kalafiorek22
17.08.12, 10:01
witam Was, zwracam się z prosbą do osób, które może podpowiedzą mi, co robić. Mój mąz pracuje od kilkunastu lat w dużej firmie, przez wiele lat pracował na samodzielnym stanowisku, miał nad sobą szefa i oczywiście zarząd. Zawsze bardzo dobrze zarabiał. Zawsze też marzył, żeby awansować i przejąć kierowanie działem. No i tak też się stało. Jego szef odszedł a na jego miejsce powołano mojego męża. Wszyscy współpracownicy z dnia na dzien odwrócili się od niego. Większość kolegów nie odzywała się, unikała lub wręcz dawała mu do zrozumienia, że decyzja zarządu im nie pasuje. Czuł się jak trędowaty. Minęło kolejne kilka miesięcy, sytuacja się trochę poprawiła, oczywiście wszystkie "przyjaźnie" zakończyły się z dniem "nominacji" ale przynajmniej koledzy i koleżanki nie pokazują już wręcz swojej niechęci do mojego męża (notabene dotąd bardzo lubianego, tzw. duszy towarzystwa). Nie... nie myślcie, że zmienił się. Mój mąż jest człowiekiem, który ma dobre wykształcenie, doświadczenie w zarządzaniu w innych firmach i naprawdę nie odbiła mu przysłowiowa sodówka. Cały czas stara się zachować równowagę pomiędzy swoimi pracownikami a zarządem, który wymaga od nich nie wiadomo jakich wyników. Jest człowiekiem bardzo słownym, któremu można zaufać, robi wszystko najlepiej jak potrafi, choć firma nie przesłoniła mu oczu i zawsze na pierwszym miejscu była i jest dla niego rodzina. No i tu zaczyna się problem. Odkąd awansował.. codzień przed pracą boli go brzuch, zżera go jakis stres, źle się czuje w pracy... czasem nawet płacze. Nie radzi sobie z tą sytuacją, choć wydaje się ona już opanowana. Nikt na niego nie wrzeszczy, nikt z nim nie zadziera, nie kłóci się. Co więcej, zarząd twierdzi, że to była ich najlepsza decyzja, jaką podjęli. Nie wiem, czy mówi mi całą prawdę. Ale ja już nie mogę patrzeć na wieczne smutne oczy mojego męża. Rozmawiamy, zastanawiamy się co zrobić, myślimy nawet o zmianie (tu wchodzą w grę naprawdę ogromne pieniądze), trudno będziemy mieli mniej ale może on poczuje się lepiej. Ale on mi nie wierzy, twierdzi, że ja jednego dnia mówię to, co on chce usłyszeć a następnego dnia będę mu wmawiała, że chłop, który ma 40 lat powinien pracować, zarabiać i dbać o rodzinę. Trochę mnie to przerasta. Dla mnie praca, szczególnie dobrze płatna praca, w dzisiejszych czasach to skarb. Sama pracuję od kilkunastu lat w jednej firmie i nie zastanawiam się, czy ja lubię tę robotę czy nie. Z drugiej strony, nie mogę pozwolić, żeby mój mąż, ojciec moich dzieci cierpiał katusze idąc do pracy. On nie chce zmienić firmy, twierdzi, że nie będzie już wyrobnikiem u kogoś. Własny biznes raczej nie wchodzi w grę, próbowaliśmy już czegoś szukać ale to raczej nie dla nas.. Myślę, że powinniśmy poszukać jakiegoś dobrego psychologa, z którym mąż mógłby przegadać wszystkie swoje problemy. Chodził do jakiegoś coucha w znanej firmie (bez sensu były te spotkania). On cierpi, ja tego nie rozumiem, choć staram się. Rozumiem, że nie wszyscy nadają się na menedżerów, ale on?? Kurczę, pracował już kilka razy jako dyrektor, radził sobie, a teraz??? O co chodzi? Kto mu może pomóc?