guise
13.07.05, 01:04
przepraszam, ze zawracam glowe znowu. stalo sie. ten facet, o ktorym mowa w
moich 2 poprzednich watkach dzis sie wprowadzil. stwierdzil, ze pomagal
finansowo (po cholere moja matka brala, przeciez bysmy sie wyrobily!!!!) i ma
pelne prawo tu mieszkac. nie ukrywam braku symaptii do niego, ale mu to nie
przeszkadza. mowi, ze jesli go "wyrzucimy", mamy (tzn, matka ma) oddac
pieniadze.. ktorych oczywiscie nie ma, co go bardzo cieszy. stawia co chwila
jakies warunki, matka sie zgadza, no bo sponsor daje, to trzeba sie
podporzadkowac... w glowie mi sie nie miesci, ze ona zrobila cos takiego.
stracilam do niej zaufanie. i o ile wybaczyc moge (bo wkoncu ojcu tez
wybaczylam wiele rzeczy, tzn on o tym nie wie..), to zapomniec nie. i dlatego
jutor kontaktuje sie z rodzina ze strony ojca, zeby dali mi jakis namiar na
niego.. zapytam sie go, czy uwaza mnie za swoje dziecko. jesli nie-koniec
wszelkich zludzen. jesli tak, powiem, ze chcialabym sie z nim zobaczyc. wiem,
ze to wszystko bedzie bardzo trudne. ale w tej sytuacji nic nie ryzykuje. ide
jutro do kosciola pogadac z ksiedzem, juz od jakiegos czasu nad tym mysle.