paniflorek
01.09.12, 13:52
Skończyłam 30-stkę - rok podsumowań i dla mnie niestety niezbyt optymistycznych wniosków.
Tak, zmarnowałam swoje życie, choć jestem niegłupia (podobno), niebrzydka i miałam całkiem niezłe perspektywy. Z każdą podejmowaną decyzją dążyłam jednak do rychłego upadku.
Cóż, wychodzi na to, że nie jestem zaradna życiowo i do tego podejmuję niewłaściwe decyzje.
Zawsze myślałam, ze będzie dobrze, nie docierało do mnie, ze tak skończę, jednak teraz nie ma się już co oszukiwać.
A jak do tego doszło?
Tak pokrótce...
Do momentu mniej więcej polowy liceum byłam dobrą, pilną uczennicą, miałam liczne zainteresowania, zawsze uważałam, że będę miala fajne życie, tak poprostu musiało być.
Później zaczęły się imprezy, mniej lub bardziej szemrane towarzystwo i w końcu poznałam jego. To była może naiwna ale wielka miłość, przynajmneij tak wtedy sądziłam. Odpłynęłam totalnie.
Po 2-letniej znajomości wzięliśmy potajemny ślub cywilny (rodzice nie akceptowali naszego związku)... zaszłam w ciążę na 2-gim roku studiów...
Potem studia porzuciłam (całkiem dobry kierunek medyczny), wyprowadziliśmy się od rodziców i od tego czasu zaczęły się problemy, kłótnie, brak kasy. No bo jak w takim wieku zarobić na siebie i dziecko? Bez wykształcenia?
Z podkulonym ogonem wróciliśmy do moich rodziców, zamieszkalismy z nimi, pomogli mi finansowo skończyc studia, ale już kieruek przeciętny i zaoczne. Moi rodzice są dosyc toksyczni, ale to temat na inny wątek. Mąż nie mógł wytrzymać z tesciami pod jednym dachem, psuło się między nami, w końcu odszedł do innej. Zostałam rozwódą w wieku lat 25...
Zaczęłam samotne życie, życie beznadziejne, tak wtedy uważałam. Chciałam jak najszybciej znowu założyć rodzinę. Po skończeniu przeciętnego kierunku studiów, miałam przeciętną pracę,mieszkanie u dziadka.. Jedynie pocieszeniem było udane dziecko.
Kolejny związek, tym razem, bez miłości,"z rozsądku", byle nie być samą, byle zaakceptował mnie z dzieckiem. Był to mój wieloletni przyjaciel, pomocna dłoń.
Odeszłam od niego po 3 latach...
Mamy 3-letnie dziecko i bardzo dobry kontakt, ale tylko jako przyjaciele.
Żałuję, ze wogóle się z nim związałam, teraz bym tego nie zrobiła.
Ale wtedy... nie umiałam być sama.
Teraz już mam siłę być sama, ale mam kompletnie zmarnowane zycie. Musze spojrzeć prawdzie w oczy. Czuję się jakbym stała w miejscu, albo jeszcze gorzej, jakbym co chwilę zaczynała na nowo. Niczego nie osiągnełam, żadnej stabilizacji.
Za późno na zmianę ścieżki kariery, do końca będę pracowała na beznadziejnie nudnym stanowisku (z resztą nigdy nie byłam specjalnie sprecyzowana ani uzdolniona w żadnej konkretnej dziedzinie). Mam spory kredyty, ledwo wiążę koniec z końcem.
Nie mam szansy na udany związek, poza tym w ogóle nie chcę się wiązać, nie jestem na to aktualnie gotowa, nie wierzę już w udane związki, ale też nie chciałabym zostac sama do końcqa życia...
Mam dwójkę cudownych dzieci, to jedyne co mi się udało.
Wolałabym być starsza, krócej musiałabym się męczyć.
Kiedyś byłam zadowoloną z życia dziewczyną, teraz boję się, że zrobię się zgorzkniała.
Mam aż/dopiero 30 lat i kompletnie rozwalone życie.
Gdybym mogła cofnąć czas, to wszystko zrobiłabym inaczej, ale jak?