amrozja
24.08.12, 20:57
Matka mojego chłopaka jest strasznie znerwicowana, nadreaktywna, nie potrafi usiedzieć w miejscu. Oglądamy film ona nie potrafi sie skoncentrować tylko albo zaczyna rozmawiać albo wiercić się, chodzić tam i z powrotem. Bardzo duzo mówi, bardzo szybko chodzi. Wokół niej wytwarza się nerwowa, spieta atmosfera bo sama jest az tak nerwowa. Jakby miała jakąś manię. Znosi do domu rzeczy ze śmietnika i mówi, że to jej się przyda. Jest wielką bałaganiarą. Nie granic co wypada, a co nie czyli, ze nie powinno sie zapraszac gosci kiedy w domu wyglada jak w chlewie, potrafi na przystanku nakrzyczec na obcego człowieka, bo usiadł na ławce obok niej, i dotknał jej reklamówki, a ona miała tam ciasto i mógł jej zgniesc i zaczyna komentowac na cały głos biednego człowieka az mi za nia było wstyd. Poszłyśmy razem do kwiaciarni nie potrafiła się zdecydować na kompozycje kwiatów byłysmy tak z dwie godziny, ciagle wybrzydzała, a nie to to moze tamto, kwiaciarka zrobiła bukiet, a tej znowu się nie podoba, ze jednak tamte kwiaty, ona zrobiła nowy bukiet, a matka, ze moze jednak cos innego. Kwiaciarka o mało nie wyrzuciła nas ze zdenerwowaniaq. Wsyt mi za ta kobiete. Mówię, ze potrzebuje pomocy, a ona, ze chyba ja powinnam sie leczyc. Nie mam juz sił. To rozbija nasz zwiazek. Boję się, ze moje dzieci odziedzicza takie cechy charakteru to zniszcze im zycie. Bo tak nie mozna funkcjonowac. Ciagle cos myszkuje, wywraca smieci ktore do mieszkania przyniosła czy wywraca bałagan tam i z powrotem bo usiedziec w miejscu nie potrafi. Jak ja przejkonac do leczenia? czy to leczyc czy to choroba?