Gość: wiu
IP: *.grzegorzki.sdi.tpnet.pl
26.06.04, 11:17
Mam dość tradycyjnie myślących rodziców. Epizod nocowania w domu mojego
chłopaka (obecnie już od 4lat męża) w JEDNYM POKOJU (a co dalej to chyba
wyobraźnia już im się blokowała z powodu szoku) przyjęli spazmami i groźbą
natychmiastowego przyjazdu "po mnie". Kiedy przyjechał do nas z odwiedzinami,
był "bezpiecznie" odseparowywany w oddzielnym pokoju, lub (w razie braku
miejsca) przynajmniej 2-metrową odległością (obok mnie na łóżku mama, on
nieco dalej, na podłodze na materacu). Dopiero kilka dni przed ślubem
pozwolono nam oficjalnie (w domu rodziców) spać w jednym łóżku (samym w
pokoju). Generalnie wiecie już o co chodzi, co nie?
A teraz przykład z innej beczki: mój młodszy 2 lata brat (obecnie 26-latek,
po studiach, pracujący w innym mieście ale nie do końca jeszcze
usamodzielniony). Zawsze kiedy przyjeżdżają, mają przeznaczone wspólne łóżko,
czy to w domu rodziców, czy w domku na działce. Są traktowani jako "legalna"
para, chociaż on ani słowem się nie zająknie na temat swoich zamiarów wobec
niej czy choćby tylko łączących ich relacji. I jakoś nie bulwersują rodziców
(tak to wygląda). Wszyscy wiedzą, że śpią ze sobą (była nawet historia z
poronieniem). Jednym słowem, robią "TO" (specjalnie tak to piszę) swobodnie i
otwarcie.
Zawsze byłam "tym grzeczniejszym dzieckiem". I mój mąż był o niebo
porządniejszy od niego. O co więc chodzi?
Interesuje mnie to , jak łatwo przychodzi akceptować ludziom coś co w innej
sytuacji jest ostro zwalczane.