ewazab_
21.03.02, 12:11
Przeczytalam niektore wpisy w dziale i postanowilam napisac o swoim problemie.
W tym roku, juz niedlugo zdaje mature. Jak domyslacie sie- jest to jedno z
najwazniejszych wydarzen w moim dotychczasowym zyciu. Potem egzamimy na studia,
oby zakonczone sukcesem i juz skok w dorosle zycie. Chce zamieszkac w akademiku.
Kocham moich rodzicow i nic nie moge zrobic aby ratowac rodzine.
Od pewnego czasu cos zaczelo sie psuc. Probowalam z nimi rozmawiac, ale nie
moge naciskac. To "cos" tylko miedzy nimi. Na poczatku obwinialam siebie, ze
mama zamiast pojsc do teatru, kina siedzi ze mna i pomaga mi w polskim. Tato
byl jakis nieswoj. Czy odbieralam wtedy mame ojcu?
Dzis jest zle i boje sie, ze bedzie jeszcze gorzej. Oni bardzo sie kochaja, nie
potrafia bez siebie zyc, ale ich duma, ktora i mnie tez zaszczepili nie pozwala
im na powiedzenie- co ich tak naprawde boli, co moga zrobic, aby bylo lepiej,
aby zycie ktore sobie podarowali bylo radosne, wypelnione miloscia, cieplem.
Boje sie, ze planuja rozwod. Oni nie beda bez siebie potrafili zyc, choc
dzisiaj ze soba jest im juz tak trudno. Rozwod to porazka calej naszej rodziny:
mamy, ojca , moja i mojego o dwa lata starszego brata. Bardzo mnie boli ich
cierpienie, bo i ja jestem jego czescia. Nie chce by ktokolwiek cierpial, nie
chce cierpiec i ja. Wczoraj powiedzialam im, ze marze o tym, aby wyprowadzic
sie z domu. Przyjeli wiadomosc w milczeniu. Moze, jesli mnie nie bedzie i nie
bedzie "argumentu dziecka" beda w stanie spojrzec na swoje malzenstwo przez
pryzmat ich samych, wspolnie przezytych lat, wspomnien, milosci, przyjazni i
tego wszystkiego co ich kiedys laczylo i laczy do dzisiaj? Nie chce stawac po
zadnej ze stron, choc obojgu mam wiele do powiedzenia, mam wiele do zarzucenia.
Sa jednak moimi rodzicami i pragne ich szczescia. Mama, praktykujaca
katoliczka, zawsze powtarzala: uczmy sie wybaczac. Tatko tez tak mowil. Czy
dzis potrafia slowa dawane dzieciom zamienic w czyny? Czy potrafia rady dawane
mnie i innym ludziom zastosowac do siebie? Rady, jak byc szczesliwym,
potrzebnych, kochanym, docenianym i szanowanym...
Wiem, ze w mojej mlodej glowie mam tylko mysl ucieczki, ale to nie oznaka
tchorzostwa czy glupoty (braku argumentow). Oni musza sami, bez innych odnalezc
siebie na nowo. Wiem, ze im nie pomoge, ale nie chce tez szkodzic. Moze pewnego
dnia, gdy przez koronkowe, babcine firanki znow zaswieci w moim domu slonce,
gdy mama postawi na stole swiezy bukiet zonkili a ojciec zapali kubanskie
cygaro bede wiedziala, ze warto wpasc z sernikiem na kawe.. Moze..
Wiem, ze moj list prosi sie o jakies wskazowki czy rady. Mam dopiero 18 lat i
dosc nieporadnie pisze i mysle. Nie szukam jednak pomocy, chcialam po prostu
zrzucic gdzies anonimowo swoj ciezar.
Dziekuje, jesli ktokolwiek to przeczyta.
Ewa Z.