ed22
05.01.05, 18:48
Rozprawa hrabiego de Gernande’a o kobietach
Moi drodzy, możecie powiedzieć, że moje namiętności dają wam dość niewłaściwy
pogląd na mój sposób myślenia na temat kobiet, i oczywiście słuszne jest
wasze przekonanie, że bardziej nimi pogardzam niż ich nienawidzę. Wyobraźcie
sobie jednak, że właśnie wówczas, gdy kobieta związana jest ze mną więzami
małżeńskimi, moja odraza i niechęć do niej powinny rosnąć. Zanim przystąpię
do analizy tych uczuć, najpierw powinienem was zapytać, jakim prawem
utrzymujecie, na przykład, że małżonek zobowiązany jest uszczęśliwiać swą
małżonkę i na jakie prawo ośmiela się ona powoływać, by tego odeń wymagać.
Konieczność wzajemnego zapewniania sobie szczęścia może występować,
przyznacie, jedynie między dwiema istotami jednakowo wyposażonymi w zdolność
niszczenia, a zatem między dwiema istotami posiadającymi taką samą siłę. Taki
związek mógłby zaistnieć tylko wówczas, gdyby od razu doszło do zawarcia
paktu między tymi dwiema istotami, na mocy którego obie strony używałyby
względem siebie swych sił tylko w taki sposób, by wzajem sobie nie
zaszkodzić. Ale taka śmiechu warta umowa nijak nie mogłaby zaistnieć między
istotą silną i słabą. Na jakiej podstawie ta ostatnia wymagałaby od silnej,
by ją oszczędzała? A czyż nie byłoby głupotą ze strony silnego wchodzenie w
taki układ? Mogę zgodzić się na to, by nie robić użytku z mej siły wobec
kogoś, kto potrafi okazać się równie groźnym przeciwnikiem, z jakiego jednak
powodu miałbym się hamować wobec istoty, którą podporządkowała mi natura?
Odpowiecie mi, że z litości? Takie uczucie mogę żywić wyłącznie wobec kogoś,
kto jest do mnie podobny, a ponieważ ma ono charakter egoistyczny, to ujawni
się pod warunkiem, że osobnik, któremu je okażę, odpłaci mi tym samym. Jeśli
zaś nieustannie mam nad nim przewagę, to jego współczucie stanie się dla mnie
bezużyteczne, nigdy nie będę musiał go okupić najdrobniejszą ofiarą. Czyż nie
byłbym naiwny odczuwając litość wobec istoty, w której nigdy nie zdołałbym
jej wzbudzić? Czyż miałbym opłakiwać śmierć kurczaka, którego zarzyna się dla
mnie na obiad? To stworzenie, stojące znacznie niżej ode mnie, niczym ze mną
nie związane, nigdy nie będzie w stanie wzbudzić w mym sercu jakiegokolwiek
uczucia. Otóż związki żony i męża niczym się nie różnią od związku
zachodzącego między kurczakiem i mną. Oboje są domowymi zwierzętami,
z których należy robić użytek w sposób wskazany przez naturę, nie czyniąc
między nimi żadnej różnicy. Pytam was bowiem, moje panie, gdyby zamiarem
natury było stworzenie waszej płci dla szczęścia mojej i na odwrót, to czy
wówczas ta ślepa natura obdarzyłaby zarówno jedną, jak i drugą płeć tyloma
niedoskonałościami? Czy wyposażyłaby nas w tak poważne wady, że nieuchronnie
musiały z nich wyniknąć wzajemna odraza i niechęć? Aby nie szukać przykładów
zbyt daleko, znając moją konstytucję, powiedzcie mi, proszę, moje drogie,
jaką kobietę mógłbym uszczęśliwić? I na odwrót, jakiż mężczyzna doznałby
słodkiej rozkoszy z kobietą, nie posiadając gigantycznych narządów,
potrzebnych do jej zaspokojenia! Czy sądzicie, że zalety moralne
przedstawicielki tej płci mogą dla nas stanowić rekompensatę wad fizycznych?
Któryż rozumny człowiek, znający dogłębnie kobietę, nie wykrzyknie za
Eurypidesem: „Ten z bogów, który stworzył kobietę, może się chełpić
powołaniem do życia istoty najpodlejszej i najbardziej szkodliwej dla
mężczyzny”. Jeśli zatem zostało dowiedzione, że te dwie płcie pod żadnym
względem sobie nie odpowiadają, nieustannie wyrzekając na siebie, to
nieprawdą jest, że natura stworzyła je dla obopólnego szczęścia. Natura mogła
im dać pragnienie zbliżenia się do siebie w celu spłodzenia potomstwa,
bynajmniej jednak nie pragnienie połączenia się w zamiarze odnalezienia w
sobie wzajem szczęścia. Słaby, nie mając zatem żadnego konkretnego prawa, by
domagać się litości od silnego, nie potrafiąc sprzeciwiać się temu, że silny
znajduje szczęście jego kosztem, zmuszony został do uległości. Mimo iż
niepodobna osiągnąć wspólnie szczęścia, w interesie osobników obu płci leży
zapewnianie go sobie. Toteż słaby powinien zadowolić się tą odrobiną
szczęścia, jakiego zdoła doznać, będąc uległym, natomiast silny powinien
uzyskać szczęście dla siebie, stosując w tym celu taki rodzaj przymusu, na
jaki będzie miał ochotę, skoro zostało dowiedzione, że prawdziwego
zadowolenia może dostarczyć tylko użycie siły, zastosowanie zdolności
silnego, czyli całkowite uciemiężenie słabego. Nie mogąc zatem doznać
wspólnego szczęścia, kobieta osiągnie je w ślepym posłuszeństwie, a
mężczyzna – dzięki całkowitemu panowaniu. Ech! Gdyby zamiarem natury nie było
to, by jedna płeć panowała nad drugą…, dręczyła ją…, to czy wówczas nie
stworzyłaby ich równie silnymi? Czyniąc jedną płeć pod każdym względem gorszą
od drugiej, czyż tym samym wyraźnie nie pokazała, by zgodnie z jej wolą silny
korzystał
z praw, jakie mu dała? Im bardziej poszerzy on swą władzę, tym bardziej
unieszczęśliwi związaną z nim kobietę i tym lepiej spełni zamiary natury.
Jego postępowania nie należy bynajmniej oceniać w oparciu o skargi istoty
słabej. Tego rodzaju osąd byłby fałszywy, gdyż wydając go, polegalibyśmy
wyłącznie na opinii słabego. Czyny silnego należy osądzać na podstawie jego
siły, na podstawie jej zasięgu, a kiedy rezultaty tej siły dosięgną już
kobiety, wówczas należy zastanowić nad tym, czym ona jest i w jaki sposób
patrzyło na tę godną pogardy płeć trzy czwarte ludów tak w starożytności, jak
i za naszych czasów.
Cóż zatem widzę, przystępując z zimną krwią do tych rozważań? Widzę istotę
słabą, zawsze gorszą od mężczyzny, nieskończenie bardziej od niego
ograniczoną, głupszą, ukształtowaną w sposób odpychający, zupełnie przeciwny
takiemu, jaki może podobać się jej panu…, jaki powinien go rozkoszować,
istotę niedomagającą przez trzy czwarte życia, niezdolną do zaspokojenia męża
zawsze wówczas, gdy natura przygotowuje ją do wydania potomstwa, obdarzoną
usposobieniem ponurym, kłótliwym i władczym; tyrana, jeśli pozostawić jej
przywileje, istotę potulną i uniżoną, jeśli uczynić z niej niewolnicę, zawsze
jednak fałszywą, zawsze złą, zawsze niebezpieczną. A wreszcie istotę tak
zdeprawowaną, iż na synodzie w Mâcon bardzo poważnie się zastanawiano, i to
na kilku posiedzeniach, czy ta dziwaczna kreatura, tak różniąca się od
mężczyzny, jak on się różni od leśnej małpy, może rościć pretensje do miana
istoty ludzkiej i czy w rozumny sposób można jej przyznać taką godność. Czy
nie byłoby to wręcz epokowym błędem? A może nasi poprzednicy widzieli kobietę
w lepszym świetle? Czy Persowie, Medowie, Babilończycy, Grecy, Rzymianie
poważali tę ohydną płeć, z której my ośmielamy się dzisiaj czynić bóstwo? Nic
podobnego! Widzę, jak wszędzie jest ciemiężona, wszędzie bezwzględnie
odsuwana od spraw publicznych, wszędzie poniżana i więziona. Jednym słowem,
kobiety na ogół traktuje się jak zwierzęta, które wykorzystywane są do
zaspokojenia chwilowej potrzeby, a zaraz potem zamykane w pomieszczeniu dla
bydła. Zatrzymam się na chwilę w Rzymie; słyszę oto, jak Katon Mędrzec
krzyczy do mnie z dawnej stolicy świata: „Gdyby mężczyźni nie mieli kobiet,
obcowaliby jeszcze z bogami”. Słyszę rzymskiego cenzora, rozpoczynającego
przemowę tymi słowy: „Gdybyśmy mogli żyć bez kobiet, potrafilibyśmy zaznać
prawdziwego szczęścia”. Słyszę poetów, deklamujących w teatrach Grecji: „O
Jupiterze! Jakiż powód skłonił cię do stworzenia kobiet? Czy nie mogłeś
obdarzyć ludzkości istotą doskonalszą i mądrzejszą, taką zatem, która
pozwoliłaby nam uniknąć owej plagi?”. Widzę tychże samych Greków, mających tę
płeć w tak wielkiej pogardzie, iż potrzebne było prawo, by zmusić Spartanina
do płodzenia potomstwa, a jedną z kar, jakie stosowały te mądre republiki,