borghia
22.03.05, 00:32
Mam już dość. Od wielu lat próbuję coś zmienić. Sprawa nie jest prosta. Matka mnie nie biła, w rodzinie nie było alkoholizmu teoretycznie bajka. Jest chyba coś gorszego; terror psychiczny. Gdyby ktoś nas widział razem to poprostu idealna matka i córka. I tak to wygląda, gdy są u nas goście czy rodzina. Ale jest inaczej. Każda moja decyja jest z góry negowana, każdy argument odrzucany. Nie mogę powiedzieć nic nie narażając się na wyśmianie, jeśli próbuję powiedzieć jej jak nasze relacje wyglądaja, dostaję odpowiedź w postaci serii cytatów z książek pseudopsychologicznych za 9,99 z kiosku popartych jej "życiowym doświadczeniem" i usta mi się zamykają. Bo co ja jej mogę powiedzieć jeszcze? Fizycznie już nie potrafię. Jestem osobą dorosłą a każda decyzja, każda myśl jest na dzień dobry konfrontowana przeze mnie z "a co mama o tym pomyśli?". Nie potrafię się z tego wyrwać, jej zdolność manipulacji sięga perfekcji. Staram się tylko zasłużyć na jej jakąkolwiek aprobatę a nigdy jej jeszcze nie osiągnęłam, od dzieciństwa. Mam dwadzieściakilka lat a nadal beznadziejnie staram się dostać od niej to co należy się dziecku, troszkę miłości, bo tego nigdy nie miałam. Jej wiecznie nie ma w domu. Albo jest w pracy albo wyjeżdża do swojego konkubenta. Jak już jest to też źle, bo ja staram się w tych kilka chwil widzenia z nią spróbować porozmawiać, choćby na najdurniejszy temat na świecie. Jednak nieustannie słyszę, wyjdź, przeszkadzasz, czytam, maluję, oglądam serial, jem surówkę. Cokolwiek. Wszystko jest ważniejsze ode mnie. I tak było zawsze, tylko kiedyś myślałam, że tak to wygląda. Teraz zaczynam widzieć świat i ludzi, rodziny wokół mnie i widzę, że to nie tak wygląda... przed maturą usłyszałam "Eee... I tak nie zdasz", gdy zdałam na same piątki, szóstkę i zostałam finalistką olimpiady nie usłyszałam nic. Gdy zdawałam na studia słyszałam tylko, że ona czarno to widzi. Nigy nie słyszałam od niej "kocham cię", nigy mnie nie przytuliła, jeśli nie miała w tym celu, nigdy nie przyznała się do zadnego błędu, nigdy za nic nie przeprosiła. Wiem, że jest osobą nie potrafiącą zdobyć się na jakiekolwiek akty uczuciowości czy zrozumienia a jednak od niej tego wymagam. Moje starsze siostry mają teraz własne rodziny ale w rozmowach ze mną mówią tylko, że ona taka już jest. Tylko, że one są zupełnie inne ode mnie, jedna szybko wyszła za mąż i wyfrunęła z domu a drugiej nie ruszy nawet trzęsienie ziemi a "uczuciowość" odziedziczyła po matce. W ogóle one były w domu jak jescze Tata żył a to była inna bajka, ja już tego nie pamiętam.
Od prawie roku mam depresję i boję się z tym cokolwiek robić, nie wiem do kogo się zgłosić, boję się "standardowego" wyśmiania i zbagatelizowania mojego problemu. <BR>Jest wiele rzeczy i gestów, których ona nie robi ale jeszcze więcej złych słów i czynów, które robi. Czuję się nieustannie osaczona i zaszczuta. Myśląc dom, mam w myślach pustkę, nie mam wspomnień by się do nich odwoływać, bo poprostu nie mam do czego. <BR>Napisałam do niej list, w którym opisałam to jak się czuję i jak bardzo ona mnie rani. To było kilka miesięcy temu a listu jeszcze nie dałam. Boję się. Boję się wielu rzeczy na świecie; samotności, odrzucenia, wyśmiania, ale najbardziej na świecie boję się jej i z tego strachu znienawidziłam ją do głębi serca. <BR>Co zrobić?