Jak myślicie...

IP: 159.107.89.* 05.03.02, 14:50
Na ile w związku damsko-męskim (takim raczej długotrwałym, choć nie koniecznie
sformalizowanym) można "pozostać sobą" a na ile trzeba się godzić na kompromisy?

No bo tak:
kogoś o idealnie takich samych upodobaniach nigdy nie znajdziemy więc w jakimś
zakresie trzeba się będzie "nagiąć". Ale jak wyczuć tą granicę, żeby za jakiś
czas nie "obudzić się" ze świadomością, że z tylu rzeczy się zrezygnowało.
A z drugiej strony jeśli traktujemy związek poważnie to - przynajmniej w/g
mnie - jest on najważniejszy.

Nie wiem, czy wyrażam się jasno, ale mam nadzieję, że rozumiecie o co mi chodzi.
Podzielcie się ,proszę, swoimi doświadczeniami i refleksjami na ten (szeroko
pojęty) temat.

Pozdrawiam,

ris
    • balbina2 Re: Jak myślicie... 05.03.02, 15:05
      Różnie z tym bywa - wiadomo, że nagiąć się trzeba - ale ważne jest, żeby
      obydwie strony tak uważały i nagięły się "symetrycznie", a nie tak że jedna
      robi co chce, a druga to znosi i się dostosowuje. Na pewno jest to jakiś sygnał
      ostrzegawczy, kiedy zdajesz sobie sprawę, że to ty zawsze ustępujesz, że zawsze
      jest tak, jak chce ta druga strona.
      Poza tym zawsze warto zostawić sobie jakiś margines prywatności, tzn. jeśli są
      jakieś rzeczy, co do których macie zupełnie odmienne przekonania, to żeby każde
      mogło je sobie samo realizować, bez czepiania się tej drugiej osoby. Np. jeśli
      on uwielbia mecze, a ona nie znosi, to jednak pozwala mu czasem iść, za to on
      nie czepia się, że ona spędza czasem wieczór z koleżankami na piwie. I to też
      sygnał ostrzegawczy: jak ci mówi : nie pójdę, ale ty też nie pójdziesz.
      i tak dalej, i tak dalej.... W sumie to wymaga czasu, początki zawsze są raczej
      trudne...
      pozdr,
      b2
    • roseanne ustepstwa 05.03.02, 15:38
      caly sens utrzymania zwiazku polega na tym aby bylo nam dobrze.
      Moge zgodzic sie na poprzestawianie mebli, rzeczy w szafie, przemodelowanie
      kontaktow ze znajomymi i rodzina - ale nie wykluczenie.
      Gdyby mi powiedziano, ze dla dobra zwiazku powinnam zmienic moj stotunek do
      rzeczywistosci, znienawidziec kogos, bo On ich nie lubi - to wybacz, gdzie tu
      miejsce na moje JA.
      To JA i ON tworzymy zwiazek, sprzeczamy sie, docieramy, naginamy
      przyzwyczajenia i jest fajnie.
    • chudyy Re: Jak myślicie... 05.03.02, 16:10
      bardzo trudna sprawa,
      z wiekiem się zmieniamy, co było dobre wczoraj niekoniecznie takie jest jutro i
      wiem, że w czymś takim to cholernie trudno o jakieś reguły ogólne,
      ale skoro takie było pytanie, to myślę, że trzeba jak ognia unikać naginania,
      na ile tylko się da. Ludzie nie są jednakowi i co zrobić w takim razie. Moim
      zdaniem szukać takich, którzy są nam jak najbardziej podobni, temperament
      przede wszystkim, styl życia, podejście do człowieka
      i być razem i czerpać radość z tego co radość daje, a dawać wolność i tolerować
      to co nie szkodzi związkowi, a jest różne,
      na ten przykład jeśli moja partnerka jazzu nie lubi, takiego porąbanego na
      maksa to ja z niego nie zrezygnuję, trochę będzie mi żal, że idę z kumplem na
      koncert i z nim popijam piwo, nie z nią, ale za to z nią chodzę do kina, teatru
      itd. itp.
      naturalnie tutaj poruszyłem tylko czas wolny, ale ważniejsze jest to co
      związane ze sferą obowiązków, bo to trochę jest tak, że my spędzamy czas na
      zabawie, a potem po ślubie, jak się urodzi dziecko to dużo więcej obowiązków
      się pojawia i tu się dogadać to jest sztuka,
      dla mnie nie ma sprawy, rzekłem kiedyś i tak myślę, że facet kobiety nie może
      zastąpić tylko przy urodzeniu dziecka i karmieniu piersią. Ktoś mnie nazwał
      feministą hie hie, ale to nie to. To patrzenie i myślenie i doświadczenie z
      dzieckiem.
      Wracając do naginania. Ludzie, dzielcie się tym co sprawia wam radość i jak
      najwięcej tolerancji i zaufania,
      pozdro
    • kasia28 Re: Jak myślicie... 05.03.02, 17:13
      My jesteśmy dwojgiem ludzi o zupełnie innych swiatach. Inne rodziny,
      śwaitopoglądy, zainteresowania, srodowisko, w którym się obracamy,
      doświadczenie i co tam jeszcze. Ale potrafimy sie dogadać. Wystarczy szacunek
      i tolerancja, otwartośc i chęć uszczęsliwienia tej drugiej połówki. Z tym, ze
      nie mamy ścieśle określonych reguł, albo niewiele. Większość kompromisów rodzi
      się z potrzeby danej chwili czy sytuacji. I nie są wymuszaniem czy
      ustalaniem:ty-to, ja-tamto. On np. mówi mi co chciałby zmienić w naszym
      związku, czego oczekiwałby ode mnie, ja tak samo i ...zostawiamy ta druga
      osobę z tematem. On(ja) "trawimy" to i staramy sie powoli wprowadzić zmiany w
      nasze życie. Dzięki temu nie odczuwamy tego jak jakąś rewolucję. Gdy oswoimy
      sie z "propozycją" zgadzamy się lub nie. Wtedy znów rozmawiamy i przekonujemy
      do swoich racji. Z takiej burzy wychodzimy z ustalonymi zmianami albo bez
      zmian. Ale nikt nie czuje się pokrzywdzony ani wykorzystany. I zawsze sznujemy
      pozycję tej drugiej osoby. Jeśli widzimy, ze nie podoba się jej bardzo to co
      proponujemy rezygnujemy z tego, bo związek jest ważniejszy niż
      nasze "zachcianki". I staramy się, by kompromisy "równo" się rozkładały w
      miarę mozliwości, tak, by zadne z nas nie czuło się bardziej "nagięte":)
      A tak wogóle to trudno o tym mówić, bo kazdy związek jest inny i kazdy musi
      wypracować sobie własny styl. Są przecież tacy ludzie, którzy lubią być komuś
      podporzadkowani i nie widzą w tym nic złego ani dziwnego. I co dziwniejsze
      takie związki czasem całkiem fajnie funkcjonują i sa szczęśliwe.
    • kwieto Re: Jak myślicie... 07.03.02, 20:53
      Ja zawsze w zwiazkach udawalem sasiada... ale tylko w 95,45%, w pozostalej
      czesci zawsze bylem soba!
    • kropel Uwaga na kręgosłup! 07.03.02, 21:14
      Gość portalu: ris napisał(a):

      > Na ile w związku damsko-męskim (takim raczej długotrwałym, choć nie koniecznie
      > sformalizowanym) można "pozostać sobą" a na ile trzeba się godzić na kompromisy
      > ?
      > No bo tak:
      > kogoś o idealnie takich samych upodobaniach nigdy nie znajdziemy więc w jakimś
      > zakresie trzeba się będzie "nagiąć".

      Należy uważać, aby ze zwykłego w sensie ekwilibrystycznym człowieka nie stać się
      człowiekiem gumą całującym podłogę za własnymi plecami. Krótko mówiąc jest dobrze
      dopóki nie poczujesz się jak w cyrku gdzie trenerem jest Twój parter.
Pełna wersja