vaniteux
19.05.04, 19:28
Mam mały problem... I tutaj powinno sie pojawic wyznanie, ze zdradzil mnie
chlopak itp. Ale mnie denerwuje, gdy ludzie maja takie problemy, pewnie
dlatego, ze ich nie przeżyłami. A chciałabym mieć takie problemy. Ale przejdę
do rzeczy: wydaje mi się, jakbym żyła w wiecznym teatrze. Musze reżyserować
swoje działania, a próby zachowania jakiejs spontaniczności kończa sie tym,
że albo jestem zbyt energiczna, popisuję się albo nic sie nie odzywam. Gdy
sie zakocham, np. to obecnośc tej osoby jeszcze bardziej paralizuje moje
zachowanie. W rezultacie ciagle mam jakieś dziwne poczucie winy, moje
kontakty z ludźmi moge policzyc na palcach jednej ręki i bardzo trudno
nawiazać mi blizsze kontakty, bo boję się, ze będę żałosna... Może się
wydawać, że to wcale nie stanowi problemu przy tzw. prawdziwych problemach,
ale takie życie juz mnie męczy i boje się, że tak bedzie zawsze, tworze sobie
własne "sny o potędze" i zyje tylko iluzją, bo w reczywistosci sie nie
sprawdzam, wydaje mi sie, że zawsze narzucam sie ludziom. Nie sądze, by był
to problem z asertywnością, bo prostu zdaje mi się, ze moje wewnetrzne ja
musi sie przygotować do zycia, potem tysiąc razy analizuję moje zachowania...
Tak to mniej więcej wygląda. Czy wyzbycie się tego wymaga jakiegos leczenia?
Prosze bardzo o odpowiedzi, zoe ktos z was tez ma taką "barierę"?