Czy mam problem?Smutne i długie...

30.03.05, 00:19
Pisze tu bo zastanawiam sie czy moj problem z sama soba jest juz na tyle duzy
ze powinnam szukac porady i wsparcia u specjalisty. Czy poradze sobie sama ze
swoja psychika i bede w stanie wziac sie w garsc? Moze ktos cos podpowie.
Mam 2,5 letniego chłopczyka- samotnie go wychowuje. Moj były maz porzucił nas
kiedy Mały miał 2 miesiace. Narobił przy okazji strasznego bigosu. Okazało
sie ze ma zaburzenia osobowosci o charakterze socjopatycznym.Przez cala ciaze
i w pierwszych miesiacach zycia dziecka przechodziłam katusze psychiczne.
W koncu zostawil nas i ja sama powiedzialam mu ze też nie chce go znac. Nie
utrzymuje kontaktu z nami- nie wiem nawet gdzie jest. Ukrywa sie chyba gdzies
za granica. Nie wazne- tesknilam za draniem, ale udało mi sie wyrzucic go z
umysłu i zabic wszelkie cieplejsze uczucia. Musiałam zajac sie malenkim
dzieckiem- kąpac, karmic, oporządzic.Sama. Jakos wzielam sie w garsc. Miałam
duze wsparcie psychiczne ze strony rodzicow, tesciow i przyjacioł. Po całym
tym rozgardiaszu w moim zyciu miałam poczucie porazki, mimo wszystko
trzymalam sie. Pracowalam na pol etatu zeby zapewnic synkowi doba opieke z
mojej strony. Finansowo pomagali mi rodzice i tesciowie.
Potem pojawil sie ktos. Kolega z dawnych lat. Byl dla mnie taki dobry ze
pozwolilam mu sie zblizyc do nas-bylismy przez jakis czas razem. Było nam tak
dobrze.Nie pozwolilam mu z nami zamieszkac0 nie chciałam zeby dzieciak
przyzwyczail sie za bardzo, ale bylismy razem.Miałam wsparcie z jego strony,
moglam sie w niego wtulic i sama dawalam duzo z siebie zeby ten zwiazek
przetrwał. I to z radoscia. Trwalo to niezbyt długo- kilka miesiecy. Znajomy
w koncu "wylał sobie na głowie wiadro zimnej wody" i stwierdził ze to nie dla
niego. Jest mu z nami bardzo dobrze,obawia sie ze nie znajdzie juz drugiej
takiej jak ja, ale ..dziecko nigdy nie bedzie jego, ja jestem po rozwodzie
i ... Przypuszczam ze nagadali mu rodzice, kumple itd Postapił z nami bardzo
niedojrzale- typ człowieka ktory wszystko w zyciu musi miec idealnie
poukładane. Zreszta jakis czas po tym znalazl sobie idealna kandydatke na
zone.
Teraz jestem od jakiegos czasu koszmarnie smutna. Tesknie za tamtym moim
znajomym- mimo ze okazał sie taki. Moze za wspolnie spedzonym czasem,
dotykiem, obecnoscia kogos, więzia emocjonalna? Męzem ,ktorego nigdy tak
naprawde nie zaznałam. I to tak bardzo ze nie moge sobie z tym wszsytkim
poradzic. Ciagle płacze, jest mi okropnie smutno, mam poczucie
beznadziejnosci. Nie potrafie sie pogodzic ze tak schrzaniłam sobie to zycie-
sobie i dziecku. Dwie porazki to juz chyba za duzo na jedna osobe.Jestem
chyba tez na swoje nieszczescie bardzo wrazliwa, wszystko przezywam silniej
niz inni.
A mysl ze przez reszte zycia moge byc sama (bez partnera) jest dla mnie
nieznosna. Kiedys byłam bardzo towarzyska i wesoła dziewczyna- lubie ludzi i
zawsze było ich wokoł mnie sporo. Przyjaciele ktorzy byli przy mnie podczas
koszmaru jaki przezyłam z moim byłym mezem powoli i dyskretnie usuwali
sie.Wracali do swoich spraw, rodzin i problemow jak zauwazyli ze pojawił sie
ktos i ze jestem w "dobrych rękach".
Maly jest bardzo nerwowy -zawsze taki był.Kochany i sliczny ale czesto
nieznosny i byc moze nawet nadpobudliwy. Opieka nad nim jest dla mnie jako
samotnej osoby coraz bardziej trudna. Nie mam nikogo kto moglby mnie odciazyc-
rodzcie nie mieszkaja w tej samej miejscowosci. Czasem mam wrazenie ze
oszaleje z tej samotnosci.
Nadal pracuje na pol etatu, nie ma mnie w domu 5h dziennie(małym zajmuje sie
niania).Spedzam z dzieckiem duzo czasu razem i coraz bardziej mnie to dołuje
zamiast dodawać sił. Boje sie ze jestem jakas labilna emocjonalnie, ze
dziecko czesto widzi jak ja płacze i ze nie jest to korzystne dla jego
rozwoju. Staram sie przy nim trzymac, ale małe potkniecia powoduja ze
wybucham płaczem. Nie mam apetytu, zle sypiam. Budze sie czasem w nocy
przerażona.
Dodam ze mam 30 lat i ze jakos nigdy na brak powodzenia nie narzekałam. Jakos
teraz nie ma okazji na zawieranie nowych znajomosci. Ja nawet nie mam gdzie
wyjsc i do kogo. I nawet chyba boje sie probowac po raz ktoryś. Przeciez nie
jestem odpowiedzialna za sama siebie- jest jeszcze synek.
Dopiero teraz odczułam ze samotna matka jest czesto niechetnie widywana w
niektorych kregach- wsrod sparowanych znajomych jakos tak "nie przystaje".To
sie daje odczuc. Jest mi z tym wszystkim zle. Strasznie źle. Moze powinnam
wspomoc sie jakos psychoterapia? Farmakologia? Przez te kilka lat było dobrze-
a teraz cos we mnie pękło. Co robic? Przejdzie samo?
    • agatarpl Re: Czy mam problem?Smutne i długie... 30.03.05, 11:32
      Smutne jest to co piszesz, smutne jest to, ze trafialas na samych gnojków,
      którzy sami potrzebowali opieki albo dobrej "mamusi"...
      Ale wiesz co- trzeba sie trzymać jakoś, mimo wszystko... Widzę, że w Twoim
      wypadku najlepiej by było, abyś przeszła się koniecznie do psychologa- a on już
      Ci powie co masz dalej zrobić i ewentualnie czy powinnaś jednak się leczyć...
      Ale na moje oko to masz chyba początki depresji, a to wbrew pozorom jest bardzo
      ciężka choroba, ale uleczalna- pamiętaj o tym! A co do dziecka, to aby pomoc
      jemu musisz najpierw pomóc sama sobie- bo on przeżywa to samo co ty- świadomie
      czy podświadomie Twoje dziecko czuje, że jest nie tak i pewnie też dlatego jest
      taki nerwowy i nadpobudliwy.
      Reasumując, proszę Cię- nie zwlekaj dłuże, aby nie było jeszcze gorzej- proszę
      Cię!!!
      • isabar Re: Czy mam problem?Smutne i długie... 30.03.05, 11:59
        W Twojej sytuacji takie objawy nie sa czyms nienormalnym.
        Znalazlas sie w bardzo trudnym polozeniu, a dlugotrwaly stres coraz bardziej
        wyczerpuje Twoje zasoby do radzenia sobie w trudnej rzeczywistosci.
        Pracujac z psychologiem bedziesz mogla odbudowac swoja sile, stawic czolo
        codziennosci,uporac sie z przeszloscia, zaczac ukladac sobie zycie powoli na
        nowo.
        Warto sprobowac-pozdrawiam
    • paco_lopez Re: Czy mam problem?Smutne i długie... 30.03.05, 12:14
      Ot statystyczna jesteś. z mojego punktu widzenia wynika iż dużo łatwiej,
      prościej od strony praktycznej zwiazać sie chłopu z kobietą która juz ma
      dziecko, jest po etapie nieprzespanych nocy, przewijania itp. Ze wzgledu na
      pierwszorzędną więź z dzieckiem mniejsze ryzyko na obluszczenie chłopa. Ze
      wzgledu na jej własne bezpieczeństwo wieksza dbałosc o własną niezaleznosc,a
      nie ma nic gorszego niż uwieszona baba. Perspektywy są na pewno.
    • witch-witch Re: To samo nie przejdzie. 30.03.05, 18:44
      Dobrze zrobiłaś, ze napisałaś na forum, zawsze jest tu sporo osób, które
      potrafią ci dobrze doradzić.
      To co mi się rzuca w oczy, to twoje wyraźne i złe sampopczucie. Objawy które
      opisujesz wyglądają na bardzo silny stres, od ktorego nie możesz się uwolnić.
      Czy nie byłaś poddana jakiejś zagrażającej życiu sytuacji mieszkając blisko
      twojego byłego męża psychopaty?
      Jeżeli tak, to masz coś co nazywa się PTSS. Jest to bardzo silny stres
      wywołany przez traumę. A to już jest sprawa dla dobrego psychologa i to jak
      najszybciej!
      Inna sprawa to twoje dziecko też z biegiem czasu będzie potrzebowało wizyty u
      psychologa dzięcięcego. Bo te wszytkie stany przechodzą z rodziców na dzieci,
      zarówno drogą genetyczną jak i poprzez sytuacje, które się wydarzyły gdy było
      bardzo malutkie, a wtedy najbardziej tworzy sie podświadomość, która rzutuje na
      całe dalsze życie.
      Uwalniając się już z jednej sytuacji i problemu poprawiasz swoje samopoczucie
      tak, że łatwiej jest ci zaakceptować pewne sytuacje np. ten ostatni mężczyzna.
      Łatwiej jest iść dalej i zapomnieć być optymista. Fakt,że trzymasz się (ostatni
      facet)przeszłości świadczy, ze twoja siła psychiczna jest bardzo słaba. Sila
      osobowość, to osobowośc idąca do przodu emocjonalnie.

      Moim zdanie powinnaś porozmawiać zarówno z psychologiem jak i psychiatrą ze
      względu na możliwość lekarstwa, może w jakiejś małej dawce i takie, które nie
      przyzwyczaja i uzależnia od lekarstw.
      Nie wiem czy dobrą mam dziś intuicję ale wyczuwam, że miałaś straszliwą i
      zaiste groźną sytuację z twoim ex, ktora nie jest wyleczona.
      Naprawdę nie masz nic do stracenia dlatego nie zwlekaj i pszukaj sobie pomocy
      zarówno u psychologa jak i psychiatry.
      • siamamama Re: To samo nie przejdzie. 30.03.05, 22:28
        Dziekuje za wszystkie odpowiedzi.Sa dla mnie bardzo cenne. Wydawało mi sie
        zawsze ze sama musze sie wziac w garsc i jak sama sie nie zmobilizuje to nikt
        mi nie pomoze. Tak było przez dwa lata- dopiero teraz sie załamałam. Mysle ze
        pod wpływem tego ostatniego nieudanego zwiazku. Ktos wykorzystał moja słabosc w
        ciezkim dla mnie okresie po czym odwrocił sie na piecie i poszedł szukac
        lepszej kandydatki na żone. Bo to juz odpowiedni wiek, bo ja i moj dzieciak nie
        przystaje do wizerunku czlowieka sukcesu..troche to dla mnie upokarzajace i nie
        moge sie z tego otrzasnac.
        Co do przezyc zwiazanych z moim ex mezem to nie było tam co prawda sytuacji
        zagrazajacych mojemu zyciu, ale przeszłam psychicznie katusze. Jest mi o tym
        nawet ciezko pisac. Był to człowiek ktory miał skłonnosci do neurotycznego,
        chorego kłamstwa- zył w swiecie, ktory sobie sam wymyslil i nie był w stanie
        przyjac rzeczywistosci taka jaka ona jest. Znalismy sie krotko przed slubem,
        nie zdazylam go na swoje nieszczescie poznac, jego rodzina nie uprzedziła mnie.
        Bardzo nasililo mu sie to w momencie kiedy byłam w ciazy i zaczely sie
        prawdziwe problemy. Nie mozna nazwac normalnym zachowania kiedy ktos twierdzi
        ze pracuje i wychodzi nawet codziennie do pracy i wraca o stalej porze, a potem
        okazuje sie ze to fikcja (pracowaca niby mial miec problem z placeniem pensji-
        dlatego trwalo to troche zanim sie nie zorientowalam). Ze studiowaniem bylo tak
        samo. Przez cały czas sprawial na zewnatrz wrazenie kochajacego i wrazliwego
        meza tymczasem okazalo sie ze ma kochanki, ktore sprowadzal do naszego
        wspolnego mieszkania i ktorym opowiada niestworzone historie na temat naszego
        malzenstwa, zeby przedstawic sie jako biedny ,pokrzywdzony. Idac na zakupy na
        chwile do sklepu nie wracal na noc i byl niedostepny telefonicznie.Albo
        przepadl gdzies bez slowa na kilka dni a my wszyscy martwilismy sie o niego.
        Potem byly jakies mroczne i idiotyczne tłumaczenia. To wszystko dzialo sie
        kiedy ja byłam w ciazy. Czesci rzeczy nie bylam swiadoma bo nie docieraly do
        mnie. Probowalam mu pomoc- on tez sie zaklinal ze bedzie sie staral- chodzilimy
        na psychoterapie. Po kilku spotkaniach mu sie znudziło-psycholog powiedziala
        ze ja mam juz nie przychodzic bo z moją psychika jest wszystko ok i zeby jego
        na siłe zmobilizowac bo moze dojsc do tragedii. Oczywiscie nie udalo mi sie -
        on zacał byc agresywny jak zwaracalam mu uwage zeby cos z soba zrobił. To
        wszyscy wokol byli szurnieci przeciez a on normalny tylko nikt go nie rozumie...
        Wpakowal nas jeszcze w kłopoty finansowe- okazalo sie ze rozkrecal jakas firme
        bez mojej wiedzy, ktora po kilku miesiacach najzwyczaj nie w swiecie olał- nie
        upominalajac sie nawet o to zeby jemu zapłacono za faktury. Narobil duzych
        długow. Na wszsytkie moje prosby zeby to wszystko wyprostował miał tysiac
        roznych odpowiedzi- "zaraz" " jutro sie tym zajme" "teraz musze wyjsc" "juz
        jest wszystko w porzadku" i inne klamstwa. Jak juz urodziłam dziecko duzo
        okropnych rzeczy wyszło na jaw...w koncu kłamstwo ma krotkie nogi. Po jakims
        czasie okazalo sie ze opowiadał naszym wspolnym znajomym rozne dziwne historie-
        jednym ze skonczył prawo, innym ze anglistyke, innym ze romanistyke, jeszcze
        innym ze jedno i drugie, ze pracuje w dziwnych miejscach. Zaczał sie juz w tym
        wszystkim gmatwac. W pewnym momencie było tak ze jak mowił ze szkalnka stoi na
        stole to miałam watpliwosci czy ona naprawde tam stoi. To było straszne pranie
        mozgu dla mnie- niczego nie byłam pewna.Codziennie wychodziły jakies nowe
        dziwne rzeczy, on byl coraz bardziej dziwny i agresywny. Podkradal mi pieniadze-
        byl wylacznie na moim utrzymaniu i nie zamierzal szukac pracy. Zreszta
        poszukiwania pracy bylo jego ciagla zasłona dymna- nie było go w domu
        ciagle.Bylam za slaba zeby podjac jakies powazne kroki wtedy, bo bylam juz w
        zaawansowanej ciazy.Staralam sie mimo wszystko skupic na dziecku i na tym zeby
        nie oszalec. Ciaza byla zagrozona poronieniem- kilka razy bylam w szpitalu. Nie
        mowilam tez zbyt wiele rodzicom i bliskim- na zwenatrz nie było to takie
        okropne.Tłamsilam to w sobie, bo ciagle mialam nadzieje ze on sie w koncu
        opamieta. Moze jak pojawi sie dziecko..
        Nie wiem jak ja to wszystko potrafilam przezyc, nie zwariowac i nie poronic.
        Macierzynstwo dawalo mi strasznie duzo siły i wiary.
        Jak Mały mial 2 miesiace wyszły na jaw takie rzeczy ze moj ex zamiast wziac
        odpowiedzialnosc za to co zrobil schowal glowe w piasek ( ze wstydu, z
        tchorzostwa itd) i zniknał. Probowal jeszcze kilka razy na odleglosc wybadac
        czy nie moglby do mnie wrocic- liczyl chyba na moja słabosc. Nie uleglam-tym
        razem kierowalam sie dobrem dziecka. Bylam i jestem pewna ze jego obecnosc
        mialaby zly wplyw na jego mala psychike. Zostalam sama z malym dzieckiem i
        jakos dawalam sobie rade. Nawet nie stracilam pokarmu- karmilam go wylacznie
        naturalnie do 6 miesiaca.Było wokol mnie wtedy tyle przyjaznych osob..
        Nie wiem co sie teraz ze mna dzieje i dlaczego tak zabraklo mi wiary w siebie,
        nadziei, siły.. Nie jest mi zle.Mam mieszkanie, dobra odpowiedzialna prace,
        jestem postrzagana jako tzw "dobra dusza"-ciepła, spokojna, usmiechnieta osoba-
        tylko nikt tak naprawde nie wie co sie dzieje w srodku... Czuje sie strasznie
        samotna i przerazona. Nie wierze we wlasne sily. I nawet nie wiem dlaczego o
        tym wszystkim tu napisałam- moze to forma ekshibicjonizmu, ale czuje sie
        lepiej..
        • marybellows Re: To samo nie przejdzie. 30.03.05, 22:54
          Jesteś niezwykłym człowiekiem, naprawdę tak uważam po przeczytaniu tego, co
          napisałaś! Przez cały czas byłaś bardzo mądra, silna, odpowiedzialna, dobra dla
          dziecka... Chyba tylko sama nie miałaś kiedy odpocząć po tym wszystkim, co
          przeszłaś, jakoś na nowo poukładać sobie świat... Nie martw się za bardzo /bo
          troche to zawsze się bedzie/ odejściem twojego faceta - chyba był dosyć płytki,
          skoro słynne "Co ludzie powiedzą" okazało się aż tak ważne. Dobrze ci tu
          wszyscy radzą: Zajmij sie teraz sobą, o siebie dbaj, bo w dbaniu o dziecko i o
          pracę, dom, spisałaś się wspaniale. Teraz przyszła pora dla ciebie! :)))
        • josarna Re: To samo nie przejdzie. 30.03.05, 23:01
          Jesteś tylko o rok starsza od mojego "wczesnego" syna, ale byłabym bardzo
          dumna, gdybyś była moją córką. Jesteś wspaniałą, dzielną dziewczyną - ja chyba
          nie potrafiłabym sobie tak dobrze radzić. Nie daj się depresji, idź do lekarza.
          Ja wiem, że na depresję znakomite jest słońce - naprawdę! Wytwarza serotoninę.
          • siamamama Re: To samo nie przejdzie. 31.03.05, 00:46
            Dziekuje. Mysle ze w mojej sytuacji zachowałaby sie tak kazda matka.
            Macierzyństwo zmienia psychike, priorytety.. Postaram sie poszukac fachowej
            pomocy jezeli chodzi o moj "spadek nastroju". Na razie jeszcze nie wiem jak sie
            za to zabiore. Czuje tylko ze sobie raczej sama nie poradze- jestem w martwym
            punkcie, trudno mi ruszyc do przodu. Jezeli chodzi o farmakologie jestem
            przeciwnikiem raczej..moze dlatego ze wiem na jakies zasadzie to działa "od
            podszewki". Chociaz musze przyznac, ze jest to bardzo kuszace. Zwłaszcza kiedy
            na codzien w pracy wydaje naprawde duze ilosci srodkow przewdepresyjnych
            ludziom wygladajacym tak ...normalnie i przecietnie. Jezeli sa na taka skale
            zazywane przez społeczenstwo to dlaczego ja po takich zyciowych burzach
            miałabym nie sprobowac? Ale mam nadzieje ze rozmowa z kims kto pomoze i
            nakieruje wystarczy...
            • izabelski Re: To samo nie przejdzie. 31.03.05, 01:44
              Bedac rodzicami najczesciej nie pozwalamy sobie na slabosci, bo jestesmy
              odpowiedzialni za dzieci.
              Ale przeciez kazdy z nas przezywa lepsze i gorsze chwile.

              Dla siebie samej i spokoju dziecka poszukaj dobrego psychologa a jesli trzeba
              to i psychiatry.
              Obecnie podawane leki antydepresyjne dalekie sa od dzialania Prozacu, sa
              lagodniejsze i jest ich wielki wybor.

              Nie wstydz sie slabosci, dobra terapia postawi cie na nogi.
              Na pewno dasz sobie rade, bo przez napisanie postu tutaj zrobilas juz swoj
              pierwszy krok w tym kierunku.
              Wiele osob, ktore ma za soba terapie lekami antydepresyjnymi potwierdza, ze
              pomogly im one przetrwac najczarniejsze chwile.
              Wiem,ze truizmem jest pisac, ze najwazniejsze jest dziecko ale tak juz jest w
              zyciu matek. Twoja historia potwierdza,ze umiesz podejmowac odpowiednie
              dzialania i nie boisz sie ponoszenia konsekwencjii tychze krokow. Jest to
              bardzo wazne,ze jestes wobec siebie uczciwa i nie oszukujesz sie.

              Pisalas,ze po odejsciu meza duzo pomogli ci przyjaciele - moze warto odnowic
              stare zanjomosci - wielu z tych ludzi przez to wlasnie,ze cie zna pomoze ci - a
              przeciez najczesciej wystarczy swiadomosc,ze sie mamy do kogo wyzalic i ze w
              razie kryzysu jest ktos, kto nas przytuli.
              Trzymaj sie, nadaj swoim krokom odpowiednie tempo i nie boj sie
              terazniejszosci - nad przeszloscia nie ma co rozpaczas, przyszlosc jest
              niewiadoma.
              Najwazniejsze jest nauczyc sie odszukiwac radosc w codziennosci :-)
Pełna wersja