hellaa
03.04.05, 15:50
Od dzieciństwa mam problem z odpowiednim zachowywaniem się w podniosłych
chwilach. Zwłaszcza, gdy one się przeciagają. Nie lubię świąt, akademii,
uroczystości, uświęconych zwyczajów itp.
Nienawidzę składania życzeń i całowania się z ludźmi, których wcale nie znam
i nie chce mi się ich całować ani dotykać. Okropnie mi głupio, jak ktoś mnie
chce całować w rękę. Męka.
Nie lubię też ubierać się w eleganckie ubrania i okropnie się czuję, jak mam
założyc żakiet czy coś co przypomina marynarkę, wymaga prasowania, na
przykład w kant, albo ma jakiś ozdobny kołnierz. Jak już się tak ubiorę, to
całe ciało mnie jakby swędzi i najchętniej zdarłabym z siebie taki strój!
Gdy są podniosłe uroczystości, przemówienia, nabożeństwa, i ktoś powoli
śpiewa albo gada, to albo daje nogę, albo wymyślam różne głupoty "do śmiechu"
albo zaczepiam inną osobę i robię miny - nie wytrzymuję.
Czy to oznacza, że jestem nie zsocjalizowana? Życie wymusza czasem przyjęcie
jakiejś pozy, a mi to nie wychodzi i okropnie się z tym czuję. Inni ludzie
mogą codziennie chodzić w garniturach i zachowywac różne rytuały - ja po
takim jednorazowym czymś czuję się wykończona...
Mówiono mi wielokrotnie,że jestem aspołeczna, ale co to znaczy: być
uspołecznionym? Czy to znaczy: wystać trzy godziny w lakierkach jako
tzw. "poczet sztandarowy"? Tego faktycznie nie umiem.
Czy może znaczy to segregować śmiecie, nie hałasować w nocy, brać udział w
protestach przeciw inwestycjom zanieczyszczajacym środowisko, aktywnie
interesować się i mieć poglądy na aktualne sprawy? To mam. A często
ci "wygarniturzeni" nie mają. Ale to podobno ja jestem aspołeczna...
A wy jak macie? Jak powinno się przejawiać autentyczne bycie istotą społeczną?