kamila-maria
12.08.04, 14:45
zauwazylam jedna rzecz - mnostwo tu smutnych kobiet :-(
moja historyjka sie nie rozni wiele. byl 4,5 letni zwiazek. trudny (ha! a
ktory zwiazek jest latwy!?), na odleglosc, z zaplatanymi sytuacjami zyciowymi
i rodzinnymi. ale wytrzymalismy i 350 km., i spotkania raz na 2 tygodnie, i
rachunki telefoniczne. dazylismy do wspolnego celu.
wreszcie - na poczatku tego roku - okazalo sie, ze mamy szanse. bo mamy
mieszkanie. zaczelam je urzadzac, bo on byl ciagle w swoim miescie. i okazalo
sie, ze urzadzam je sama, a jego przyjazd sie odwleka, i odwleka i odwleka...
zaczelismy sie odsuwac, klocic, zaczely wychodzic rozne bole z przeszlosci. w
koncu przyjechal, ale wcale nie bylo tak, jak marzylismy, ze bedzie. znow
klotnie, rosnacy dystans, w koncu brak rozmow. a on ciagle uciekal do swojego
miasta, ciagle sciagaly go tam rozne 'zalegle' obowiazki. i rozmowy, ze
trzeba zmienic to, to i tamto. ale z tych rozmow nic nie wynikalo...
no i w koncu porozmawialismy 'finalnie'.
tydzien temu spakowal swoje wszyskie rzeczy i wyjechal - na zawsze.
rozmawialismy o tym, ale jakos tak bez przekonania. bez sensu.
najgorsze jest to, ze jestesmy w stalym kontakcie, bo ja go ciagle widze na
komunikatorach, i ja i kawalek mojej rodziny ma skrzynki mailowe/strony na
jego serwerze. nie przestane przeciez korzystac z internetu, bo w pracy
fizycznie _musze_ uzywac komunikatora.
z jednej strony - przeciez sie nie poklocilismy. nie ma miedzy nami agresji
czy wrogosci.
z drugiej - jest mi zle. czuje, ze on nie zrobil wszystkiego, zeby ten
zwiazek uratowac. czuje, ze jak okazalo sie, ze nie jest idealnie, to
spakowal swoje zabawki i wrocil do swojej piaskownicy. jestem zla.
a z trzeciej - nie jestem przekonana do tej decyzji. ja z tym facetem
planowalam zycie, chcialam byc 'forever and ever'. tyle emocji w to wlozylam,
tyle czasu, tyle lez... jak mam teraz zaczynac cos nowego, skoro nie chce?
pewnie, ze nie dzis i nie jutro. ale ja w ogole nie chce. to z nim mialam
spedzic zycie. on mial sie zajmowac moim komputerem. on mial o mnie dbac.
do wczoraj bylam spokojna, jakos sobie z tym wszystkim radzilam. a teraz
trzasnelo. bo ja ciagle czekam - nie wiem wprawdzie na co, ale czekam. a
jeszcze w dodatku w sobote idziemy razem na slub mojej przyjaciolki - wiem,
ze to nienajlepszy pomysl, ale po pierwsze nie chcialabym jej robic takiego
numeru i informowac o rozstaniu na 3 dni przed slubem - mogloby byc jej
przykro i poczuc sie nieswojo. po drugie - jestem swiadkiem, wiec bede
potrzebowala pomocy typu transport, itd. a po trzecie zaproszenie bylo na nas
oboje, juz dawno temu, wiec w sumie - trudno byloby to odkrecac.
ale patrzac na to dzis to szczerze mowiac nie bardzo sobie wyobrazam, jak to
przezyje trzymajac jednoczesnie twarz przed przyjaciolka.
strasznie mi zle. wiem, ze czas leczy rany i takie tam...
ale ja nie chce, nie bylam gotowa na to rozstanie, czuje ze mi to narzucono.
i nie moge sie pogodzic z tym, ze tyle planow, marzen, czegos _wspolnego_
zostalo tak glupio zniszczone...
ech, historyjka jak dziesiatki tutaj.
k-m