Gość: Łucja
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
22.05.04, 16:30
Mam 23 lata i wlasnie koncze studia magisterskie. Uwazam się za osobe,
zwłaszcza jak na mój wiek, w miare odpowiedzialna, rozsadna i doswiadczona.
Mieszkam z rodzicami, którzy także sa osobami wykształconymi. Mama od
kilkunastu lat, z wyboru, zajmuje się domem, a ojciec pracuje zawodowo.
Rodzice maja dosc maly krag znajomych i nie utrzymuja bujnego zycia
towarzyskiego, a jeśli już, to bardziej na gruncie zawodowym, niż koleżeńsko-
przyjacielskim. Mama nie ma zadnej swojej grupy znajomych, jedynie dosłownie
kilka kolezenek z czasow szkolnych, które widuje raz na pol roku, lub zony
wspolnych znajomych rodzicow.
Często rozmawiam ze znajomymi, którzy cenia sobie moje rady i sa to często
osoby starsze ode mnie. Cala ta moja „mądrość zyciowa” doceniania przez osoby
trzecie nie przeklada się zupełnie na moje wlasne zycie. Od jakiegos czasu
konflikty miedzy mna, a moimi rodzicami narastaja. Czasami z jednego
nieopatrznie wypowiedznego zdania robi się awantura. Czasami uzasadniona, a
czasami zupełnie nie. Jak to w zyciu. Problemy nie pojawily się oczywiście
nagle i bez powodu. Mysle, ze sa wynikiem roznych rzeczy, które dzialy się w
moim zyciu w domu, w szkole przez wiele lat. W każdym razie rezultatem tego
jest to, ze nie mam zwykle najmniejszej ochoty ani potrzeby rozmow z
rodzicami. Zarówno chodzi tu o zwierzenia, jak i zwyczajne informowanie co
się u mnie dzieje. Czuje się pod presja, czuje się nieakceptowana, czasem
łatwiej jest mi skłamać niż powiedziec prawde. Nie znosze świadomości
(mylnej?), ze ciagle jestem kontrolowana, wszystko jedno z czego ta kontrola
wynika – braku zaufania, nadmiernej opiekuńczości, ciekawości czy zwyklej
troski. Rozumiem, ze pytania „o której wrocisz/do kad idziesz/z kim/gdzie”
itp. sa (?) normalne, jednak nie jestem w stanie nic poradzic na to, ze mnie
po rostu draznia. Niezależnie od ich faktycznej intencji, ja czuje się
kontrolowana. Być może to brzmi jak robienie problemu z niczego, a jednak.
Umawiam się ze znajoma, informuje o tym rodzicow i slysze pytania kiedy
wroce, jak kolezanka ma na nazwisko i gdzie mieszka… denerwuje mnie to, ale
coz, odpowiadam. Nie wiem jednak kiedy wroce, ide porozmawiac i trudno mi
ocenic czy potrwa to 1.5, 2 czy 3 godziny. Moi rodzice zdaja się tego nie
rozumiec i mega afera gotowa. Fakt, ze kiedys ukrywałam przed nimi rozne
rzeczy i maja o to do mnie zal. Rozumiem to. Rozumiem tez, ze mogą
podejrzewac, ze znowu nie mowie im calej prawdy. Ten rozdzial jest jednak
zamkniety dla mnie już dawno i definitywnie. Tyle, ze ta moja „fobia” przed
opowiadaniem im o sobie jest dla mnie nie do przeskoczenia, jest mi z tym zle
i trudno. Niestety jednak nawet jeśli rodzice dokładają staran żeby mi to
ułatwić, to bez zadnych rezultatow. Jedyne co im się udaje perfekcyjnie, to
wpędzać mnie w poczucie winy i uświadamianie mi jaka to jest podla corka. Nie
mosze mowic jak bardzo bola slowa „zaluje, ze cie urodziłam”… nawet jeśli sa
wypowiadane w złości i pod wpływem emocji. Moja mama jest osoba apodyktyczna,
ja tez lubie dominowac. Ponieważ ciagle się scieramy, ja dla świętego spokoju
staram się ustępować, schodzic z drogi. W zasadzie jestem przekonana, ze moja
mama robi to samo… jednak nie udaje nam się dojsc do porozumienia. Nie wiem
czy można to nazwac toksyczna miłością, ale ostatnio dowiedziałam się od
matki, ze w ciagu ostatnich kilku lat często wyjeżdżała, żeby umożliwić mi
bycie samej w domu, ponieważ wiedziała, ze chce tego. Ja bylam przekonana, ze
te wyjazdy sa podyktowane checia wypoczynku, zwiedzania lub koniecznosciami
służbowymi. Na moje pytanie „mamo, czy nie uwazasz, ze to jest chore?”
usłyszałam odpowiedz, ze nie, bo mama mnie kocha i wszystko robi dla mnie…
Nie wiem czy powinnam to doceniac, szanowac i cieszyc się. Nawet jeśli tak,
to czuje się stlamszona tym wszystkim i nie uwazam takiego zachowania za
normalne. Mam szczerze dosc poczuen, które slysze. Na litość boska, ja nie
mam 15 lat i nie czuje się dzieckiem… wiem sama doskonale jakie mam
obowiązki, np. związane ze szkola i jakos cale zycie sobie z tym radze bez
większych problemow. Nie potrafimy się ze soba porozumiec, zrozumiec,
zaakceptowac, wypracowac kompromisu. Czasem mysle, ze jest już za pozno na
to, ze problemy gromadzily się przez 10 lat i ze nie umiem tego naprawic, a
może już nie chce, nie zalezy mi na tym. Zaciskam żeby, żeby wytrzymac tyle
ile będzie trzeba i ani dnia dłużej, wyprowadzic się do wlasneych 4 scian,
jak tylko to będzie możliwe, czyli jak zaczne sama się utrzymywac, a mam
nadzieje, ze nastapi to w ciagu najbliższych miesięcy. Zejdziemy sobie z oczu
i może będzie lepiej. Tak naprawde jednak cholernie mnie to wszystko boli.
Nie chce tak rozwiązywać sprawy, a z drugiej strony niekoniecznie chce się
zmieniac, tzn otwierac przez ojcem i matka… Wielu moich kolegow ma podobne
problemy z rodzicami. Konflikty o tzw „prowadzenie się”, powroty do domu. Nie
czuje się w tym odosobniona… bo widze ludzi, którzy zachowuja się tak jak ja
i tez uważają to za naturalne. Gdy mowie o tym mamie, ona kwituje to slowami,
ze mam złych znajomych… z jednej strony zacheca mnie do wychodzenia z domu, z
drugiej czuje się przy okazji tego krytykowana, kontrolowana, wypytywana.
Bladne Kolo. to jest tylko ogolny opis sytuacji, ale nie chce nikogo zanudzac.
Proszę o rade. Jak powinnam się zachowac a takiej sytuacji? Naprawde jest mi
bardzo ciezko.