racetam
22.10.12, 09:46
im dłużej moja żona chodzi na swoją terapię, tym bardziej czuję, że pomimo szeregu pozytywnych zmian, to staje się osobą z którą trudno się żyje. Coraz bardziej się skupia na sobie i coraz trudniej jest osiągnąć kompromis. W ogóle ma trudność z akceptacją że w związku dwojga jednostek czasem trudno jest wypracować opcję dokładnie po środku i czasem trzeba trochę odpuścić swoje żądania.
Ciąg przyczynowo-skutkowy myli z szantażem, czyli ilekroć ostrzegam ją o skutkach jej zachowania broni się żebym jej nie szantażował.
no i to podejście względem relacji rodzinnych po prostu mnie przeraża. żeby się nie interesować starymi rodzicami, żeby im nie pomagać w niczym.
naprawde staram się być wyrozumiały i akceptować że przechodzi okres w którym poznaje siebie i eksperymentuje, i że na końcu wyjdzie to z pożytkiem dla naszego związku. ale obawiam się że stawianie na własne ja i na rozwój jednostki, ją po prostu zgubi.
jak tak patrzę na model wiejskiej rodziny, gdzie wszyscy generalnie są razem, ludzie są sobie życzliwi i pomocni, to można wywnioskować że wszyscy są współuzależnieni od siebie i wszyscy wymagają pomocy terapeutów by ich naprostować i okazać zło jakie im się dzieje.