noniewierze
27.08.13, 11:14
opisywałam tu swego czasu historyjke z matką. W ub. roku dała nam czadu przed ślubem, potem terroryzowała chorobą (wyzdrowiała już). Typowałam wcześniej, że się na nas uweźmie jak tylko tato umrze. Ech, żeby tak móc przewidzieć z takim prawdopodobieństwem totka. Ostatnio, jakieś 2 miesiące było poprawnie, matka z nudów w domu dostaje kota. Miasto wojewódzkie, a ona nie wie, co ze sobą na emeryturze zrobić. Przyszła raz do nas posprzątać...pod naszą nieobecność. Było to nawet zabawne, choć mnie już skóra swędziała. Nie raz proponowałam jej a to wycieczkę, a to kino, teatr, ksiązkę, NEGOWAŁA WSZYSTKO!! Ona lubi sprzątać. Nic więcej. Niiiic. Podziękowaliśmy i poprosiliśmy, by przychodziła jako gość a nie jako sprzątaczka. Jak było do przewidzenia, prośby miała w nosie. Codziennie posprzątane, "brudne gacie" wyciągnięte z pralki i zataszczone do niej. Ona pierze ręcznie, wszystko. I prasuje. Więc mieliśmy kilka razy folklor wyprasowanych skarpetek. nie zdzierżyłam, gdy sprała kilka rzeczy, w tym ulubioną koszulkę męża. Bo ona nie pierze w wodzie z dodatkiem płynu, ale w roztworze proszku z wodą. Rzeczy cuchną detergentami. Raz wymieniła nitkę ozdobną w koszuli męża. Dzwoni do mnie "a co ty nie masz czasu guzikow w bialej koszuli białą nitką przyszyć, tylko szyjesz czerwoną"? Wywalam gały, drapię się w głowę o co jej chodzi. Wisi koszula. Ja myślałam, że męża, mąż, że moja, bo żadne z nas nie poznało swego dobytku ;) Rozmawiam z nią, by już tego nie robiła, po czym kolejnego dnia zbiera z kosza na bieliznę gacie i niesie do domu. Robi pretekst by przychodzić juz...codziennie. Raz przyszłam z pracy wczesniej, czekałam na ważne popołudniowe spotkanie i chciałam się odświeżyć - polozyłam sie. Szur-szur w drzwiach mamuncia. Poprosiłam, by wyszła. Kiedyś mąż się rozchorował, leży a ta przyłazi. I jak go widzi to od razu wychodzi (bo ubzdurała sobie go nie lubić. A z resztą wolno jej - ale niech nie przychodzi tam, gdzie kogos nie lubi!). Ponawiam prośby o rzadsze wizyty. Zlewka. Miarka przebrała się w ub. tygodniu. Mąż wrócił po tygodniu pracy w delegacji zrąbany jak koń po westernie, śpi. Przezornie zostawił klucz przekręcony w zamku. Ta się dobija. Nie dzwoni, dobija się. Uwiesiła się na dzwonku, potem waliła w drzwi, potem zjechała na parter i jeszcze uwiesiła się na domofonie. Mąż dzwoni do mnie do pracy czy ma ją wpuścić, cholera już nas bierze. Mówię, że absolutrnie nie. Skoro tak się dobija to wie, że ktoś jest w domu, naprawdę nie dociera, że się nie chce wpuszczać niezapowiedzianych gosci?? Z resztą samochód stał na parkingu, na pewno zanotowała. Po południu spotykamy się na mieście, wracamy do domu, a tam kto?? Mamusia!! Patrze na nią, zbaraniałam, a ta wychodzi. Idiotyczna sytuacja. Pytam, czy to ona tak dzwoniła. A ta z głupim uśmiechem "och twój M. spał tak, że z armaty by go nie obudzono!" i wtedy M powiedział jej, że nie chciał otwierać bo by już puścił wiąchę. cyt: "gdyby to był jakiś dostawca pizzy albo roznosiciel ulotek to bym wziął za wsiarz". Jak można tak się komuś naprzykrzać? Poszła.
Minął tydzień, ja do niej dzwonię. Pytam, co u niej. Ona "nic". Ciągnę za język, opowiada jakieś bzdury o sąsiadkach. Pytam, czy się nie obraziła. Mówi, że nie...ale "takie lumpiarskie wyzwiska to M mógł sobie dla swojej matki zachować". Nie wyzwał jej, powiedział dobitnie jak odbiera się takie dobijanie do drzwi. Rozmowy z nią to jak rozmowy z poseł Pawłowicz. Czepi się przecinka i go przeinaczy. Mowie, że juz sie ojcu nie dziwie, ze szlag go trafial w rozmowach z nią (prawie 40 lat mi nadawała na ojca, jaki niedobry, przejrzałam na oczy przy jego śmierci). Ona mi na to "a ile ty rozmaawiałas z tatusiem?" (gdy żył, mówiła na niego po nazwisku, nigdy per tatuś). Oferowałam jej rozrywki, wszystkie odrzucała, ale pasowały jej codzienne wizyty u nas pod naszą nieobecność.
Mówię jej, że sama nie jest znana z zachowań godnych Wersalu. Nie raz przy nas bluzgała coś opowiadając. Wyliczyła, że skoro M spał kilka godzin po przyjeździe to się wyspał i mógł ją wpuścić! Uszom nie wierzę. Wylicza obcemu w sumie człowiekowi, co i kiedy ma robić? Od słowa do słowa oczywiście ja jestem tradycyjnie złą córką i "kiedyś będę żałowała" wyjścia za mąż. Mówie, że nie chce jej rad, że swoje życie wystarczająco spaprała, by nie mieć moralnego prawa rad udzielać i naprzykrzać się komukolwiek. Zabroniłam jej w ogóle przyłazić. Nie zrobiłabym tego, czułabym się źle, zrobiłam to, też tak się czuję. Ta baba robi wszystko by wywoływać w ludziach poczucie winy. Chcę trzymać ją na odległość, ona potrzebuje gnębić ofiarę. Czy dobrze robię?