swift.gl
23.03.05, 12:33
Qrczę, ile czasu w ogóle nie było mnie na Forum, a jak wracam to na to...
Moi drodzy, proszę, powiedzcie, jak oceniacie tę sytuację. Ja sobie z nią juz
sam nie poradzę...
Najwyżej zdołuję się już zupełnie.
OK, od czego zacząć - może od września 2003 kiedy to stwierdziłem, że moje
wówczas 4letnie małżeństwo umarło, po wielu staraniach jego naprawy. W
skrócie - wyszło na to, że ożeniłem się w sumie nie z małżonką, co z
teściami, ze wszystkimi tego konsekwencjami.
Pomimo to, jakiś czas mieszkalismy jeszcze razem, próbując dalej coś
wskrzesić, zmienić... Ale to juz było raczej trwanie, przyzwyczajenie. No i
wciąż brakowało woli żeby podjąć jakąś ostateczną decyzję, tylko takie
trwanie z szarpaniem nerwów co jakiś czas na zmianę. Każda moja propozycja,
choćby wyjścia do teatru, do restauracji, wypadu na weekend, itp spotykała
się z jedną jedyną odpowiedzią "nie", itd, itp.
W kwietniu 2004 byłem w n-tej kolejnej delegacji, tym razem dostałem kopa do
Budapesztu, gdzie nie byłem od 1990. Bardzo się ucieszyłem, z Węgier mam
zawsze jak najlepsze wspomnienia, no i super.
Nie chciałem tam łazić sam po mieście, przypomniałem sobie, że w kilku innych
konferencjach uczestniczyła pewna Węgierka, okazało się, że nie pozbyłem się
jeszcze listy uczestników tych konferencji, wysłałem maila, z zapytaniem czy
w ogóle mnie kojarzy (bo zawsze było to tylko dzień dobry, jak minął lot i
tyle). Okazało się że tak, że wygospodaruje jeden wieczór, że miło jej będzie
się spotkać i pogadać.
No i ten wieczór nadszedł, trafiłem juz do pubu, gdzie bylismy umówieni, x
minut wcześniej bo choć jechałem z hotelu na samych peryferiach miasta, to
jednak odpowiednik naszej WKD i metro funkcjonuje tam bardzo sprawnie, no i
patrze, wchodzi.
Pierwsze wrażenie - śliczna jak zawsze, poza tym chyba nigdy nie widziałem
jeszcze, żeby ktoś się tak ucieszył na mój widok... Co było dalej - z każdą
minutą dosłownie czułem jak się zakochuję, potężnie, prawdziwie...
A przecież to była tylko rozmowa, jakieś uśmiechy, po prostu, jak między
dwojgiem w sumie obcych sobie osób, które kiedyś się tam w przelocie
pozdrowiły.
Chemia po prostu, poza tym bijaca od tej dziewczyny energia życia, radość,
entuzjazm.
No i nie wchodząc w szczegóły, po następnym spotkaniu w tym samym miejscu, za
niecały miesiąc odwiedziła mnie w Warszawie, było jeszcze wspanialej, tym
razem juz powiedzieliśmy sobie wzajemnie te ważne słowa "I love you"...
(zaznaczam, w tym czasie z małżonką łączyło mnie już tylko miejsce
zamieszkania, w moim rozumieniu to wszystko nie oznaczało już zdrady z mojej
strony, ale może się mylę)
Po dwóch tygodniach rewizyta w Budapeszcie, tym razem juz prywatna, po której
zdecydowałem się zamieszkać w warszawie juz osobno i zacząć na serio
interesować się rozwodem, tzn. formalnościami. Tak zeszło do lipca, nie
wchodząc w szczegóły (ech, teściowie) zdecydowałem się zrzec się
jakichkolwiek roszczeń do własnego mieszkania - w końcu mam ponad dwukrotnie
wyższe zarobki niż małżonka, jakoś sobie dam radę, ona nie. I zresztą inaczej
nie dałoby się załatwić rozwodu bez kompletnej utraty nerwów bo teściowie by
tego nie popuścili, a są to ludzie z delikatnie mówiąc innego kręgu
kulturowego, i wiele razy dziwiłem się, że małżonka pochodzi z takiej,
naprawdę niezbyt ciekawej rodziny, gdyż sama - po prostu OK pod tym wzgledem,
tyle że całkowicie pod ich wpływem jeśli chodzi o codzienne życie.
W lipcu - wynajęcie mieszkania (pierwszy raz w życiu) i pierwsze wspólne
wakacje z kobietą, ktorą już wtedy kochałem na przysłowiowy zabój, z pełną
wzajemnością.
W czasie wakacji (polskie góry, tydzień ulewy, sami w pensjonacie - słowem
jak w jakiejś bajce) zaczęliśmy poważnie rozmawiać o przyszłości, w tym o
dziecku. Cholera, nigdy nie chciałem, małżonka zresztą też (może wpływ pracy,
gdzie dzieci ma potąd), ale z TĄ dziewczyną - JASNE!!!
Co dalej to już nietrudno się domyślić, zdecydowałem się zacząć życie od
nowa, faktycznie i formalnie, nowe, szczęsliwe, pełne miłości i energii,
zapału, chęci...
Cały czas co 2 tygodnie odwiedzaliśmy się nawzajem, ja jednocześnie
próbowałem rozpocząć sprawy rozwodowe, rozmowa z prawnikiem, próba rozmowy z
małżonką, spotkania się z nią - udało się to tylko raz i było zgodne,
umówiliśmy sie na później, ze względu na to, że dość ostro szykowała się do
pewnego egzaminu i miała trochę zamieszania w pracy. Ale cały czas
powtarzała, że ona od praktycznie takiego samego czasu myslała o rozstaniu i
byciu przyjaciółmi.
W końcu w listopadzie postanowiłem poważnie rozmówić się z małżonką, albo
składamy wspólny pozew albo załatwię to przez adwokata. Oczywiście wolałem
pierwszy wariant, w końcu rozstawać też się powinno umieć. OK, załatwimy w
grudniu, tuż po tym jej egzaminie.
I w tym czasie - po wspaniałym tym razem juz nie weekendzie, ale tygodniu
razem z Węgierką w Warszawie, w ostatnią sobotę listopada dosłownie kilka
godzin po jej wyjeździe - bum, na pasach walnął mnie samochód, łamiąc
wszelkie możliwe przepisy, uciekając z miejsca wypadku (nawiasem mówiąc, do
dziś chyba nie ustalono kto nim tak naprawde kierowal bo podobno jeden zwala
na drugiego, itp, ale to akurat najmniej dla mnie istotna sprawa). No to
podobno tylko cudem przezylem, szpital, rekonwalescencja, itp.
W szpitalu i pozniej w domu opiekowala sie mna przyjaciolka, ktorej ja troche
kiedys pomoglem w jakims jej klopocie, jeszcze jedna osoba (malzonce o tym
wypadku nie powiedzialem, niech sie szykuje do egzaminu a poza tym w tamtym
momencie nie uwazalem juz za stosowne wolac ja do szpitala, itp). Coz,
Wegierska Milosc w tym czasie musiala (i to wiem na pewno) jechac na dwie
konferencje, niewazne, przyjechala do mnie po dwoch tygodniach. Skoro
przezylem wypadek, przezylem tym bardziej pytania "sorry, a gdzie jest twoja
dziewczyna?".
Pozniej odwiedzila mnie na tydzien od swiat do nowego roku, a pozniej... - o
tym za chwile.
Akurat w zeszlym roku, az do wypadku, moge uznac, ze moja sytuacja materialna
byla niezla. W koncu mam stabilna prace, poza tym oprocz pensji mialem
jeszcze odlozone diety za kilka wyjazdow, cos odlozylem, itp. Jednak
rownolegle caly czas zdawalem sobie sprawe z tego, ze owszem, utrzymam sie,
sam, ale nie utrzymam dwojki ani tym bardziej trojki, zwlaszcza ze
nieodwolalnie zdecydowalem o zostawieniu tamtego mieszkania malzonce. I ze
dolce vita moze sie skonczyc, trzeba wiec cos zaczac dzialac.
Stabilna praca bylaby wrecz super gdyby zarobki byly choc ciut wyzsze, mowiac
konkretnie, 1000 euro netto a nie brutto. Pewne przepisy sprawiaja, ze nie
moge praktycznie dorobic nic legalnie. Tak wiec od wrzesnia wyslalem dobrze
ponad 200 cv, Warszawa, Polska, Europa, z rezultatem - wiadomym. Jak sie raz
wdepnelo w jedna branze to pomimo dosc dobrego cv mozna sobie pogwizdac,
zwlaszcza jesli chodzi o sektor publiczny, w perspektywie wyborow, gdzie
wszystko sie totalnie wymiesza i trwa akcja "stolki dla swoich", ktora
powtorzy sie tuz po wyborach. Publiczny preferowany ze wzgledu wlasnie na
wieksza stabilnosc (a i wiarygodnosc dla banku w razie gdybym chcial wziac
kredyt na mieszkanie), ale prywatny niewykluczony.
Jestesmy chyba narodem bardziej skrytym niz Wegrzy, ale ze zadawala mi caly
czas dziesiatki pytan, jakie odpowiedzi na cv, itp. to miala caly obraz
sytuacji. It will be better, for sure you`ll find something. I tak kilka
miesiecy, rowniez kiedy ponad miesiac bylem unieruchomiony po wypadku.
A jak wiadomo, u nas kiedy ma sie powazne klopoty ze zdrowiem, to
jednoczesnie ma sie skastrowana pensje, a wysokie wydatki. Nie ukrywam, ze
kiedy wlasnie sam sie z tym zetknalem, zaczalem jeszcze bardziej zastanawiac
sie nad ta nieszczesna praca, w koncu na litosc boska ok, nasze plany to
dziecko (staralismy sie od lipca, bez efektow, oboje jestesmy po 30tce ale
probowac trzeba) i jej ur