakąś sprawą, to wtedy
się mnie pytała "a co u Ciebie?". Sama jest bardzo oszczędna, swoją drogą
telefony międzymiastowe przy tej odległości majątku nie kosztują, ale co u
mnie to mam jej opowiadać, tylko wtedy jak ja do niej dzwonię. Najgorzej było
niedawno, jak zrobiłam remont. Obraziła się na mnie z mężem i on nie chciał
przyjechać pomoc mi się rozliczyć z panem, który robił ten remont. Pomogli mi
bezinteresownie moi znajomi. Dzięki temu udało mi się choć trochę odzyskać
pieniędzy za kompletnie skopany remont, bo gdybym rozmawiała z tym fachowcem
sama, to by taki grzeczny nie był. Ten remont w trakcie oglądał mąż mojej
siostry, który się zna na budowaniu. Wprawdzie musiałam go prosić, żeby
przyjechał, ale był i nic mu się nie rzuciło w oczy, ani krzywe ściany, ani
drzwi zniszczone tym, że były źle przycięte. Dobra, nie mam o to do niego
pretensji, ale jego odmowa przyjazdu na koniec i słowa, że wyolbrzymiam.
Straciłam kupę pieniędzy między innymi dzięki jego dobrym radom, żebym się z
tymi fachowcami nie rozstawała. Rozumiem, że rady mi dawał w dobrej wierze,
ale gdybym to ja była na jego miejscu, to byłoby mi co najmniej przykro, że
się pomyliłam. No i opowiadam mojej siostrze, że ten remont (który on widział
dwa razy) okazał się kompletną pomyłką, że straciłam dużo pieniędzy przez to.
Na co ona, no i teraz będziesz wiedziała, będziesz miała nauczkę. I tak nie
opisałam wszystkiego, bo tego co mnie boli najbardziej nie mogę napisać z
powodu, że jest to zbyt osobiste.
Ja do tej pory nic nie potrafiłam jej powiedzieć. Łykam te afronty, co chyba
ją ośmiela do następnych. To znaczy, może nie tyle ośmiela, ale nic i nikt
nie potrafi jej wykazać, że jej punkt widzenia jest błędny, bo to z tego
wynikają chyba te rozmaite wyskoki. Nasze stosunki wyglądają tak: Zaprosiła
mnie na Wielkanoc i pewnie zaprosi mnie na Boże Narodzenie i pod choinkę
dostanę jakiś prezent, na którym mi najmniej zależy. Ja czuję, że biorę
udział w jakiejś obłudzie, bo mam do mojej siostry i jej męża ogromny żal,
wcale to nie są ludzie, z którymi chcę spędzać Święta, ale jak chcę, to
proszę bardzo, mogę się obrazić i siedzieć w domu sama. Ja to w sumie bym
mogła, chociaż byłoby mi smutno, ale synek rośnie, jak to tak spędzać Święta
z dzieckiem we dwójkę w niewesołym nastroju, nie można dziecku robić
przykrości.
We mnie te wszystkie żale się zebrały, bo jak zaznaczyłam na początku, mam
taki charakter, że niestety nie potrafię natychmiast zareagować we właściwy
sposób. Dużo nerwów i łez mnie kosztuje ta cecha mojego charakteru, ale nie
potrafię jej zmienić.
Wygarnianie jest ogromnie ryzykowne z psychologicznego punktu widzenia,
zostaje uznane za "robienie komuś awantur" i zamiast uzyskania jakiegoś
moralnego zadośćuczynienia czy oczyszczenia atmosfery, to potrafi spowodować
jeszcze obrazę. Mojej siostrze się do rozmowy ze mną na temat moich żalów nie
spieszy, ja natomiast nie mogę z nią mieć dobrych relacji bez takiej rozmowy.
Gdybym była otoczona innymi ludźmi, z którymi byłoby mi dobrze, mogłabym się
na nią wypiąć i mieć ją gdzieś, może by jej się zrobiło przykro (chociaż
wątpię, ona ma swoje dzieci, wnuki, z którymi ma dobre relacje, ma dobre
stosunki z moją średnią siostrą, która po cichu mnie rozumie, ale słowa na
ten temat nie powie mojej starszej siostrze, słowem, nie byłaby osamotniona,
gdybym zerwała z nią kontakty). Jak zacznę z nią rozmawiać na te tematy, a
musiałabym ją w tym celu specjalnie zaprosić do siebie, co nie byłoby
zręczne, i poniosą mnie nerwy, co jest prawdopodobne, bo moja siostra ma
zwyczaj przerywać i podnosić głos, to nie tylko nic ona nie zrozumie, ale
jeszcze się na mnie obrazi i opowie wszystkim jaka to ja jestem "czarna
owca". Pisanie listów z wyjaśnianiem sobie krzywd ma u nas w rodzinie
niechlubną tradycję.
Czy ktoś może mi doradzić, jak postąpić?
Serdecznie pozdrawiam,
jogo