splendor2
06.08.05, 22:39
Czy to musi przesądzać o nieszczęśliwym życiu? Patrząc na swoje widzę, że
tak. Kiedy miałam kilka lat rodzice rozwiedli się, z matką zamieszkałam u
dziadków, którzy mnie wychowywali. Od I klasy podstawówki zamieszkałam z
matką. Ojciec odwiedzał mnie raz na kilka lat. Matka była zapracowana, może
też zajęta próbą ułożenia sobie ponownie życia i wcale się mną nie
interesowała. Ja wtedy uciekałam w świat książek, zaczęłam uczyć się
oryginalnego języka. Dostałam się też cudem do wymarzonego liceum (cudem, bo
byłam słaba z matematyki). To były najlepsze lata- byłam pewna siebie,
otwarta i skupiałam świetnych ludzi wokół. Ojciec w czasie liceum odwiedził
mnie raz.
Potem nie dostałam się na wymarzone studia. Miałam rok przerwy. A kiedy byłam
pod koniec I roku odezwał się ojciec z oficjalnym listem, w którym pytał o
rok i kierunek, który studiuję. Odesłałam tylko zaświadczenie z uczelni.
Kilka dni pózniej dostałam zawiadomienie o jego samobójstwie.
Stosunki z matką układały się lepiej, od tego czasu okazuje mi dużo ciepła.
Dziwnie wygladały za to relacje z mężczyznami. Uchodzę za osobę niezwykle
atrakcyjną. W szkole średniej miałam adoratorów i wzdychających wielbicieli,
a zakochałam się w człowieku, który ukrył fakt, że jest żonaty. Nie poszłam z
nim do łóżka, ale zanim dowiedziałam się, że ma żonę byłam zadurzona po same
uszy. Tak jak zadurzona może być 17 latka.
Potem ciągnęło mnie do takich mężczyzn "nieosiagalnych" - mieszkajacych
daleko, młodszych. Podobam się mężczyznom, ale nie takim, którzy zapewniliby
mi ciepło. Może dlatego, że boję się prawdziwej bliskości. A tak jej chcę.