micca73
28.02.05, 01:03
...zakończył nasz 2 letni związek. W trakcie rocznicowej kolacji, w wieczór
który miał wyglądac kompletnie inaczej...
Te dwa lata były trudne, pełne wyrzeczeń, wątpliwosci. Ja, z deficytem
emocjonalnym, seksualną traumą z przeszłości i długoletnia depresją. On, misio
przytulanka, facet pełen ciepła ale i wymagajacy takiegoz ładunku z drugiej
strony, ładunku który trudno było mi wykrzesać...ale starałam sie,a on starał
sie cierpliwie czekac na wyniki...i był przy mnie...Mówił ze kocha, ze chce
sie ze mną zestarzec, ożenic, zamieszkac itd- usłyszałam wszystkie standartowe
deklaracje...I o co poszło? O seks...Wydawało nam sie ze to ciepło którym mnie
obdarzał wystarczy by roztopic lody i zagoić rany. Niestety nie wystarczyło,
jasne było ze bez pomocy specjalisty nie damy rady, poszłam do jednego, pudło,
do drugiego, razem z nim dla podtrzymania na duchu i bingo- postanowiłam ze z
tym panem damy radę...Mimo tego mój mezczyzna, pełen seksualnej frustracji
zaczął oddalac sie ode mnie, nie czuł sie facetem, miał pretensje o brak
seksualnej dwuznacznosci miedzy nami, wystarczyło ze nie tak jakby sobie
zyczył zareagowałam na jakies niewinne świntuszenia a mój facet łapał doły i
schizy, nastrój zmieniał się z dnia na dzień, miał pretensje nawet o zbytnie
zainteresowanie...zwierzetami, które bardzo kocham, strach przy nim pogłaskac
kota czy psa, bo usłysze ze więcej uczuc okazuję czworonogom niz
jemu...opowiadał mi historie jak go adoruja inne kobiety, że jakas tam
dziundzia z pracy klepie go po posladkach...a przeciez gdzie nie jestesmy
razem okazujemy sobie tyle czułości ze niektórzy czuja sie niezrecznie...
Czułam sie bezsilna, tak chciałam sie starać, tłumaczyłam, prosiłam,
wytrzymaj, przeciez zaczęlismy cos z tym robic... No i okazało się ze musze
nas wspierac oboje...kazdego ranka budziłam sie z lekiem jak mu tam dzisiaj,
jak sie czuje...a czuł sie róznie, jednego dnia kochał drugiego miał
dosyc...Tego dnia mielismy isc na kolacje, do pana doktora i do kina, miało
byc miło, zamiast tego dał mi do zrozumienia ze nie da rady, bo to potrwa, bo
nie wytrzyma a ja nie zasługuje na takie traktowanie, bo jestem tak dobra dla
niego a on tak sie zachowuje i nie panuje nad tym i ze nie chce zebysmy
zaczeli na siebie warczec, ze powinnysmy sie rozstac póki mozemy ze soba
rozmawiac...Ostatnie dni były dla mnie straszne, czuję sie jak przekłuty
balonik, wszystko co dawało mi naped do walki szlag trafił...a On...po raz
kolejny zmienił front, zadzwonił, kaja sie, załuje, mówił ze
kocha...spotkalismy sie dzis, prosi o szansę jednoczesnie mówiac że zakochanie
mu przeszło ale ze te 2 lata do czegos zobowiazuje, ze bedzie chodził ze mna
na terapie...Boze, to co ty do mnie czujesz człowieku? Słysze ze skoro mysli i
martwi sie to pewnie kocha...To jego rozchwianie mnie dobija, zastanawiam sie
czy on przypadkiem nie powinien takze pomyslec o terapii bo na takim kulawym
wózku razem daleko nie zajedziemy...Nie nadaje sie na mamunię, bede wspierac,
mogę wspierać ale nie moge miec wrazenia ze mam syna a nie faceta...na dzis
temat pozostawiłam otwarty, na dzis nie tesknie, dzis duzo mysle i nie wiem co
bedzie dalej, nie pale mostu ale nie wiem jak nam pomóc, musze nabrac
dystansu...nie wiem co robic...