Gość: kasia28
IP: *.atol.com.pl
06.05.02, 13:25
Mam dzisiaj paskudny dzień. Moja przyjaciółka ma znowu nawrót nowotworu. Tym
razem cztery guzy, dwa z nich usunęli, dwa pozostałe nieusuwalne, wiec chemia.
Wygląda strasznie- straciła włosy, wzrok, ciągle traci przytomność, ledwie się
rusza. Nie widuje się z młodszym synem, bo nie chce go narażać na taki widok.
Ale z drugiej strony jest w Niej taka determinacja, taka wola życia, ze aż się
dziwię. Jest niesamowita, ja się martwię, a Ona zaparła się i powiedziała, ze
tego cholerstwa sie pozbędzie, bedzie żyć. Ale boję się, ze moze się jednak
tym razem nie udać. Nie chcę Jej stracić, jest dla mnie zbyt ważna. Nie
powiedziałam Jej o mnie, nie chcę Jej martwić. I właściwie to Jej zazdroszczę
trochę, bo Ona ma jakąś nadzieję, moze się tego pozbyć, a ja nie, ja nie mam
szans. Najbardziej żal mi Jej starszego syna. Co z Nim będzie, gdy Ona umrze?
Ojca nienawidzi za to co zrobił matce (zostawił ją gdy ucięli Jej pierś, robił
Jej piekło, chciał wyrwać dzieci), babci także, bo babcia trzymała stronę taty
i również upokarzała mamę. To dziecko tyle przeszło, teraz widzi jak matka się
męczy, a Jego przyszłość nie jest zbyt różowa. Kiedyś myślałam, ze gdyby coś
to ja zabrałabym go do nas, ale teraz? Nie mają pieniędzy, bo rentę zabrali
Jej na miesiąc przed operacją, moze odzyskać ja dopiero pod koniec roku (ach
ten nasz system zdrowotny), tatuś alimentów płacić nie chce, pracę dorywczą
straciła.
Jeszcze parę lat temu pamietam jakie byłyśmy szczęśliwe, zakochane, pełne
planów i marzeń. Dziś jedna z rozwalonym życiem, walcząca z chorobą, druga z
wyrokiem, bez szansy na walkę. Wredny ten świat.
Pozdrawiam smutno
Kasia