Dodaj do ulubionych

sprawa powazna

24.05.05, 11:26
Sluchajcie, o tym jeszcze nie bylo na forum.


Czy to zdrada? Walcze z pytaniem od pieciu lat i cierpie na brak wnioskow...

Pomozecie? Wprawdzie ja sam jestem troche zajety, ale za kilkanascie lat
planuje przejsc na emeryture, bede mial woczas wiecej czasu, by pomyslec.

Tylko prosze nie lekcewazcie tematu, zdrada wiecznie zywa, za 15 lat tez nie
umrze. To nie Lenin. To Castro.

M.S.
Obserwuj wątek
    • fleuret Re: sprawa powazna 27.05.05, 17:43
      zdradziłam cię
      Jeśli słysząc to oświadczenie mąż pyta, czy sprawa zanosi się na dłużej,
      to bez wzgledu na to, na jak długo się zanosi, nie robi mu pani zbyt wielkich
      nadziei, nie mając nigdy absolutnej pewności, czy przypadkiem on tylko na to
      nie czekał, na co inny pan zdecydował się - jak to później będzie pani
      tłumaczył - lekkomyślnie

      zdradziłem cię
      Jeśli tylko ma pan szanse, że po wysłuchaniu tego oświadczenia żona pana
      wybuchnie śmiechem, mówi jej pan o tym nawet wtedy, gdy akurat jest to prawda.
    • fleuret fryzjer 27.05.05, 18:09
      ma pan do swojej dyspozycji dwie godziny. Gdyby jednak, nie trudząc się
      wymyślaniem czegoś bardziej oryginalnego, zona uzasadniała fryzjerem swoją
      nieobecność w regularnych, zbyt często po sobie nastepujacych odstępach czasu,
      oznacza to, ze pomysł, który przyszedł panu do głowy dopiero teraz, ona
      zrealizowała wczesniej
    • fleuret eksces 27.05.05, 18:25
      jesli współmałzonek okresli jako eksces fakt spóźnienia się
      przez nas do domu w granicach jednej doby, sprawa nie przedstawia się źle.
      Jesli natomiast za eksces zostaje uznane zaproszenie do tanca z nieznajoma/ym,
      o spóźnieniu sie do domu w granicach jednej doby juz nawet nie myslimy.
        • fredron Re: sprawa powazna 30.05.05, 15:56
          FRAGMENTY
          – Kobieta, którą mąż rzuca dla innej, jest w luksusowej sytuacji – oświadczyła
          Marianna, spuszczając Kaprysa ze smyczy. - Żeby nie wiem jak długo zatruwała
          życie mężowi, i tak cała wina spada na niego. Ona może sobie spokojnie odgrywać
          pokrzywdzone niewiniątko.

          – A co z kobiecą solidarnością, koleżanko Łącka? Nie jest ci chyba obca? –
          oburzył się teatralnie Antek.

          – Pewnie, w szóstej klasie w wyborach do samorządu głosowałam na Agnieszkę,
          chociaż kochałam się wtedy w Tomku, pamiętasz? – Zwróciła się do Agnieszki,
          która skwapliwie potwierdziła, nie przerywając nerwowego przeszukiwania
          kieszeni. – Sprawa jest oczywista: facet szukał tego, czego nie dostawał w
          domu.

          – Aha – mruknął Antek. – To znaczy czego nie dostawał?

          Posłuchaj fragmentów
          "Ależ Marianno!"
          w wersji audio (mp3):
          • fragment 1 (3,1 MB),
          • fragment 2 (3,4 MB),
          • fragment 3 (4,2 MB).
          Czyta Dorota Chotecka. – Różnych rzeczy może człowiekowi brakować. – Agnieszka
          postanowiła w końcu włączyć się do rozmowy.

          Marianna wysłuchała błagalnych pojękiwań Kaprysa i rzuciła mu patyk.

          – Tylko dlaczego na ogół chodzi po prostu o to, żeby przespać się z kimś nowym?

          – Ależ Marianno! – W ciągu dwudziestu lat burzliwej przyjaźni Antoni
          wyspecjalizował się w wypowiadaniu tej kwestii afektowanym tonem ojca Marianny.
          Wszyscy znajomi próbowali go naśladować, ale nikomu się nie udawało. – Dlatego,
          że nikt o zdrowych zmysłach nie jest w stanie przez dwadzieścia lat spać z tą
          samą osobą – wyjaśnił.

          – Antek, daruj, ale nie pamiętam, żebyś ty spał z tą samą osobą choćby przez
          dwa lata – wtrąciła przytomnie Agnieszka. – Nie chodzi o seks, tylko o
          satysfakcjonujący związek.

          Kliknij, żeby zamówić tę książkę w Klubie Książki Księgarni Krajowej.
          Kliknij, żeby zamówić w Merlinie.
          OFERTA SPECJALNA
          Klub Książki Księgarni Krajowej proponuje "Ależ Marianno!"
          w cenie 13,90 zł
          (wliczając w to koszty przesyłki). Płacisz po otrzymaniu książki do rąk. Jeśli
          książka Ci się nie spodoba, odsyłasz w ciągu tygodnia i nie płacisz...
          Kliknij, żeby dowiedzieć się więcej... – Satysfakcjonujący związek bez seksu? –
          zdziwił się Antek.

          – Nawet po najbardziej szalonej nocy przychodzi ranek, kiedy trzeba włożyć
          majtki i zająć się resztą życia – oświadczyła Agnieszka dobitnie, wzbudzając
          żywe zainteresowanie, a raczej niedowierzanie, nastoletniej pary całującej się
          na ławce. – Nie zbudujesz związku, nie wychodząc z łóżka.

          – A jak nie chodzisz do łóżka, to ci się związek rozpadnie – odparował Antoni.

          Młodzi ludzie zerwali się z ławki i oddalili z takim pośpiechem, jakby dopiero
          teraz zrozumieli, na czym polegał ich błąd. Chłopak zerknął tylko przelotnie w
          ich stronę, ni to z oburzeniem, ni to z zazdrością. Nic dziwnego: nie dość, że
          tkwią bezczelnie na środku ścieżki rowerowej, to jeszcze gadają o seksie jak o
          pogodzie. Okropność. Każdy by tak chciał.

          – Rzygać mi się chce od tych waszych gadek – oświadczyła Marianna umiarkowanie
          elegancko. – Małżeństwo nie kręci się wokół majtek i łóżka! Jest tysiąc spraw
          ważniejszych niż seks.

          – Jakich? – zapytali jednocześnie Agnieszka i Antoni.

          * * *

          I z kim tu gadać o istocie małżeństwa, myślała Marianna. Z wdową, której
          małżeństwo naznaczyły lata nieuleczalnej choroby, i z rozwodowym recydywistą,
          dla którego jedyną liczącą się na świecie osobą jest jego matka!

          Seks, seks! W gruncie rzeczy Antek ma rację. Nie ma sensu udawać, że po
          dwudziestu trzech latach to jeszcze coś więcej niż wieloletni nawyk. Taki sam
          jak wędrowanie dłoni Piotra po jej udzie podczas jazdy samochodem. Kiedyś było
          wyrazem czułości, przelotną pieszczotą, czasami gestem posiadania czytelnym dla
          wyposzczonych autostopowiczów. Dziś jest nawykiem, odruchem takim samym jak
          przesuwanie dźwigni zmiany biegów. I dla niego, i dla niej.

          Przyspieszyła kroku, niepokojąc się o Kaprysa. Niesłusznie. Tuż za rogiem
          ujrzała swego psa całkowicie zajętego wielką dożycą, która ze stoickim
          spokojem, a nawet pomrukami zadowolenia przyjmowała zaloty golden retrievera.
          Tuż obok stała młoda kobieta, niewątpliwie właścicielka nieznanej Mariannie
          suki.

          – Jak tam, Kaprysku, widzę, że stęskniłeś się za Karą – przemawiała do
          oszalałego z zachwytu psa zaskakująco wysokim, niemodulowanym głosikiem
          dziecka.

          Była niewysoka, ciemnowłosa i najzupełniej przeciętna. Marianna bezwiednie, a
          raczej bezrefleksyjnie, zakonotowała znany jej skądś geometryczny wzór na
          wielkiej kolorowej koszuli dziewczyny. Ktoś tak drobny doprawdy nie powinien
          nosić przydużych męskich koszul w romby.

          Później Marianna będzie się zastanawiać, co w tym czasie robiła jej
          skrupulatnie pielęgnowana czujność, nie mówiąc już o kobiecej intuicji. Mogła
          się przynajmniej zdziwić, że osoba, którą widzi pierwszy raz w życiu, zna z
          imienia jej psa. Mogło ją zastanowić, że tak młoda kobieta nosi koszulę
          identyczną jak ta, którą kupiła Piotrowi dziesięć lat temu w Nowym Jorku.

          – Nie wiedziałam, że Kaprys ma większą od siebie koleżankę – zaczęła z
          uśmiechem standardową pogawędkę właścicieli zaprzyjaźnionych psów. – Na ogół
          obchodzi duże psy wielkim łukiem.

          – Kara jest wyjątkowo spokojnym cielaczkiem – odpowiedziała dziewczyna, a jej
          głos zadrżał lekko, nie na tyle jednak, by zwróciło to uwagę kogoś, kto nigdy z
          nią nie rozmawiał. – Psy to wyczuwają.

          Długo potem, ale nie teraz, Marianna pomyśli z mieszaniną podziwu i niechęci,
          że niektóre kobiety mają jednak nerwy jak cumy okrętowe.

          Tymczasem przypięła Kaprysowi smycz i pospieszyła do domu, ze znużeniem myśląc
          o pracy, która czeka na nią nietknięta od rana.

          * * *

          W piątek, zaledwie parę dni po długim weekendzie spędzonym u wspólnym znajomych
          na Mazurach, Piotr zaskoczył Mariannę, wracając z pracy wczesnym popołudniem.
          Miał ją zaskoczyć jeszcze bardziej, ale nie wyczuła tego żadnym z sześciu
          zmysłów, kiedy wszedł do kuchni i powiedział po prostu:

          – Musimy porozmawiać.

          Marianna, niegdyś wielbicielka cynicznych mądrości Oscara Wilde'a, wzorem
          mistrza uważała, że los nie wysyła heroldów w postaci dających się określić
          znaków. Gdy w trakcie retrospekcji odczytujemy coś jako sygnały, są to
          zazwyczaj zachowania czy odezwania, które powinny były dać nam do myślenia, ale
          nie dały.

          I oto na chwilę przed tym, zanim usiadła z Piotrem przy kuchennym stole, nagle
          poczuła się jak detektyw w przełomowym momencie śledztwa, kiedy wszystkie
          oglądane dotąd oddzielnie i same z siebie nic nieznaczące kawałki układanki
          wskakują na swoje miejsce, tworząc zaskakującą, ale oczywistą całość. Pewnie
          dlatego, kiedy chwilę później Piotr oświadczył, że odchodzi, jedynym dającym
          się zidentyfikować uczuciem Marianny była idiotyczna satysfakcja, że mimo
          wszystko przeczuła, domyśliła się, nie dała się całkowicie zaskoczyć.

          Decyzja Piotra nie była ani groźbą, ani początkiem nowej gry małżeńskiej.
          Okazało się, że lakoniczną informację poprzedziły przygotowania, które pół
          godziny później pozwoliły mu po prostu przystąpić do przemyślanego w
          szczegółach pakowania. Po dwóch godzinach przyjechała furgonetka, a Piotr
          przetransportował swoje rzeczy do siebie. To znaczy do tego nowego, nieznanego
          Mariannie miejsca, które od teraz miało być Piotrowym "u siebie", a które – jak
          przyznał – szykował od pół roku.

          Trudno powiedzieć, co bardziej zastanawiało w tym wszystkim Mariannę, która
          cały ten czas spędziła przy kuchennym stole: decyzja męża czy jej własna
          ślepota.

          Późną nocą udało jej się wreszcie wstać z krzesła i zdążyć na czas do łazienki,
          gdzie wymiotowała długo, solennie i do dna. Z pustką w głowie i w żołądku
          dotarła w ko
          • fredron Re: fragm 30.05.05, 15:57

            Późną nocą udało jej się wreszcie wstać z krzesła i zdążyć na czas do łazienki,
            gdzie wymiotowała długo, solennie i do dna. Z pustką w głowie i w żołądku
            dotarła w końcu do łóżka. Mimo wszystko łatwiej było leżeć bezsennie, niż
            bezsennie siedzieć.

            Z samego rana przyjechała Irena, która do północy rozmawiała z ojcem i nadal
            czuła w nogach ich nocny spacer z centrum na Koło, gdzie mieszkała. Weszła do
            domu, używając swoich kluczy, i bezceremonialnie wkroczyła od razu do pokoju
            matki.

            – Żyjesz? – zapytała retorycznie, bo Marianna siedziała oparta o zagłówek łóżka
            i wpatrywała się w drzewa za oknem, które w tym roku dorosły wreszcie do
            wysokości pierwszego piętra.

            Marianna z trudem opanowała automatyczną reakcję matki, która nawet z oderwaną
            ręką poda dziecku herbatę i nie zapomni zamieszać cukru. Zresztą z oczami jak
            królik trudno nawet przed dzieckiem udawać pogodną obojętność. No i dziecko
            jest już za stare, by dać się zwieść.

            – A bo ja wiem? – odpowiedziała szczerze.

            W tym momencie rozległ się dzwonek do drzwi.

            – Pod żadnym pozorem nie wpuszczaj tu nikogo – wzdrygnęła się Marianna. – Nie
            chcę, żeby mnie ktoś oglądał w tym stanie.

            – Wszystko pod kontrolą. – Irena pomachała matce ręką w uspokajającym geście,
            otwierając jednocześnie drzwi swojej babci. – Na wszelki wypadek zawezwałam
            posiłki.

            * * *

            Nowa redakcja "Omnibusa" przypominała przestronne akwarium podzielone niby–
            ściankami na niby–pomieszczenia. Okropność, wzdrygnęła się Marianna, ale z
            drugiej strony, jaka wygoda, pomyślała, bez trudu dostrzegając Agnieszkę za
            jedną z szyb. Pomachała jej ręką.

            Agnieszka również pomachała, a rozmawiający z nią właśnie wysoki mężczyzna
            odwrócił się z zainteresowaniem. Trudno było nie poznać Michała Lipińskiego.
            Oboje ruszyli ku niej.

            Niektórym czas zdaje się sprzyjać, pomyślała Marianna z mieszaniną podziwu i
            irytacji. Nerwowo zerknęła na pobliską szybę, ale zobaczyła przez nią tylko
            wysoką, młodą dziewczynę z wściekłością opróżniającą biurko. Jej własne odbicie
            było zbyt niewyraźne, by mogło ją uspokoić, przeciągnęła więc szybko ręką po
            włosach, burząc przedziałek i złudzenie uporządkowanej fryzury.

            – Cześć!

            Michał z daleka już wyciągnął rękę, ale nie zmiażdżył jej dłoni, jak się tego
            nie wiedzieć czemu spodziewała, tylko trzymając za rękę, otaksował ją
            bezceremonialnie. Marianna nie pozostała mu dłużna, zresztą dawny chudzielec o
            zbyt długich kończynach stał się naprawdę interesującym mężczyzną, więc było na
            co popatrzeć. I kto powiedział, że siwizna postarza? Z pewnością nie mężczyzn.

            – Nic się nie zmieni... – zaczęli jednocześnie i jednocześnie przerwali.

            – To wy też czujecie ten przymus? – zdziwiła się Agnieszka. – Wydawało mi się,
            że tylko ja muszę od tego zaczynać wszystkie rozmowy z dawnymi znajomymi. Nawet
            jeśli zamienili się w wieloryby.

            – Masz coś do mnie? – oburzyła się Marianna.

            – Czy do mnie? – zainteresował się Michał.

            – To może kawy? – zaproponowała Agnieszka dyplomatycznie.

            – Wybuchnę, jak wypiję jeszcze jedną – skrzywił się Michał. – Idźcie same, ja
            muszę gasić ten pożar w burdelu. Może następnym razem pogadamy.

            Posłał Mariannie uśmiech, który, jak pamiętała, powalał łany studentek
            rozmaitych kierunków, i zniknął za jedynymi nieprzeszklonymi drzwiami w zasięgu
            wzroku.

            – O ile będzie następny raz – mruknęła Agnieszka, kierując Mariannę znowu do
            windy. – Kawa jest piętro niżej.

            – Co się znowu stało?

            – Nasi nowi władcy zażyczyli sobie natychmiastowej likwidacji całego działu
            internetowego. Zostawili jednego sierotkę do podtrzymywania życia witryny
            czasopisma, a reszcie dali wymówienia. Prezes skreślił Internet z wszelkich
            planów, bo się biedak przejechał na jakichś inwestycjach w sieci.

            – A nie mówiłam? – Marianna nie mogła się powstrzymać. – Bogu dzięki, że nie
            próbowałam się do was wkręcić.

            – No – Agnieszka pokręciła głową – nie zazdroszczę Michałowi. Pozostał
            naczelnym, ale na razie może decydować co najwyżej o tym, czy wypije kawę czy
            jeszcze nie.

            – Zawsze może odejść i zostawić to w cholerę.

            – Niby tak, ale "Omnibus" to jego ukochane dziecko. Wystarczy, że małżeństwo mu
            się rozleciało.

            – Witamy w klubie – mruknęła Marianna, siadając z rozmachem na plastikowym
            krzesełku w pomieszczeniu będącym skrzyżowaniem kawiarni ze szkolną stołówką. –
            Co się stało?

            – Żona opuściła go dla swego instruktora tai–chi. Dziesięć lat młodszego
            zresztą.

            – Że też mnie to nigdy nie przyszło do głowy.

            – Ćwiczyć tai–chi czy romansować z dziesięć lat młodszym?

            – Ani jedno, ani drugie – przyznała Marianna z westchnieniem. – Odważna.

            Agnieszka pokręciła głową z powątpiewaniem.

            – Coś ty, raczej bez wyobraźni – powiedziała. – Ja bym się nie zdecydowała. Sen
            by mi z oczu spędzały te dorastające wciąż roczniki chętnych.

            – Ale co, tak po prostu poszła w siną dal?

            – W siną dal to poszedł Michał, bo mieszkali w domu należącym do jej rodziców.
            To zresztą cała historia. Paulinie wydawało się, że puści go w skarpetkach i
            jeszcze dostanie dożywotnie alimenty na siebie. Jej ojciec jest adwokatem.
            Musiał jej nagadać głupot, a ona druga głupia, że na to poszła, w każdym razie
            próbowali przeprowadzić rozwód z winy Michała. Ciągną zresztą do dzisiaj ten
            cyrk po apelacjach, ale wiele już nie wywalczą.

            – A co z dzieckiem?

            – Chłopak wykręcił starym prawie taki numer, jak oni wykręcili jemu, i odmówił
            zdawania na jakiekolwiek studia. Założył z kolegą firmę, która wytwarza i
            sprzedaje dźwięki. – Agnieszka wzruszyła ramionami. – No tak.

            – To znaczy co wytwarza? – zapytała Marianna, marszcząc czoło.

            – Takie różne dziwne dźwięki, nie wiem, kropla, która drąży kamień, albo szum
            jodeł na gór szczycie. Potem przetwarzają je komputerowo i sprzedają za ciężkie
            pieniądze.

            – Komu?

            – A skąd ja mogę wiedzieć? – zdenerwowała się Agnieszka. – Może awangardowym
            muzykom albo tym, co jeżdżą palcem po winylowych płytach i wiesz... no,
            didżejom.

            * * *

            Początkowo był zbyt skołowany rozwojem wydarzeń, by w ogóle myśleć o swoim
            życiu erotycznym, zakończonym jak nożem uciął (brrr!). Po jakimś czasie ze
            zdumieniem doszedł do wniosku, że mimo wszystko da się tak żyć. Da się żyć bez
            seksu. Może tylko częściej niż zwykle brał prysznic. Trudno było to uznać za
            specjalnie satysfakcjonującą alternatywę, ale zawsze zmniejszało napięcie.
            Najważniejsze jednak, że wystarczyło parę miesięcy, by nawet w fantazjach pod
            prysznicem odkleił się od Weroniki. Szczerze mówiąc, w tych okolicznościach
            najlepiej sprawdzały się dawne, często nawet niespełnione fascynacje, które
            wydobywał teraz z pamięci w świetnym stanie, wciąż młode i nienadgryzione zębem
            czasu.

            Dużo gorzej radził sobie z odzyskaniem panowania nad codziennością. Przerażały
            go tysiące najzwyklejszych czynności, których nagle musiał nauczyć się od nowa,
            bo w nowym otoczeniu niczego nie mógł robić na pamięć. Całe szczęście, że idąc
            z sypialni do ubikacji, jak dawniej skręcał w lewo, inaczej w środku nocy
            budziłby się pewnie z zębami w ścianie.

            Nie pomogła mu też nagła zmiana jego sytuacji zawodowej. Cóż z tego, że nowi
            wydawcy "Omnibusa" podkreślali jego zasługi i to, jak cenna jest dla nich jego
            współpraca, skoro w gruncie rzeczy o niczym już prawie nie decydował.

            Kiedy Agnieszka po raz pierwszy wspomniała o leku antydepresyjnym, tylko się
            żachnął. Ale kiedy w środku nocy, zamiast erotycznych fantazji albo dylematów
            wieku średniego, zaczęły budzić
            • fredron Re: fragm 30.05.05, 15:58


              Kiedy Agnieszka po raz pierwszy wspomniała o leku antydepresyjnym, tylko się
              żachnął. Ale kiedy w środku nocy, zamiast erotycznych fantazji albo dylematów
              wieku średniego, zaczęły budzić go zlewne poty i kołatania serca, poprosił ją o
              telefon i natychmiast umówił się z psychiatrą.

              Miła pani doktor w nieokreślonym wieku zadała mu kilka pozornie obojętnych, ale
              celnych do bólu pytań. Musiał z miejsca pożegnać się ze złudzeniem, że jego
              sytuacja ma w sobie choćby cień wyjątkowości. Większość z tego, co wydawało mu
              się jego mroczną tajemnicą, w czterech ścianach gabinetu okazywało się niemalże
              powszechną normą. Lekarka kiwała głową ze zrozumieniem i przyjmowała bez
              mrugnięcia okiem wszystko to, co z najwyższym trudem z siebie wywlekał, w
              słusznym przekonaniu, że skoro już tu doszedł, nie ma sensu milczeć lub
              odpowiadać półsłówkami. Na szczęście nie namawiała go do przebudowy
              najgłębszych podstaw osobowości. Czuł się wystarczająco rozłożony na łopatki,
              by nie mieć chęci rozkładać się jeszcze na czynniki pierwsze. Po prostu
              zaproponowała mu lekarstwo, a w gruncie rzeczy po to właśnie tu przyszedł.

              Pamiętał wszystkie wywody Pauliny o wyższości głębokiej pracy nad sobą nad
              tabletkami robiącymi wodę z mózgu, ale zgodził się natychmiast. Z czystej
              przekory. No i pewnie dlatego, że z dwojga złego wolał wodę w mózgu niż
              ołowianą kulę paniki w żołądku.

              I cud się stał.

              W ciągu miesiąca wszystkie lęki, poty i kołatania przeszły jak ręką odjął.
              Sypiał jak niemowlę po osiem, dziesięć godzin dziennie, odsypiając chyba
              jeszcze zaległości ze studiów.

              Po następnych paru tygodniach z zadowoleniem, choć nie bez zakłopotania,
              skonstatował drugi cud: jak ręką odjął przeszło mu napięcie seksualne.

              Po trzydziestu paru latach frustracji, tęsknot, niepokojów i nieustannej, mniej
              lub bardziej dotkliwej potrzeby poczuł spokój. Absolutny, a może nawet święty,
              spokój. Nie żeby nie mógł, po prostu nie czuł takiej potrzeby. Ani rano, ani
              wieczorem, ani w środę, ani w sobotę. Nawet pod prysznicem. Przestały go
              obchodzić gumki od stringów wystające znad biodrówek, dumnie sterczące sutki
              prezentowane światu bez stanika, a nawet pończochy zakończone szeroką koronką,
              migającą z głębokiego rozcięcia spódnicy. Mógł bez przeszkód koncentrować się
              na tym, co mają do powiedzenia posiadaczki tych wszystkich, doskonale mu teraz
              obojętnych, wspaniałości i każdy, kto go znał, musiałby przyznać, że to
              rewolucyjna zmiana.

              Że też Paulina tego nie doczekała! Jej szczęście, że tego nie doczekała! Gdyby
              ktoś wcześniej mu powiedział, że można to rozwiązać w tak prosty sposób,
              zapewne już dawno nie byliby małżeństwem.

              Ze zdumieniem przypominał sobie teraz wszystkie wymuszone decyzje, wszystkie
              rezygnacje, wszystkie bezsensowne działania i akcje, na które przystawał, nie
              mogąc dłużej znieść widoku jej nieruchomych pleców na drugim końcu małżeńskiego
              łóżka. Widział siebie, żałosnego idiotę, upokarzającego się przez kilka
              wieczorów z rzędu tylko po to, by Paulina z westchnieniem zgodziła się w końcu
              poleżeć chwilę pod nim z nieruchomą twarzą.

              Był wolny. Teraz już naprawdę wolny.

              * * *

              Chciał oszczędzić Mariannie uroków podróży pociągiem osobowym i lokalną linią
              autobusową. Umówili się więc na dworcu w Zamościu, skąd szybko zawiózł ją na
              obiad do knajpy na rynku.

              Marianna była głodna jak wilk i zmęczona wielogodzinną podróżą w zatłoczonym
              przedziale dla niepalących, w którym była jedyną niepalącą. Michał patrzył z
              uśmiechem, jak błyskawicznie rozprawia się z furmanką ruskich pierogów.
              Ciekawe, że kiedyś był przekonany, iż wszystkie kobiety zachowują się przy
              jedzeniu jak Paulina, która po drugim listku sałaty zaczynała się martwić
              dodatkowym milimetrem w talii. Tymczasem, z tego co widział i z tego co
              pamiętał z długich kolacji z Weroniką, zdrowy apetyt służył niektórym całkiem
              dobrze. Ciekawe, czy stosunek do jedzenia przekłada się jakoś na stosunek do
              seksu, pomyślał i natychmiast poczuł, że... zmienił lekarstwo.

              Dopiero przy kawie z szarlotką i tabletką ibupromu Marianna była w stanie
              nawiązać przytomniejszą rozmowę.

              – Co zrobiłaś z Kaprysem? – zapytał, bo dopiero teraz uświadomił sobie, że
              mogła z tym mieć trochę kłopotu.

              – Jest na koloniach letnich u mojej mamy. Jak znam życie, upasie go jak
              tucznika, ale trudno. To co robimy? – rozsiadła się wygodniej w ratanowym
              fotelu. – Rozumiem, że jesteś kierownikiem tej wycieczki.

              – Na razie ty siedzisz i przyglądasz się słynnym schodom ratusza, a ja siedzę i
              przyglądam się tobie. Czy mi się zdaje, czy zrobiłaś coś z włosami?

              Marianna wzruszyła ramionami.

              – Ufarbowałam, bo zaczynają siwieć. Całe życie byłam przekonana, że blondynki
              nie siwieją.

              – To dobrze. Przynajmniej nie martwiłaś się przedwcześnie.

              – Niby tak – uśmiechnęła się Marianna. – A jak już się napatrzę na schody, a ty
              na mój złocisty blond...

              – To pojedziemy w świat.

              – Tak po prostu? I co dalej?

              – Musisz mieć wszystko zaplanowane?

              – Nie wiem. Nie mam wielkiego doświadczenia w wyprawach w świat. Gdzie na
              przykład będziemy spali?

              – Zapewne w jakimś hotelu.

              Marianna odłożyła łyżeczkę, którą zdążyła już wydrążyć dziurę na wylot w
              szarlotce, i spojrzała Michałowi w oczy.

              – A w tym hotelu... a w tym hotelu to będziemy spali razem czy osobno?

              – A jak byś chciała? – zapytał, biorąc ją za rękę.

              – Razem – powiedziała Marianna prawie niedosłyszalnie.

              – No to razem – uśmiechnął się Michał.

              Przez chwilę Marianna zajmowała się znowu rozgrzebaną szarlotką.

              – Michał?

              – Tak?

              – A nie moglibyśmy trochę zmodyfikować tego planu?

              – Słucham cię, Marianko – przysunął się bliżej.

              – Moglibyśmy zacząć od tego hotelu?

              Ależ Marianno! – pomyślałby lub nawet powiedział Michał, gdyby znał ją te
              drobne dwadzieścia lat dłużej. Ale nie znał i nic nie powiedział, bo zatkało go
              z wrażenia i z zachwytu. Nie mógł natychmiast rzucić się na nią, bo
              przewróciłby stolik ze szklanym blatem na środku zamojskiego rynku.

              Tylko w filmach możliwe jest cięcie, po którym bohaterowie żwawo przystępują do
              wzajemnego zdzierania z siebie odzieży wraz z bielizną, na ogół w jakimś
              zamkniętym pomieszczeniu. W świecie poza ekranem po takim pytaniu trzeba
              jeszcze zapłacić rachunek, przejść, choćby pospiesznie, na drugą stronę rynku,
              wynająć pokój i odbyć dłuższą dyskusję o tym, kto płaci.

              Może dlatego, po wejściu do pokoju, zamiast paść sobie w ramiona, popadli w
              obopólne skrępowanie, które przerwała dopiero Marianna, oświadczając, że idzie
              pod prysznic. Nie miał wyjścia. Kiedy wyszła z łazienki owinięta dużym
              hotelowym ręcznikiem, musiał wyminąć ją w wąskim przedpokoju i również wejść
              pod prysznic. Czekała na niego w łóżku, z kołdrą naciągniętą po szyję. Szczerze
              mówiąc, przyglądała mu się raczej przestraszona niż zachwycona, kiedy wyszedł z
              łazienki. Bez ręcznika.

              – Boisz się? – zapytał, odchylając kołdrę.

              – Tak – odpowiedziała, patrząc mu w oczy.

    • fleuret ufam ci 31.05.05, 15:52
      tekst, którym nagradzamy współmałżonka za to, że zadając sobie trud,
      skonstruował tak nieszablonowa opowieść, zarówno od strony treści, jak i formy
      literackiej, że sam miał prawo uwierzyć, że my w nią uwierzymy
    • hansii O zradzie sprawa powazna 31.05.05, 15:58
      Poniewaz niejaki Mathias_S z lekka zachacza o moja ulubiona tematyke,
      chcialbym (vorsorglich) publicznie oswiadczyc, ze Mathias - to nie ja.

      Ale milo miec godnego zastepce.

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka