moja_deszczowa_piosenka
12.02.05, 16:44
moja historia:
półtora roku w związku. wielka młośc od pierwszego wejrzenia, setki znaków na
niebie i ziemi że to właśnie TO. On - trudny charakter, egoista wychowany w
bogatym domu, ma wszystko od zawsze, poprzednią dziewczyną poniewierał przez
5 lat, zostawiał ją by byc ze mną. Od początku jest pewny że kocha mnie ponad
życie, że jestem jego przeznaczeniem, że nikt poza mną. Od pierwszych dni
musiałam jednak walczyć żeby nauczyć go jak się traktuje kochaną osobę -
uczyłam go dbać o kobietę, uczyłam myśleć nie tylko o sobie, etc. Ciężko bo
ciężko, ale prawie zawsze w końcu przyznawał mi rację, tłumaczył, że nigdy
wcześniej nikogo nie kochał i musi się dużo nauczyć. Gdy doszedł do wniosku
że chce być ze mna całe życie, zaczęła się chorobliwa zazdrość, głównie o
moje poprzednie związki. Zaczęło się także wymaganie ode mnie, żeby dostawać
więcej niż moi poprzedni partnerzy. Głównie chodzi o sex. Był czas że
rozliczał mnie z każdego "razu", gdy uznawał że w miesiącu było za rzadko,
wybuchały awantury. Ja nigdy nie pozwalałam się źle traktować, wykłócałam się
o swoje prawa i stąd te awantury. Każdą okupiłam litrami łez, często
uciekałam od niego, chciałam się rozstać, kończyło się na zgodzie po kilku
godzinach, dniach... Zawsze wracałam bo on tak kochał, tak pięknie mówił że
jestem tą jedyną. Gdy było między nami dobrze, znaczy się jak byłam non stop
uśmiechnięta, nie wymagałam niczego i chętnie się z nim kochałam - nasz
związek był idealny. On się starł, kupował kwiaty, był uroczy, miły, kochał
każdym centymetrem siebie. Ale wystarczyło że miałam gorszy humor, czymś się
zdenerwowałam, o coś miałam pretensje i od razu cały czar pryskał. Gdy psuło
się jedno ogniwo jego idealnego świata ze mną, rozpadał się cały łańcuch i
już nic nie było ważne. Padały koszmarne słowa których nie można zapomnieć,
nawet jeśli ktoś tak pięknie prosi i płacze o wybaczenie. Wybaczałam, owszem,
ale zapomnieć nie umiem. Wczoraj nastąpił chyba ostateczny koniec z mojej
strony. Mój "przyszły mąż i ojciec moich przyszłych dzieci" jak zawsze w
złości, posunął się wg mnie za daleko. Pokłóciliśmy się jak zwykle, jak
zwykle ja uznałam że koniec tego dobrego na dziś, zebrałam manatki i chciałam
udać się do własnego domu. On się wściekł że wychodzę, najpierw chciał mnie
zatrzymać siłą (zasłaniał drzwi, trzymał mnie za ramiona), gdy zobaczył że to
nie skutkuje, wściekł się. Nie, nie uderzył mnie, nigdy tego nie zrobił i
twierdzi że w życiu by nie potrafił mnie skrzywdzić... Zrobił coś innego.
[Tutaj info o nas - hodujemy gady, trzymam u niego w większym terrarium
mojego węża]. Mój luby, wielki miłośnik zwierząt, zapalony hodowca, co
zrobił...? Z wściekłości na mnie popędził do hodowli, wyrwał śpiącego pod
grzejnikiem węża, zbiegł z nim do drzwi wyjściowych i rzucił go na snieg.
Żebym go sobie zabrała razem ze sobą skoro chcę odejść... Przeraził mnie. Jak
można tak potraktować niewinne zwierzę któego pechem jest tylko to, że nalezy
do mnie?? Nie wiem czy ktoś tutaj zrozumie mnie dobrze, wątek z wężem jest
mocno abstrakcyjny dla was i pewnie raczej was śmieszy niż martwi. Mnie
przeraził, bo dostrzegłam w moim chłopaku zło i okrucieństwo, o które nie
podejrzewałam go przedtem. Wczoraj chyba definitywnie zakońćzyłam tę
znajomośc. On płakał, przepraszał, wmawiał mi że to w złości więc
mniejszy "grzech"...Że był wściekły przeze mnie bo od kliku dni byłam dla
niego niedobra, miałam "fochy", pretensje, chiałam odejść i "miał prawo" tak
się zachować. Nie dotarły do mnie te argumenty. Gdy wysiadałam koło domu z
samochodu, postraszył mnie jeszcze że nie wróci do swojego domu, bo został
całkiem sam, że pojedzie gdzies autostradą, że zabijam go swoim odejściem, że
widocznie już go nie kocham a on kocha mnie ponad życie. Dzisiaj cały dzień
nie daje znaku życia mimo że poprosiłam go na gg żeby odezwał się czy jest
cały i zdrowy. Jestem przerażona. Kocham go mimo tego co się dzieje, chyba
nie chcę już z nim być, bo zaczynam się go bać, ale martwię się o niego. Czy
ja w ogóle dobrze postępuję?? Co powinnam teraz zrobić? Wiem że on mnie kocha
jak nikt przedtem, szaleje na moim punkcie, całymi dniami opowiada o swojej
miłości, w każdej minucie zachwyca się mną, moją urodą, figurą, wszystkim,
bez przerwy domaga się bliskości, nienawidzi rozstań nawet na jeden dzień,
robi mi mnóśtwo drobnych niespodzianek, zabiera na piękne długie wakacje,
kupuje fantastyczne, wymarzone przeze mnie prezenty na urodziny, rocznice,
walentynki....Kochało mnie już przedtm kilku mężczyzn, ale nigdy nie tak
gorąco, nie tak ogniście, namiętnie, bez wytchnienia, aż fanatycznie jakby...
Że kocha - nie mam wątpliwosci. Tylko dlaczego aż tyle muszę znieść w zamian.
Czy warto?