Czy jestem świnią...???

23.03.05, 12:33
Qrczę, ile czasu w ogóle nie było mnie na Forum, a jak wracam to na to...

Moi drodzy, proszę, powiedzcie, jak oceniacie tę sytuację. Ja sobie z nią juz
sam nie poradzę...

Najwyżej zdołuję się już zupełnie.

OK, od czego zacząć - może od września 2003 kiedy to stwierdziłem, że moje
wówczas 4letnie małżeństwo umarło, po wielu staraniach jego naprawy. W
skrócie - wyszło na to, że ożeniłem się w sumie nie z małżonką, co z
teściami, ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Pomimo to, jakiś czas mieszkalismy jeszcze razem, próbując dalej coś
wskrzesić, zmienić... Ale to juz było raczej trwanie, przyzwyczajenie. No i
wciąż brakowało woli żeby podjąć jakąś ostateczną decyzję, tylko takie
trwanie z szarpaniem nerwów co jakiś czas na zmianę. Każda moja propozycja,
choćby wyjścia do teatru, do restauracji, wypadu na weekend, itp spotykała
się z jedną jedyną odpowiedzią "nie", itd, itp.

W kwietniu 2004 byłem w n-tej kolejnej delegacji, tym razem dostałem kopa do
Budapesztu, gdzie nie byłem od 1990. Bardzo się ucieszyłem, z Węgier mam
zawsze jak najlepsze wspomnienia, no i super.

Nie chciałem tam łazić sam po mieście, przypomniałem sobie, że w kilku innych
konferencjach uczestniczyła pewna Węgierka, okazało się, że nie pozbyłem się
jeszcze listy uczestników tych konferencji, wysłałem maila, z zapytaniem czy
w ogóle mnie kojarzy (bo zawsze było to tylko dzień dobry, jak minął lot i
tyle). Okazało się że tak, że wygospodaruje jeden wieczór, że miło jej będzie
się spotkać i pogadać.

No i ten wieczór nadszedł, trafiłem juz do pubu, gdzie bylismy umówieni, x
minut wcześniej bo choć jechałem z hotelu na samych peryferiach miasta, to
jednak odpowiednik naszej WKD i metro funkcjonuje tam bardzo sprawnie, no i
patrze, wchodzi.

Pierwsze wrażenie - śliczna jak zawsze, poza tym chyba nigdy nie widziałem
jeszcze, żeby ktoś się tak ucieszył na mój widok... Co było dalej - z każdą
minutą dosłownie czułem jak się zakochuję, potężnie, prawdziwie...

A przecież to była tylko rozmowa, jakieś uśmiechy, po prostu, jak między
dwojgiem w sumie obcych sobie osób, które kiedyś się tam w przelocie
pozdrowiły.

Chemia po prostu, poza tym bijaca od tej dziewczyny energia życia, radość,
entuzjazm.

No i nie wchodząc w szczegóły, po następnym spotkaniu w tym samym miejscu, za
niecały miesiąc odwiedziła mnie w Warszawie, było jeszcze wspanialej, tym
razem juz powiedzieliśmy sobie wzajemnie te ważne słowa "I love you"...

(zaznaczam, w tym czasie z małżonką łączyło mnie już tylko miejsce
zamieszkania, w moim rozumieniu to wszystko nie oznaczało już zdrady z mojej
strony, ale może się mylę)

Po dwóch tygodniach rewizyta w Budapeszcie, tym razem juz prywatna, po której
zdecydowałem się zamieszkać w warszawie juz osobno i zacząć na serio
interesować się rozwodem, tzn. formalnościami. Tak zeszło do lipca, nie
wchodząc w szczegóły (ech, teściowie) zdecydowałem się zrzec się
jakichkolwiek roszczeń do własnego mieszkania - w końcu mam ponad dwukrotnie
wyższe zarobki niż małżonka, jakoś sobie dam radę, ona nie. I zresztą inaczej
nie dałoby się załatwić rozwodu bez kompletnej utraty nerwów bo teściowie by
tego nie popuścili, a są to ludzie z delikatnie mówiąc innego kręgu
kulturowego, i wiele razy dziwiłem się, że małżonka pochodzi z takiej,
naprawdę niezbyt ciekawej rodziny, gdyż sama - po prostu OK pod tym wzgledem,
tyle że całkowicie pod ich wpływem jeśli chodzi o codzienne życie.

W lipcu - wynajęcie mieszkania (pierwszy raz w życiu) i pierwsze wspólne
wakacje z kobietą, ktorą już wtedy kochałem na przysłowiowy zabój, z pełną
wzajemnością.

W czasie wakacji (polskie góry, tydzień ulewy, sami w pensjonacie - słowem
jak w jakiejś bajce) zaczęliśmy poważnie rozmawiać o przyszłości, w tym o
dziecku. Cholera, nigdy nie chciałem, małżonka zresztą też (może wpływ pracy,
gdzie dzieci ma potąd), ale z TĄ dziewczyną - JASNE!!!

Co dalej to już nietrudno się domyślić, zdecydowałem się zacząć życie od
nowa, faktycznie i formalnie, nowe, szczęsliwe, pełne miłości i energii,
zapału, chęci...

Cały czas co 2 tygodnie odwiedzaliśmy się nawzajem, ja jednocześnie
próbowałem rozpocząć sprawy rozwodowe, rozmowa z prawnikiem, próba rozmowy z
małżonką, spotkania się z nią - udało się to tylko raz i było zgodne,
umówiliśmy sie na później, ze względu na to, że dość ostro szykowała się do
pewnego egzaminu i miała trochę zamieszania w pracy. Ale cały czas
powtarzała, że ona od praktycznie takiego samego czasu myslała o rozstaniu i
byciu przyjaciółmi.

W końcu w listopadzie postanowiłem poważnie rozmówić się z małżonką, albo
składamy wspólny pozew albo załatwię to przez adwokata. Oczywiście wolałem
pierwszy wariant, w końcu rozstawać też się powinno umieć. OK, załatwimy w
grudniu, tuż po tym jej egzaminie.

I w tym czasie - po wspaniałym tym razem juz nie weekendzie, ale tygodniu
razem z Węgierką w Warszawie, w ostatnią sobotę listopada dosłownie kilka
godzin po jej wyjeździe - bum, na pasach walnął mnie samochód, łamiąc
wszelkie możliwe przepisy, uciekając z miejsca wypadku (nawiasem mówiąc, do
dziś chyba nie ustalono kto nim tak naprawde kierowal bo podobno jeden zwala
na drugiego, itp, ale to akurat najmniej dla mnie istotna sprawa). No to
podobno tylko cudem przezylem, szpital, rekonwalescencja, itp.

W szpitalu i pozniej w domu opiekowala sie mna przyjaciolka, ktorej ja troche
kiedys pomoglem w jakims jej klopocie, jeszcze jedna osoba (malzonce o tym
wypadku nie powiedzialem, niech sie szykuje do egzaminu a poza tym w tamtym
momencie nie uwazalem juz za stosowne wolac ja do szpitala, itp). Coz,
Wegierska Milosc w tym czasie musiala (i to wiem na pewno) jechac na dwie
konferencje, niewazne, przyjechala do mnie po dwoch tygodniach. Skoro
przezylem wypadek, przezylem tym bardziej pytania "sorry, a gdzie jest twoja
dziewczyna?".

Pozniej odwiedzila mnie na tydzien od swiat do nowego roku, a pozniej... - o
tym za chwile.

Akurat w zeszlym roku, az do wypadku, moge uznac, ze moja sytuacja materialna
byla niezla. W koncu mam stabilna prace, poza tym oprocz pensji mialem
jeszcze odlozone diety za kilka wyjazdow, cos odlozylem, itp. Jednak
rownolegle caly czas zdawalem sobie sprawe z tego, ze owszem, utrzymam sie,
sam, ale nie utrzymam dwojki ani tym bardziej trojki, zwlaszcza ze
nieodwolalnie zdecydowalem o zostawieniu tamtego mieszkania malzonce. I ze
dolce vita moze sie skonczyc, trzeba wiec cos zaczac dzialac.

Stabilna praca bylaby wrecz super gdyby zarobki byly choc ciut wyzsze, mowiac
konkretnie, 1000 euro netto a nie brutto. Pewne przepisy sprawiaja, ze nie
moge praktycznie dorobic nic legalnie. Tak wiec od wrzesnia wyslalem dobrze
ponad 200 cv, Warszawa, Polska, Europa, z rezultatem - wiadomym. Jak sie raz
wdepnelo w jedna branze to pomimo dosc dobrego cv mozna sobie pogwizdac,
zwlaszcza jesli chodzi o sektor publiczny, w perspektywie wyborow, gdzie
wszystko sie totalnie wymiesza i trwa akcja "stolki dla swoich", ktora
powtorzy sie tuz po wyborach. Publiczny preferowany ze wzgledu wlasnie na
wieksza stabilnosc (a i wiarygodnosc dla banku w razie gdybym chcial wziac
kredyt na mieszkanie), ale prywatny niewykluczony.

Jestesmy chyba narodem bardziej skrytym niz Wegrzy, ale ze zadawala mi caly
czas dziesiatki pytan, jakie odpowiedzi na cv, itp. to miala caly obraz
sytuacji. It will be better, for sure you`ll find something. I tak kilka
miesiecy, rowniez kiedy ponad miesiac bylem unieruchomiony po wypadku.

A jak wiadomo, u nas kiedy ma sie powazne klopoty ze zdrowiem, to
jednoczesnie ma sie skastrowana pensje, a wysokie wydatki. Nie ukrywam, ze
kiedy wlasnie sam sie z tym zetknalem, zaczalem jeszcze bardziej zastanawiac
sie nad ta nieszczesna praca, w koncu na litosc boska ok, nasze plany to
dziecko (staralismy sie od lipca, bez efektow, oboje jestesmy po 30tce ale
probowac trzeba) i jej ur
    • swift.gl Re: Czy jestem świnią...??? 23.03.05, 12:36
      ) i jej urlop macierzynski w Warszawie. Tak mnie tknelo, ze niech dziecku, jej,
      mnie sie wtedy cos stanie, to lezymy i kwiczymy, chcac wynajmowac chocby takie
      mieszkanie jak wowczas.

      I tu cholera nie wiem, z pewnoscia bylem zbyt malo komunikatywny wg niej, ale
      tez chyba gdybym coraz czesciej poruszal temat pracy, beznadziei wysylania cv,
      to kazda polska dziewczyna zrozumialaby o co chodzi, i gdyby miala tylu dosc
      wysoko postawionych przyjaciol co ona, to zaczelaby dzialac. Sorry, ja naprawde
      nie chce zeby prowadzic mnie za raczke tylko zrobilem juz wszystko co moglem i
      przestalem wierzyc w dalsze wlasne wysilki. Oczekiwalem choc troche partnerstwa
      w tej kwestii.

      Sorry, wiele tu przemieszanych watkow ale taka wlasnie byla ta sytuacja -
      wielowatkowa. Na samym poczatku stycznia malzonka wyslala mi smsa ze ma
      podejrzenie nowotworu. Jak pamietam, to bylo po moim pierwszym tygodniu w pracy
      po calym tym zwolnieniu po wypadku. Nieszczescia chodza parami jak widac...

      Walczac z calym soba, zgodzilem sie pryjechac do niej, do mieszkania, ktorego
      uprzednio zdecydowalem sie juz nigdy wiecej nie ogladac. Zastalem tam obraz
      nedzy i rozpaczy, nie bede nawet o tym pisal, ale to byl stan kompletnego
      zalamania psychicznego, wlacznie ze stosem ciuchow do prania, pusta lodowka,
      plesniejacym chlebem...

      Co ja do cholery moglem innego zrobic? Czy to zbrodnia, ze zdecydowalem sie jej
      pomoc? Poza tym mialem swiezo w pamieci wlasny wypadek i wszystko, co sie z tym
      wiaze... I sorry, nie jestem materialista, ale wlasnie m.in. ten wypadek
      sprawil, ze czasem zachowuje sie jak zywy kalkulator. Wiadomo tez, co u nas
      nalezy robic zeby miec zapewnione przyzwoite leczenie, chocby badania zrobione
      w odpowiednim czasie... I do cholery ten jej wzrok spod koldry, blagajacy o
      pomoc i zycie...

      Wrocilem wieczorem do wynajmowanego mieszkania, chcialem skontaktowac sie z
      Miloscia. Jak czesto, komorka wylaczona, a w domu sekretarka. Wyslalem dlugiego
      smsa, ze biore tydzien urlopu (po chyba 6 tygodniach zwolnienia...), gdyz musze
      cos zdzialac w takiej wlasnie sprawie, ze wiecej napisze w mailu lub powiem
      przez telefon.

      Ta cholerna, przekleta forsa... Malzonka nie miala zadnych oszczednosci, sama
      wziela zwolnienie, na badania w publicznej SZ trzeba by czekac nie wiadomo ile,
      samo leczenie tez moze lepiej prywatnie, a nie w umieralni na Ursynowie (gdzie
      zreszta 2 lata temu zmarl jej wujek i nie dalaby sie tam zaciagnac pod zadnym
      pozorem...)

      Nie wiem, nie wiem czy dobrze zrobilem ale powodowaly mna impulsy, koniecznosc
      natychmniastowego dzialania, przekonanie ze trzeba pomoc na wszelkie sposoby...

      Koniec koncow zdecydowalem, po kilku dniach, ze wlasnie w celu tej pomocy wroce
      do tamtego mieszkania i zrobie wszystko, zeby malzonce pomoc.

      O tym wszystkim informowalem Milosc. Z poczatku wydawalo sie, ze to dla niej
      szok, ale ze mnie rozumie, ze rzeczywiscie powinienem pomoc, ze to szlachetne z
      mojej strony, ze jesli naprawde ja kocham to mi wierzy i teskni.

      Tak sie qrde zlozylo, ze samo wyprowadzenie malzonki z tego stuporu zajelo +-
      miesiac. Czy ja moglem jechac do Budapesztu na weekend, cieszyc sie tam zyciem,
      obecnoscia kochanej osoby, kiedy tu byla taka sytuacja...?

      Przy okazji, bo to istotne, tesciowie byli super w ingerowaniu w malzenstwo, a
      teraz - no comment, potwierdzilo sie tylko moje przekonanie o nich.

      Az w koncu doszedlem do takiego stanu, ze wszystko zdawalo mi sie calkowicie
      beznadziejne. Sam zdecydowalem o tym w sumie - ale co mialem zrobic, zakuc
      malzonke w jakies dyby i zawiezc ja na powtorzenie badan, jak ja przekonac ze
      MUSI zaczac cos robic, dla swojego przeciez wlasnego dobra? JAK, JAK, JAK???

      Przez caly ten czas mialem nieustanny kontakt z Miloscia Zycia. Doskonale
      wiedziala z moich slow, ze to wszystko jest tymczasowe, ze nie zmienilem
      decyzji co do rozwodu, wyprowadzki (powtornej juz). Caly tez ten czas byla
      doskonale informowana o beznadziei jesli chodzi o zmiane pracy.

      Ja ją nawet rozumiem. Mijaly weekendy a do obiecanego (przedtem tak oczywistego
      i radosnego) spotkania nie dochodzilo. W koncu, kiedy uznalem, ze nie bede
      walczyl z wiatrakami i skoro malzonka sama nie chce sobie pomoc, to tez juz nie
      dam rady, wzialem za mile bilet lotniczy. Zawsze cieszylem sie jak dziecko
      kiedy mialem juz kupiony bilet na pociag czy samolot do Budapesztu w reku, ale
      tym razem naprawde szczegolnie - w koncu tesknilem jak nigdy dotad.

      Leciec mialem po poludniu w piatek, a tu w czwartek nad ranem obudzilem sie z
      takim dobrze znanym bolem miesni, rosnaca temperatura - o 7 rano 39,7`C...

      Fatum jakies, oczywiscie ze spotkania nic nie wyszlo... Lezalem plackiem prawie
      tydzien, jestem z tych, ktorych grypa doslownie rozwala, nie moglem wtedy
      ruszyc niemal malym palcem, a co dopiero gdzies leciec...

      I wlasnie, zadzwonilem do informacji medycznej, dostalem numery przychodni
      prywatnych przychodni, ktorych lekarze maja tez wizyty domowe, lekarz przyszedl
      za dwie godziny, I BYL TO JEDNOCZESNIE PIERWSZY LEKARZ KTORY POROZMAWIAL Z
      MALZONKA!!!

      A ze psycholog tez z niego doskonaly jak widac po efektach, wlasnie w zeszlym
      tygodniu malzonka zakonczyla badania potwierdzajace tamto jedno, ktorego tak
      sie przerazila. Miesniak a nie nowotwor :-)

      Dalej za moment, bo musze odetchnac i zapalic zarazem, a w biurze nie moge...



    • klarak Re: Czy jestem świnią...??? 23.03.05, 12:37
      ale co z ta swinią? :)
      • xy2 to jest za długie 23.03.05, 12:39
        • swift.gl Re: to jest za długie 23.03.05, 13:17
          klarak - spoko, zaraz moze sama tak stwierdzisz, xyz, juz zmierzam do konca, i
          tak juz prawie rycze, a chcialem po prostu napisac w detalach, zeby byl
          mozliwie pelny obraz sytuacji...

          No i tak, odczekalem dzien, dwa, zeby malzonka nacieszyla sie dobrymi wynikami,
          i coz, powiedzialem ze moja rola jest spelniona, ciesze sie ze moglem pomoc,
          ale wracamy teraz do punktu wyjscia, zaczalem ukladac sobie zycie na nowo i
          trzeba cos z tym zrobic. W odpowiedzi uslyszalem, ze jesli nadal tak chce, juz
          w poniedzialek pojedziemy do sadu zlozyc wspolny pozew, ale ze cokolwiek sie
          stanie, zawsze bedzie mnie kochac i czekac na mnie, ze zawsze mnie kochala
          tylko moze nie potrafila tego wyrazic (nb, sam tez nie potrafilem wiele wyrazic
          Wegierce, ale jak mowie, to moze tez roznica kulturowa, to cholernie otwarty
          narod), a zwlaszcza po tym, ze jako jedyna osoba pomoglem jej kiedy bala sie
          smierci.

          Co wyczytalem z smsow znad Dunaju? Szok, zwlaszcza po tym, ze jednak udalo nam
          sie w koncu spotkac, szlag trafil mile ale jest tez pociag, po prostu
          powtorzylem wszystko co juz tyle razy pisalem, i co prawda splakana, ale jednak
          nadal chciala spedzic ze mna zycie.

          Caly wic polega moze na tym, ze to spotkanie bylo zanim malzonce wyszly dobrze
          te badania, wowczas jeszcze nie potrafilem powiedziec, kiedy wyprowadzka,
          rozwod, itp. A tu prosze, tydzien zdzialal cuda...

          Wlasnie, co w tych smsach... Ze pewnie malzonka ma mnie juz dosc, zrobilem to
          do czego bylem potrzebny i mnie odprawia, ze w ogole ja (tzn Wegierke)
          oszukalem...

          Sorry, pierwszy raz w zyciu poczulem autentyczna potrzebe nazlopania sie piwa
          po tym jak to przeczytalem... Jeszcze qrde tydzien wczesniej znow byl raj we
          dwoje (moze nie taki jak wczesniej, ale tez), wspolne plany, co bedzie jak znow
          sie wyprowadze...

          Takie spostrzezenie, ona zawsze przez ten ostatni czas zmieniala ton na
          ostrzejszy w weekendy - moze z tesknoty a moze po spotkaniu z przyjaciolkami,
          ktore mogly dawac jej dobre rady.

          No i teraz wlasnie - niedobrze, kiedy zaczynaja sie podejrzenia, chocby
          dlatego, ze wtedy druga strona tez zaczyna myslec negatywnie...

          Czy jestem w tak straszliwym bledzie, ze moglem oczekiwac (choc przyznaje, nie
          zwerbalizowalem tego) od swojej Partnerki ze kiedy sam juz przestalem miec
          nadzieje na zmiane pracy na lepsza, przynajmniej sprobuje cos pomoc na miejscu?
          Zwlaszcza ze tam maja chyba 7% bezrobocia a nie 20%, a i w sektorze publicznym
          lepsze zarobki, przy nizszych kosztach utrzymania...

          Czy ja rzeczywiscie ja oszukalem??? Czym, czy postapilem zle decydujac na
          niezbedny czas ograniczyc, bo nawet przeciez nie zawiesic, ten zwiazek?

          Czy tak bardzo sie myle twierdzac, ze czasem potrzebne jest natychmiastowe
          dzialanie, a nie dyskusja (we`ll discuss it, it will be better...")

          Czy ona w ogole chciala byc ze mna razem czy tez byla to dla niej tylko
          komfortowa sytuacja, z zachowaniem calej niezaleznosci. Przyznaje, sam tez
          jestem niezalezny, nie wyobrazam sobie zebym mial mieszkac w czyims w
          mieszkaniu, ale jesli chodzi o nia - naprawde, byla moim powietrzem, swiatlem,
          zyciem, zdecydowalbym sie nawet na to...

          Tak, jesli by tylko prawdopodobnie sama tego chciala. Bo jak od kilku osob
          uslyszalem, "gdyby naprawde chciala byc z toba, to juz byscie byli razem" - co
          odnosi sie przede wszystkim do jakiejs pracy, a przynajmniej do prob jej
          znalezienia na Wegrzech.

          Czy to w ogole byla milosc, czy zauroczenie (m.in. "polska romantycznoscia" -
          do dzis nie wiem, o co jej chodzilo - to takie dziwne dac ukochanej jakis
          drobiazg na prezent, kupic roze przechodzac obok kwiaciarni...?)

          Nie wierze juz w nic, tak ogromna milosc i takie zakonczenie. A moze
          rzeczywiscie tylko ja jestem winien temu wszystkiego, moze rzeczywiscie ja
          oszukalem???

          Tylko to cholernie boli, kiedy po prawie juz roku (tak, dokladnie 5 kwietnia
          bylaby rocznica tego wspanialego spotkania w Budapeszcie...) ktos Ci mowi, ze
          musi sie przekonac, jaki naprawde jestes... Po tym wszystkim, co miedzy nami
          bylo wspanialego, po tym, co dalem z siebie...

          Dobra, nie mam juz sil nawet pisac...

          Pozdrawiam wszystkich i zycze, zeby takie sytuacje Was nie spotkaly...
          • swift.gl Re: to jest za długie 23.03.05, 14:08
            Ale taka Milosc i taki raj, jakich doznalem - jak najbardziej...
            • z3r0 fuck, czlowieku, co ci bede duzo pisal... 23.03.05, 14:20
              ... trzymaj sie, chlopie.
            • rachela180 długie i nic nie rozumiem. 23.03.05, 15:19
              To z kim teraz jesteś, bo sie zgubiłam?
              • madeleine7 Re: długie ale rozumiem...chyba 23.03.05, 15:28
                No z nikim nie jest.
                Ja myślę, że Twoje decyzje były słuszne, zrobiłeś tak jak Ci serce i sumienie
                dyktowało. Trudno, czasem się ponosi ofiary.
                Trochę teraz idealizujesz ten związek z Węgierką bo dała Ci wtedy to czego
                akurat bardzo Ci brakowało. Ale myślę, ze wiele jeszcze takich kobiet jest na
                świecie, co szukają kogoś komu mogłyby ofiarowac całą swoją miłość. Miej oczy
                szerojko otwarte!
                Pozdrawiam.
                • swift.gl Re: długie ale rozumiem...chyba 23.03.05, 15:43
                  Tak myslalem, ze to na tyle skomplikowane, ze az trudne do zrozumienia.

                  W tej chwili sytuacja jest taka - nie wyprowadzilem sie jeszcze ponownie, po
                  tym, jak napisalem Wegierce (w te wlasnie niedziele), ze znow zaczynam szukac
                  mieszkania i otrzymalem taka odpowiedz jaka otrzymalem, w ogole nie wiem co
                  robic.

                  Zalamalo sie wszystko, w co wierzylem.

                  Wszystkie plany, marzenia - ale rozumiem, ze jej tez mogly sie zawalic.

                  Chcialbym tylko wiedziec, co zrobilem zle i czy warto jeszcze w ogole myslec o
                  tym "miedzynarodowym" zwiazku, to tyle...

                  • junkoh Re: długie ale rozumiem...chyba 23.03.05, 16:15
                    wkurzylabym sie na miejscu wegierki, sliwki
                  • llora Re: długie ale rozumiem...chyba 23.03.05, 23:54
                    nic nie zrobiłeś żle.
                    Po prostu ona nie kochała Cie tak jak Tu ją:(
                    tak bywa...

                    sadze że nie masz sobie nic do zarzucenia
                    widać że jesteś wrażliwym facetem,los Ci to wynagrodzi kiedyś:)
                    Trzymaj sie!

                    a,niepotrzebnie pisałes o jakimś bezrobociu itp.
                    to nic nie wniosło do tematu
                    sprawiło to że aby dobrnąc do końca Twojej wypowiedzi trzeba sie nieżle
                    natrudzić.
          • klarak Re: to jest za długie 23.03.05, 19:23
            ale moze nie wszystko stracone, moze chwilowo spanikowala... rozmawiales z nia
            potem? kobiety maja w koncu rozne jazdy ;)
          • greengrey Re: to jest za długie 23.03.05, 23:48
            Wiesz, tu chyba nikt nie jest świnią.. bo i dlaczego ?

            Zachowałeś się tak jak należało- pomogłeś żonie w ciężkim dla niej czasie, co
            gorsza została wtedy sama i okazało się, że nie mogła liczyć wtedy na innych.
            Ciekawe,gdzie podziali się wtedy rodzice?

            Natomiast,Węgierka... wiesz, Wasz związek nie trwa długo, opiera się jeszcze na
            doraźnych wizytach- nie mieliście okazji jeszcze dobrze się poznać, pogłębić tę
            znajomość- poznać siebie. Nic dziwnego,że gdy ona mieszkała w tej Hungarii
            dopadły ją wątpliwości, naprawdę byłabym dla niej trochę wyrozumiała... W końcu
            trudna dla niej była ta sytuacja, w której Ty wprowadzasz się do żony ( ona z
            dala,wasze różnice kulturowe, nie możesz przyjechać raz i drugi..) w końcu
            zalęgły jej się demony podejrzeń i niepewności...

            Ale uwierz, ja ją rozumiem i rozumiem jej niełatwą sytuację. Gdybyście jescze
            znali się dlużej.. Spróbuj postawić się w jej sytuacji- czy byłbyś wolny od
            niepewności?

            Jeśli jest tego warta- a z tego co piszesz- jest- walcz o nią. Jedź, bądź,
            poświęć czas waszemu związkowi...

            Co do pracy
    • marusia_ogoniok Bierz Alicję Ciekawską i nie pitol n/t 23.03.05, 16:06
    • sceptyczka1 Re: Czy jestem świnią...??? 23.03.05, 17:19
      sądzę że postąpilabym tak samo jak ty. Wprawdzie rozwodzisz się z żoną ale to
      nie znaczy że macie wogóle o sobie nie myśleć i jak trzeba pomóc to trzeba i
      już. Zaś jeśli chodzi o Twoją miłość to wg mnie postapiła okropnie i to nie Ty
      jesteś świnia tylko ona. Powodzenia życzę
      • moniii1 Re: Czy jestem świnią...??? 23.03.05, 17:29
        Moim zdaniem postąpiłeś szlachetnie pomagając żonie. Wszak sobie tego nie
        wymyśliła, po to aby Cie sprowadzić spowrotem.
        Zona to człowiek wiec trzeba pomóc w potrzebie.
        Natomiast jeśli chodzi o wegierkę no cóz widac,ze kobieta nie jest tolerancyja
        i widac Ci nie ufa. A jak wiesz zaufanie w związku to podstawa.
        Było pieknie,achy i ochy, spotkania co jakis czas,słowem sielanka.Zaistniał
        problem i niestety węgierka nie wytrzymała proby.
        Poza tym bardzo ja idealizujesz, heh przypomnij sobie czy poznajac zone nie
        było podobnie.

        Z żona rozmineliscie sie, zabrakło chęci naprawienia związku. Bywa i tak.

        Sadzac po Twoim opisie zadałes sobie wiele trudu aby sprostac wyzwaniu
        (wegierka).A co ona dla Ciebie zrobiła?

        :)
    • rybolog Zaraz swinia... 23.03.05, 17:43
      Juz ja porownujesz sie do zwierzat to raczej jestes jeleniem :)))

      Nic sie nie martw, tu na forum kilka fajnych samotych Pan siedzi...jestem
      przekonany ze cos zaiskrzy:)
      • baba2005 Re: Zaraz swinia... 23.03.05, 17:47
        No wiesz, Ryb... ;) Jak jestem zajeta, to az mnie wyprostowalo i uruchomilo...
        W swata sie bawisz??? Wiesz pewnie, o czym to swiadczy ... ;)
        baba
        • moniii1 Re: Zaraz swinia... 23.03.05, 17:59
          heh jam wolna ale ja POLKA a to zmienia postac rzeczy;)

          no i nie przepadam za ochami a achami i nagorliwymi panami;)

        • rybolog Re: Zaraz swinia... 23.03.05, 18:03
          :)))A co, myslisz ze ja krotkiej listy wybranek nie mam? To tak na wszelki
          wypadek. Ostatnio do listy dolaczyla ziemiomorze. Zdalem sobie sprawe ze
          pasujemy do siebie. Ona chodzilaby po ziemi a ja pluskalbym sie w morzu. Idealny
          uklad :)))
          • baba2005 Re: Zaraz swinia... 23.03.05, 18:05
            Tu Ci sie akurat nie dziwie... :)))))
            Ale to swatanie....
            :)
    • viptocat Re: Czy jestem świnią...??? 23.03.05, 18:03
      Nie jesteś świnią.

      Myślę ,że "miłość twojego życia" ma poważny problem skoro od normalnego
      faceta woli zimnego s..syna (a gdybyś nie pomógł swojej żonie to stałbyś się
      kimś takim).



      Pozdrawiam
      V
    • majaa3 Re: Czy jestem świnią...??? 23.03.05, 20:35
      mnie się wydaje, że Węgierce po prostu puściły nerwy - przykre zbiegi
      okoliczności opóżniające Wasze wspólne zycie, odległość, pewnie lekka zazdrość,
      której zresztą trudno się dziwić, bo pewnie kiedyś łączyło Cię coś z żoną...
      spróbuj zobaczyć sytuację z jej perspektywy - może to Cię skłoni do walki o to
      uczucie. jeśli nic nie wyjdzie to trudno, ale przynajmniej nie będziesz sie może
      kiedyś winił, że nie spróbowałeś.
      nie wiem, dlaczego ludzie rezygnują przy pierwszych trudnościach (i ona, i Ty) -
      przecież nie zawsze porozumienie musi być idealne, a mimo to uczucie trwa, a
      może nawet umacnia się.
      • majaa3 Re: Czy jestem świnią...??? 23.03.05, 20:37
        p.s. zachowałeś się bardzo w porządku pomagając żonie, błąd widziałabym w
        obecnym zwątpieniu (ale przecież mogę się mylić )
        • mskp Re: Czy jestem świnią...??? 24.03.05, 12:07
          Postepuj nadal tak jak sobie to wczesniej postanowiłeś. Nadal miej kontakt z
          Twoja Dziewczyną, ja jestem pewna że ona jest za Tobą, tylko robi takie fochy w
          które tak dokładnie się nie wczutuj. Wyprowdx sie , szukaj pracy, zarabiaj.
          Jesli nadal Jej bedzie zależało na TObie to bedziecie razem . No i weź rozwód.
          A już napewno nie zamartwiaj się, bo i tak bedzie co ma być. MOze tez byc tak
          jak tu ktoś napisal, że jednak spotkasz zupełnie kogoś nowego i to właśnie
          bedzie ten ktoś. ?
    • swift.glx nie da sie tego przeczytać:) 23.03.05, 21:38
    • czarny.baca ta jestes swinia! 23.03.05, 23:55
    • komandos57 Re: Czy jestem świnią...??? 24.03.05, 01:11
      swift.gl napisał:


      xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
      kochanie,odpowiem skoromnie.swinia nie jestes.jestes maciora
      • komandos57 sprostownie 24.03.05, 04:31
        komandos57 napisał:

        > swift.gl napisał:
        >
        >
        > xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
        > kochanie,odpowiem skoromnie.swinia nie jestes.jestes maciora

        xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
        xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

        jestes kiciu odyncem
        • barona Re: sprostownie 25.03.05, 00:43
          a nie mozesz tego strescic ? bo naprawde chyba 99% ludzi czytajacych zaniechalo
          dalszego czytania.
    • marybellows Re: Czy jestem świnią...??? 25.03.05, 10:02
      A mnie sie bardzo podobała twoja opowieść, bo choć piszesz długo, to ciekawie.
      Jestem za Wegierką, a wiesz, dlaczego? To otwarta, szczera osoba, która wie,
      czego chce, jest dojrzała psychicznie i może być czyjąś partnerką, wsparciem,
      kumpelą i miłością w jednym. Nie zawiesza się na tobie z bezradności życiowej i
      braku innych możliwosci, tylko właśnie bycie z toba i ciebie wybiera z wielu
      fajnych spraw, które może w życiu mieć.
      Natomiast twoja żona jest niedojrzała psychicznie i ma naturę podopiecznej,
      która musi się na kimś zawieszać, nawet, jesli ten ktoś nie jest wiele
      wart /rodzice/ - ona po prostu jest chronicznie zależna. Z taką osobą nie
      wiesz, czy jest z tobą dla ciebie, dla radości i wspólnego bycia, czy ze
      strachu i potrzeby zawieszenia się na kimś. I czy gdybyś to nie był ty tylko
      Zenek J. ona by tak samo nie wyznawała mu miłosci gdyby chciał odejść i nie
      próbowała go zatrzymać. Wierzę, że jej zdrowie rzeczywiście zawiodło, gdy
      staneła przed perspektywą zostania samą - to reakcja psychosomatyczna, ona
      chciała, zeby stało się coś, co przywróci dawny stan.
      Ale czego ty chcesz? Jeśli masz duże poczucie własnej wartości i ambicję
      stworzenia pięknego i głebokiego związku, to chyba nie kręci cię dożywotni etat
      Pielęgniarza i Samarytanina? To dosyć smętny sposób na zycie.
      Swoją drogą, ta twoja żona musi być, /sorry, ale napiszę, co myślę/, jakąś
      nieatrakcyjną towarzysko i nudną osobą. Na ogól młode kobiety maja sporo
      przyjaciółek - piszesz, że Wegierka ma rózne kolezanki, z którymi plotkuje,
      czyli ludzie ja lubią, są przy niej! Twoja zona nie miała nikogo poza
      olewającymi ją rodzicami i odchodzącym mężem, kto by zajął się nia i pomógł w
      sytuacji domniemanej choroby? Ani jednej bliskiej koleżanki? To co to za dziwna
      kobieta, która nie ma żadnych bliskich przyjaciółek? O czym to świadczy?
      Wegierka się wkurzyła, bo zorientowała się, że dajesz się wkręcać w najstarszy
      kobiecy wkręt służący przywiazaniu mężczyzny: Babka rozpościera przed tobą
      swoją zależność i bezradność /autentyczną/ i masz wybór - albo odchodzisz i
      jesteś świnia, albo zostajesz i jesteś udupiony z nieciekawą osobą. Węgierka to
      honorowa kobieta /brzmi to staromodnie, ale to właściwe określenie/ i choć tez
      cię potrzebuje, nie zamierza doprowadzać się na twoich oczach do rozkładu i
      przywiazywać cię do siebie poprzez wyrzuty sumienia. Jej zależy na twojej
      dobrowolnej miłosci. Niestety, na ogół niemądzrzy faceci nie potrafia docenić
      miłości i wolności w jednym, i kobiety mającej charakter, i wybierają
      zrezygnowane uwiązanie przy jakiejś Dziuni, która wysyła sygnał: "Zaopiekuj sie
      mna, bo umrę!" - bo nic ciekawszego nie ma do zaoferowania.
      Ja, będąc facetem, natychmiast popędziłabym za Węgierką w rytmie czardasza i z
      pękiem czerwonej papryki, i nie wlokłabym się za żoną w rytmie Bogurodzicy z
      termoforem i pastylkami na kaszel. To tyle. :)
      • proza_zycia Re: Czy jestem świnią...??? 25.03.05, 11:17
        tylu bzdur juz dawno nie czytałam


        <żona jest niedojrzała psychicznie i ma naturę podopiecznej>
        Znawczyni ludzkiej psychiki. To Twoje subiektywne odczucie.

        > Ale czego ty chcesz? Jeśli masz duże poczucie własnej wartości i ambicję
        > stworzenia pięknego i głebokiego związku, to chyba nie kręci cię dożywotni
        etat
        >
        > Pielęgniarza i Samarytanina? To dosyć smętny sposób na zycie.

        heh z żona zapewne na poczatku też był piękny, fascynujący związek. Skoro
        zawarli związek małżenski bez presji świadczy o tym,ze kiedys musiało byc
        pieknie i wspaniale.

        > Swoją drogą, ta twoja żona musi być, /sorry, ale napiszę, co myślę/, jakąś
        > nieatrakcyjną towarzysko i nudną osobą. To co to za dziwna
        > kobieta, która nie ma żadnych bliskich przyjaciółek? O czym to świadczy?

        Moja droga nie każda kobieta lubi i prowadzi rozrywkowy tryb życia. Ja mam mało
        ba! jedna przyjaciólke i kilkoro znajomych. Wole domowe zacisze. Także nie
        oceniaj kogś kogo nie znasz:)Po ilosci znajomych nie okresla sie atrakcyjnosci.
        Nie każda kobieta lubi błyszczeć.

        Wegierka no cóz tez widac taka wspaniała nie jest skoro rozbija;) małżenstwo,
        ach mężczyzni różne bajki potrafia opowiadac o swoich współmałżonkach,
        rodzinie. Jacy to oni są nieszczęsliwi, niezrozumiani itp.

        Zona to nie zabawka.





Inne wątki na temat:
Pełna wersja