pomiedzy zdrowiem a zaburzeniem psychicznym

16.06.05, 17:17
spór stary jak współczesna psychologia, ale nie mniej przez to ciekawy i
ważny. gdzie przebiega granica między zdrowiem a chorobą psychiczną? czy
jeśli cos - jakiś lęk, kompulsja - zatruwa nam życie, ale może nie na tyle,
żebyśmy nie mogli w miarę normalnie funkcjonować, oznacza to, że wszystko
jest ok? i czy nie jest to preludium do czegoś poważniejszego? czy różnica
pomiędzy lekka nerwicą a ciężkim przypadkiem depresji czy schizofrenii jest
róznicą jakościową, czy jedynie ilościową? ale też: czy gdyby wszyscy
zapragnęli leczyć swoje rózne małe lęki i obsesje, nie zabraknie sił i
środków na leczenie przypadków "naprawdę" poważnych?

dla zainteresowanych, ciekawy artykuł z dzisiejszego New York Timesa:



[www.nytimes.com/2005/06/14/health/psychology/14ment.html]



Benedict Carey



Odróżnić problem od choroby





Sprzątanie własnego pokoju w akademiku przybrało w życiu pewnego studenta
charakter tak silnej kompulsji, że cierpią na tym jego wyniki w nauce.
Menedżer w pewnej nowojorskiej korporacji śmiertelnie boi się węży, więc
niemal nie rusza się poza miasto w obawie przed spotkaniem z nimi. Pewien
informatyk odczuwa paraliżujący lęk w kontaktach społecznych, więc unika
wszelkiego rodzaju imprez towarzyskich i firmowych , wskutek czego omija go
awans.



Czy wszyscy oni są chorzy psychicznie?



W opublikowanym w ubiegłym tygodniu raporcie amerykańscy naukowcy szacują, że
różnego rodzaju zaburzeń psychicznych nabawi się w swoim życiu ponad połowa
Amerykanów. Dane te każą postawić pytanie o granice pomiędzy zdrowiem
psychicznym a chorobą.

Otóż psychiatrzy nie mają na nie dobrej odpowiedzi. Więcej nawet, to właśnie
kwestia wytyczenia granic pomiędzy chorobą psychiczną a zwykłymi „problemami”
jest od dawna osią ostrego sporu w łonie srodowiska, dzielącego terapeutów na
dwa zaciekle zwalczające się obozy. Po jednej stronie barykady sytuują się
więc zwolennicy poglądu, że definicja choroby psychicznej powinna być na tyle
szeroka, by objąć również zaburzenia o łagodnym przebiegu, które mogą jednak
uczynić życie nieznośnym - i często prowadzą do zaburzeń poważniejszych.

Po drugiej stronie barykady mamy natomiast obrońców tezy, że stosowane
aktualnie definicje należy jeszcze zawęzić, tak aby ograniczone przecież
środki mogły być przeznaczane na terapię osób najbardziej potrzebujących, zaś
wiarygodność środowiska nie była wystawiana na szwank.

Nawet organizacje obrony praw pacjenta nie są w tej kwestii zgodne: O ile
Krajowe Stowarzyszenie Zdrowia Psychicznego opowiada się za szeroką definicją
choroby psychicznej, o tyle Krajowe Stowarzyszenie na rzecz Pomocy Chorym
Psychicznie koncentruje swe wysiłki na przypadkach najpoważniejszych.

Nie jest to jedynie spór filozoficzny, bowiem to, w jaki sposób psychiatrzy
wytyczą ową granicę, zadecyduje o przyszłości badań nad zaburzeniami
umiarkowanymi i łagodnymi. Wpłynie również – pośrednio i bezpośrednio – na
decyzje milionów ludzi, stających przed dylematem, czy bliska im osoba - lub
oni sami – wymaga pomocy terapeutycznej, czy też jest po prostu ekscentrykiem
bądź boryka się ze zwykłymi życiowymi problemami.

„Spór ten odżywa obecnie ze zdwojoną siłą” – mówi dr Darrel Regier, dyrektor
badawczy Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. „Pracujemy właśnie nad
nowym wydaniem przewodnika diagnostycznego, zawierającego rejestr zaburzeń
psychicznych.” Dokument ten stanowi podstawę praktyki badawczej i
terapeutycznej i zakreśla faktyczne granice zawodu. Nowe wydanie przewodnika
ma się ukazać w roku 2010 lub 2011. „Spór naukowców o to, gdzie zaczyna się
choroba w sensie klinicznym, będzie więc trwał” – dodaje dr. Regier.

Poszukiwaniem biologicznych podstaw choroby psychicznej psychiatrzy zajmują
się już od ponad stu lat. Aczkolwiek badania w dziedzinie genetyki i technik
obrazowania mózgu przyniosły pewne obiecujące rezultaty, to nie należy się
spodziewać, by w najbliższej przyszłości udało się naukowcom opracować coś na
kształt badania krwi na obecność choroby psychicznej. Tymczasem terapeutom
pozostaje więc to, czy posiłkowali się od zawsze: obserwacja zachowań i
wywiady z pacjentami pozwalające stwierdzić poziom zaburzeń.

I właśnie kwestia poziomu zaburzeń jest osią sporu. Czy gwałtowne obniżenie
nastroju to wystarczający powód, by iść na zwolnienie? Czy lęk społeczny może
zaburzyć relacje towarzyskie i uniemożliwiać nawiązanie trwałych związków
emocjonalnych? Czy strach przed wężami czy pająkami – choćby w postaci bardzo
ostrej – należy uznać za chorobę psychiczną w sytuacji, gdy dotknięta nim
osoba nie ma w codziennym życiu z tymi stworzeniami kontaktu?

Wprawdzie aktualne wydanie przewodnika diagnostycznego Amerykańskiego
Towarzystwa Psychiatrycznego wymienia poziom zaburzenia wśród elementów
diagnozy, jednak część ekspertów jest zdania, że jego sformułowania są zbyt
ogólne. Stuart Kirk, profesor zdrowia publicznego na Uniwersytecie
Kalifornijskim w Los Angeles i jeden z czołowych krytyków zapisów
przewodnika, podaje następujące przykłady na potwierdzenie swych tez: otóż
kierując się aktualnymi wytycznymi diagnostycznymi, jako zaburzenie
należałoby np. zakwalifikować przypadek studenta, który - dajmy na to -
regularnie co miesiąc upija się z kolegami w niedzielny wieczór i z tego
powodu opuszcza poniedziałkowe zajęcia z chemii rozpoczynające się o godzinie
8.00, co powoduje obniżenie oceny z przedmiotu. Za zaburzonego wypadałoby
również uznać pewnego przedstawiciela wolnego zawodu w średnim wieku, który –
powiedzmy - od czasu do czasu wypali jointa, po czym wsiada za kierownicę,
narażając się w ten sposó na areszt. "Aczkolwiek podobne zachowania świadczą
zapewne o błędnej ocenie sytuacji – pisze prof. Kirk w e-mailu do redakcji –
to większość ludzi nie byłaby skłonna zaliczyć ich do zaburzeń psychicznych –
i słusznie, ponieważ nie mamy tu do czynienia z głębszą, wewnętrzną patologią
psychiczną."

By odróżnić przypadki ciężkich zaburzeń od tych lżejszych, respondentom
zadaje się często pytania w rodzaju: „Czy zgłosił/a się pan/pani już z tym
problemem do specjalisty, ewentualnie rozmawiał/a na ten temat z inną
osobą?” W 1994 r. opublikowano wyniki ogólnokrajowego sondażu, który
wykazał, że 30 proc. dorosłych Amerykanów cierpiało w ciągu poprzednich 12
miesięcy na zaburzenia psychiczne. Po upublicznieniu tych danych dr Regier ze
współpracownikami postanowił poddać je ponownej analizie, uwzględniając
czynniki takie jak: czy respondenci zgłosili się ze swym problemem do
terapeuty bądź przyjaciela; czy przeszli terapię; czy podjęli inne kroki
zaracze. Otóż po uwzględnieniu tych kryteriów odsetek osób kwalifikujących
się do stwierdzenia zaburzenia psychicznego spadł do 20 proc., zaś wskaźniki
występowania niektórych konkretnych typów zaburzeń spadły o 33-50 proc.

Jednak część uczonych krytykuje tendencję do zawężania kategorii osób z
zaburzeniami psychicznymi jedynie to tych, którzy podjęli jakieś kroki
zaradcze, twierdząc, że podejście takie nie pozwala ukazać pełnej skali
problemu. W liście do redakcji branżowego pisma “Archiwa Psychiatrii” jeden z
nich, dr Robert Spitzer - profesor psychiatrii na Uniwerytecie Columbia i
główny autor trzeciej edycji przewodnika diagnostycznego - napisał: "Wiele
typów chorób somatycznych ma charakter łagodny i przejściowy, nie wymaga też
koniecznie leczenia (np. ostre infekcje wirusowe, bóle kręgosłupa). Byłoby
wic absurdem twierdzić, że decydujący jest tutaj fakt odbycia leczenia”.

W opinii Ronalda Kesslera, profesora medycyny na uniwersytecie Harvarda i
głównego autora zarówno sondażu
    • sweetnighter Re: pomiedzy zdrowiem a zaburzeniem psychicznym 16.06.05, 17:19
      c.d.:

      W opinii Ronalda Kesslera, profesora medycyny na uniwersytecie Harvarda i
      głównego autora zarówno sondażu z 1994 r., jak i najnowszego badania
      opublikowanego w ubiegłym tygodniu, zawężanie definicji w ten sposób, że poza
      jej obrębem znajdzie się wiele przypadków łagodnych zaburzeń, może sprawić, że
      z pola widzenia terapeutów znikne grupa ludzi, którym należy poświęcić nie
      mniej, lecz właśnie więcej uwagi. "Medycyna zna pojęcie objawów przedwstępnych,
      tzw. prodromów, a więc stanów podwyższonego ryzyka – np. nadciśnienie w
      przypadku chorób serca – które się leczy” – mówi prof. Kessler. "Można nazywać
      te łagodniejsze zaburzenia jak się tylko chce; można zdecydować się je leczyć
      bądź nie; jednak jeśli sie ich nie diagnozuje, znikają nam z pola widzenia i
      nic właściwie o nich nie wiemy.”
      Niedawne badania wykazały na przykład, że bardzo łagodna – tzw. subkliniczna –
      forma depresji nie tylko stwarza wysokie ryzyko wystąpienia jej zaawansowanej
      formy, ale potrafi utrzymywać się miesiącami. Nie jest na tyle poważna, by
      zostac zdiagnozowaną jako depresja, jednak skutecznie zatruwa ludziom życie.
      Jednym z rodzajów zaburzeń, które obie strony często używaja jako argumentu na
      poparice swych tez, jest fobia społeczna, czyli skrajny lęk pojawiający się w
      sytuacjach społecznych. W dużym sondażu przeprowadzonym w roku 1984 badacze
      identyfikowali fobię społeczną głównie pytając respondentów o występowanie u
      nich nadmiernego strachu przed wystąpieniami publicznymi. Odsetek osób, u
      których na przestrzeni poprzedniego roku wystąpiły objawy fobii społecznej
      wyniósł 1,7 proc. Jednak psychiatrzy szybko doszli do wniosku, że fobia
      społeczna ma wiele odmian i wiążą się z nią również inne postacie lęku, np. lęk
      przed jedzeniem w miejscach publicznych czy korzystaniem z publicznych toalet.
      Zastrzeżenia te uwzględniono juz w sondażu przeprowadzonym w roku 1994,
      otrzymując odsetek występowania na poziomie 7,4 proc. Kiedy jednak dane te
      przeanalizował ponownie dr Regier, stosując odmienne kryteria pomiaru poziomu
      zburzeń, otrzymał odsetek znacznie mniejszy: 3,2 proc. Z kolei w
      ubiegłotygodniowym badaniu prof. Kesslera wyniósł on 6,8 proc.
      „Skoro wyniki podobnych badań potrafią być tak rózne w zależności od
      interpretacji, nie może dziwić, że ludzie odnosza się do nich z dużą
      nieufnością” – mówi David Mechanic, dyrektor Instytutu Badań nad Zdrowiem,
      Polityką Zdrowotną i Starzeniem się na uniwersytecie Rutgers.
Pełna wersja