el-oy
20.03.11, 10:50
I to już od lat. Może Wy mi pomożecie to zrozumieć. Może od początku. Kiedyś jako małe dziecko mieszkałem na wsi. Tam się wychowałem. I właściwie tamten czas wspominam w miarę dobrze. Pomimo, że nawiązywanie kontaktów z ludźmi nigdy nie przychodziło mi z łatwością to jednak mam miłe wspomnienia. Byli tam koledzy i koleżanki, tacy których miałem „od zawsze”. Nie było ich wielu ale byli. Właściwie to nie pamiętam kiedy ich poznałem. Byli w moim życiu odkąd sięgam pamięcią i odkąd uzyskałem świadomość. Ale potem zaczęły się problemy, i to takie których do dziś nie rozumiem i z których nie potrafię wybrnąć. Bowiem moi rodzice podjęli wówczas decyzję o wyprowadzce do miasta. Niedużego, ale jednak miasta. Stwierdzili, że tam będą lepsze perspektywy itd. Ja oczywiście byłem przeciwny, bo nie chciałem zostawiać tego wszystkiego co miałem tu, ale nie miałem też nic do gadania bo byłem dzieckiem. Uznałem więc, że jakoś to się ułoży. Jednak nie poszło tak jak się spodziewałem. Przeprowadzka wiązała się ze zmianą szkoły. Niestety moi nowi „koledzy” nie zaakceptowali mnie. I jest to dla mnie tym bardziej przykre, że pomimo własnych słabości włożyłem dużo wysiłku w to aby stać się częścią nowej klasy. Wiedziałem bowiem, że oni znają się od kilku lat a ja jestem „nowy””. Nie udało się to. Chodziliśmy do jednej klasy, ale zawsze byli „oni”” i byłem „ja””. A raczej powinienem napisać, że była „klasa”” i byłem „ja””. To było smutne bo nigdy nie mogłem liczyć na ich pomoc, choćby w nauce. W końcu stwierdziłem, że nie ma sensu kopać się z koniem i przestałem się tym przejmować, choć sytuacja była chora i w moim odczuciu nieludzka. A poza tym było mi po prostu przykro. Ale uznałem, że przecież niedługo skończę szkołę i wszystko się ułoży. Niestety tak się nie stało. Skończyłem szkołę i trafiłem na bezrobocie. Okazało się, że znalezienie pracy w tak małym miasteczku z tak „hermetycznym”” środowiskiem jest bardzo trudne, szczególnie bez znajomości. Wtedy zaczął się chyba najgorszy okres w moim życiu. Moi rodzice wyzywali mnie od nierobów i lewusów, tymczasem w większości miejsc nawet nie chciano przyjmować mojego CV. Przeżywałem wtedy dość dziwne stany emocjonalne, jakieś takie hiperwyalienowanie. Tak bym to określił. Moje relacje z rodzicami mocno się ochłodziły (chociaż nigdy nie były jakoś szczególnie ciepłe, przede wszystkim z ojcem). Nie wiedziałem co ze sobą zrobić, w domu nie lubiłem być bo rodzice cały czas dowalali mi do pieca z „nierobem”” , a chodząc po mieście i szukając pracy wszędzie spotykałem się z nawet dla mnie zaskakującą niechęcią. Czas upływał mi na chodzeniu po pobliskich lasach i rozmyślaniu, a – wierzcie mi – myśli miałem naprawdę dziwne. No ale w końcu znalazłem pracę. Bez rewelacji ale cieszyłem się jak głupi ! W końcu zarabiałem jakieś pieniądze i w końcu czułem się potrzebny. I znów uznałem, że wszystko się jakoś ułoży. Niestety znów byłem w błędzie. Choć pracuję tu już kilka lat i pomimo że codziennie mam do czynienia z – mniej więcej setką osób – to ogromnie doskwiera mi samotność. Niby znam wielu ludzi, ale są to znajomości bardzo powierzchowne. Nawet nie tyle znajomości co relacje, bo znajomości to za duże słowo. Pomimo, że bardzo zależy mi na głębszej relacji choćby z kilkoma osobami to niestety nawiązanie takowej się nie udaje. Większość osób po pracy spędza czas ze swoją rodziną. Pochłaniają ich obowiązki i przyjemności wynikające z jej posiadania. Nie tylko żona i dzieci, ale bracia, siostry, kuzyni itd. Czasami staram się do nich w jakichś sposób zbliżyć, ale oni tego nie rozumieją przez co czuję się jak piąte koło u wozu. Zasadniczo niczym się nie interesują. Nie można z nimi porozmawiać ani o filmie, ani o muzyce nie mówiąc już o czym więcej. Pozostałym czas upływa na przesiadywaniu w kilku tutejszych barach/klubach i piciu. Tak wygląda ich życie. To jest ich „rozrywka””. To w ogóle jest najwyższy rodzaj rozrywki i „klutury”” a miejscowi są tym zachwyceni. Tymczasem mi bardzo brakuje jakieś głębi, zrozumienia, bratniej duszy. Bardzo doskwiera mi samotność. Czuję się wyalienowany, jak bym był na jakiejś bocznicy. Właściwie nie mam znajomych, nie mówiąc już o przyjacielu. Rodziny też praktycznie nie mam. Jestem jedynakiem, podobnie z resztą jak moi rodzice. Właściwie to jest nasz cały trzyosobowy „ród””. To „życie”” toczy się jakoś dziwnie i widzę to choćby po moich rodzicach. Oni chociaż mieszkają tutaj już 8 lat to nie mają nawet do kogo pójść na kawę. Nikt nie przychodzi do nich, oni do nikogo nie chodzą. Nie wykształciły się żadne znajomości, relacje, zależności. Nie prowadzą żadnego życia towarzyskiego. Nie wiem, nie rozumiem tego, to jest jakieś „dziwne””. Tym bardziej, że zauważam że ja to w jakiś sposób „dziedziczę””. Zupełnie nie wiem dlaczego to wszystko tak wygląda ? Nie rozumiem tego. Jakieś błędne koło. Czy wszędzie świat jest tak porąbany czy to ja trafiłem do jakiegoś piekła ? Nie wiem dlaczego tak się dzieje ? Czy ktoś coś z tego rozumie ?