psychologiczna kastracja ?

31.08.05, 16:24
To głownie Was Panowie, prosze o pomoc, wytłumaczenie, opinie... Ktorys juz
raz z kolei rozpada się moj zwiazek. I na pożegnanie słysze, że: "jesteś za
silną kobietą, dominujesz w związku, ja tego nie mogę znieść. Dopoki nie
dojde do pewnego poziomu materialnego sam, bez Twojej pomocy, nie mogę być z
kims takim jak ty. " I znika.... A wiem, że uczucie nadal jest....
Zazwyczaj wiaze się z mezczyznami, ktorzy akurat teraz są na "rozbiegówce"
swojej kariery. Pieniadze nigdy nie mialy dla mnie znaczenia, a to co mam,
osiagnelam wlasną ciężką pracą, bez niczyjej pomocy. Nic niestandardowego:
mieszkanie na kredyt, samochod, ale i dobra praca i masa znajomych. I to co
im na poczatku imponuje, po pewnym czasie zaczyna przeszkadzac...
Czy to moja wina, ze zycie zmusilo mnie do samodzielnosci i zdolnosci radzenia
sobie w kazdej sytuacji? Przeszlam w ciagu 27 lat bardzo wiele, za
duzo...Zycie doswiadczylo mnie strasznie. Łącznie ze śmiercią mojego
Rodzica... I to mnie wzmocnilo. I okazuje się ze za bardzo... Nie jestem
zimna, ani wyrachowana. Jestem cieplą, atrakcyjną, wyksztalconą osobą, która w
dość mlodym wieku dużo osiągnela. Nie mam cisnienia związanego z zakładniem
rodziny ani dziecmi, nigdy partnera do tego nie zmuszam.
Dlaczego samotnościa za to płacę?
Czego się mężczyźni boją? Co jest zlego w relacjach, w których to kobieta
więcej zarabia, jest na wyższym stanowisku?. Radzi sobie i jest
samowystarczalna?
Ale i zagubioną i bezbronną zarazem jest przeciez czasami...
Ktos kiedys powiedzial, ze ja emocjonalnie kastruję meżczyzn... Nic nie
rozumiem.....
    • nabij_faje Re: psychologiczna kastracja ? 31.08.05, 16:58
      mimo, że jestem kobietą, to wtrące swoje 3 grosze, jeśli pozwolisz?:

      Dopoki nie
      > dojde do pewnego poziomu materialnego sam, bez Twojej pomocy, nie mogę być z
      > kims takim jak ty. " I znika....

      DLA FACETÓW PIENIĄDZE OZNACZAJĄ WŁADZĘ, NIE CHCĄ SIĘ CZUĆ GORSI OD CIEBIE. TO
      DOBRZE O NICH ŚWIADCZY(ŻE ZNIKAJĄ) NIM STRACĄ SWĄ GODNOŚĆ, W SWOICH OCZACH,
      CAŁKOWICIE.
      TY JESTEŚ SILNA, A ONI SIĘ PRZECIEŻ WIECZNIE PORÓWNUJĄ.
      MUSISZ CIERPLIWIE CZEKAĆ - PRZECIEŻ NIE RZUCISZ DLA FACETA TEGO, CO SAMA W
      TRUDACH ZDOBYŁAŚ!?
      CHYBA CZUJESZ SWOJĄ WARTOŚĆ? NIE MA SENSU ROZMIENIAĆ SIĘ NA DROBNE.
      POZDRAWIAM :)
      • jonaszkowalski Re: psychologiczna kastracja ? 31.08.05, 18:25
        znajz sobie faceta , który ma więncej kasy od ciebie
        albo takiego , który lekką ręką wyda całą twoją kase
        a ty mu na to pozwolisz , żadnego wydzielania i skąpienia
        żadnego wypytawania , a na co po co
        kasa nie ma żadnego znaczenia , rządzi twoją kasą twój facet
        bo to wasza współna kasa jest , a nie tylko twoja :D
    • elka69 Re: psychologiczna kastracja ? 31.08.05, 21:08
      jestem dziewczyną, ale też znam Twój problem, jednak z troche innej strony.
      Otóż jestem związana z kobietą (cudowną). Startowałyśmy z podobnego poziomu
      (finansowego), jednak ona w szybszym tempie dorobiła sie dużo większych
      pieniędzy ode mnie. Nawet nie wiesz, jak bardzo cierpiała na tym moja duma :/
      chodziłam jak struta. Zaczęłam wmawiać jej, ze napewno niedługo zostawi mnie
      (taką frajerke przecież) dla kogoś LEPSZEGO. Awantury, moje poczucie niższości
      itp. wszystko wisiało na włosku. Jednak poszłam na całość i zaczełam "walić
      prosto z mostu". Przetrwałyśmy. Dzieki mojej szczerości, determinacji
      i "puszczeniu" wszystkiego problem wyszedł na światło dzienne...w wielkich
      bólach...bo trudno mi było przezwycięzyć swoją ambicję, zeby sie otwarcie do
      tego przed nią przyznać. Ona, pobobnie jak Ty, nie miała złej woli w stosunku
      do mnie. Zaczełyśmy rozmawiać dużo o tym, tłumaczyła mi, ze nie jestem przez to
      dla niej kimś gorszym, że mnie cały czas kocha. No i jesteśmy razem do dziś.
      Obie szczęśliwe i spokojne. Ja mogę w swoim własnym tempie sie realizować, bez
      strachu, ze zostane porzucona :) życzę powodzenia. W razie konfliktu na tym tle
      tłumacz i rozmawiaj ze swoim ukochanym dużo, bo to wszystko to jest JEGO
      STRACH, do którego trudno mu sie przyznać przed Tobą. Strach o swój własny
      wizerunek w oczach swoich, Twoich i reszty świata.
      • maya2006 Re: psychologiczna kastracja ? 31.08.05, 21:34
        tez jestem kobieta, ale wtrace trzy grosze bo znam sytuacje z autopsji:-)
        musisz spotkac kogos, kto lubi silne kobiety i jest na tyle meski, by pozostac
        meskim mimo twojej sily..:-) a tacy tez chodza po swiecie:-)
        • maya2006 Re: psychologiczna kastracja ? 31.08.05, 21:38
          praktyczna rada: zauwazylam, ze mezczyzni mlodsi sa bardziej normalni, tzn.
          postepowi.., moze zwroc uwage na takich, oczywiscie duchowo odpowiednio
          dojrzalych. powodzenia:-)
      • j_ar Re: psychologiczna kastracja ? 01.09.05, 10:24
        tak to jakos dziwnie sie uklada czasem, ze wartosciowanie przez pieniadz
        pojawia sie u tych co tych pieniedzy nie maja, a ci co maja, nawet nie wiedza,
        ze taki problem moze istniec
    • j_ar Re: psychologiczna kastracja ? 01.09.05, 09:54
      sa faceci, ktorym ciezko jest zrozumiec wspolne, kiedy maja mniej,
      a jak maja mniej, to czuja sie na utrzymaniu, ot, natura
      ale tez, kiedy facet chce byc z kims, to nie ma zadnego znaczenia, a jak nie
      chce byc, to jest zawsze jakis powod
      • maya2006 Re: psychologiczna kastracja ? 01.09.05, 09:55
        ot co!
    • gweneth Re: psychologiczna kastracja ? 01.09.05, 10:16
      Bardzo bardzo dziekuję, za Wasze opinie i opis ...bardzo mądre. Tylko , że ..
      nasz zwiazek zaczął się w momencie kiedy On akurat stracił prace. I dzieki
      otwartosci i łatwosci komunikacji udało na się stworzyć i utrzymać cos naprawde
      wartosciowego przez ponad rok. Komunikacja i szczerosc byla podstawą naszej
      relacji. Ostatnio jednak bardzo dużo rzeczy dzieje sie wokol nas. On zaczal
      bardzo ciezko pracowac, bardzo... codziennie rano byl tak spiety, ze az bylo mi
      go zal... Angazuje się bardzo w tę nową prace... bo panicznie boi sie ze ją
      straci.. To spowodowalo, ze coraz mniej czasu spedzalismy razem. A czas ktory
      udalo nam sie wyrwac z paszczy skrzeczącej rzeczywistoci nie byl najwyzszej
      jakosci.. Ja nie wiedzialam co robic, staralam sie mu pomogac w sposob jaki
      potrafie.. ale robilam tez duzo wyrzutow czując się odrzuconą... I ta otwartosc
      i komunikacja gdzies przestala dzialac... A poniewaz byl to fundament naszego
      zwiazku to inne rzeczy zaczely umierac...

      Ja przeoczylam ten moment. On nie mowil.
      Zaraz jeszcze idzie na kolejne studia (do ktorych tak naprawde ja go
      zmotywowalam), co oznacza dodatowo weekendy oddzielnie... Mowil wiele razy ze
      sie tego boi, ze boli go to ze jeszcze mnie czasu bedziemy spedzac... A jesli ja
      juz teraz jestem sfrustrowana, to potem bedzie tylko gorzej.

      Powiedzial, ze przez najblizsze 3 lata (tyle trwaja studia) nie bedziemy mogli
      miec dzieci.. bo on chce czynnie uczestniczyc w wychowaniu, a teraz po prostu
      nie ma na to czasu... Nie bylo to dle mnie problemem - powiedzialam, ze
      wazniejsze dla mnie jest to, że to On będzie Ojcem naszych dzieci... i mogę
      poczekać..

      Ale byly scysje....drobne sprzeczki.. nieporozumienia.. pretensje...

      A potem doszlo do tego, ze stwierdzil, ze oboje mamy za silne charaktery, ze ja
      Go dominuje, i ze jesli teraz, po raptem roku tak sie dzieje, to potem sie
      zagryziemy.

      i, ze lzami w oczach, powiedzial, ze mnie nie kocha.. i musi odejsc.

      I ja musze szanowac Jego decyzje. Bo na ten moment taki jest status - nie ma
      Go, odszedl bo tak chcial.
      Boli, boli strasznie, kazdy centymetr mojego ciala...


      A jesli chodzi o rady zwiazania się z osobą na wyzszym poziomie - rozumiem, ale
      poniewaz dla mnie nie ma znaczenia status czlowieka, tylko jego wnetrze - to nie
      bedzie to dla mnie kryterium doboru. Nie chce prezesów i dyrektorów w drogich
      samochodach....!

      Rada aby byl mlodszy - tak - jest mlodszy :). o rok. I tak faktycznie, to ma
      sens. Polecam. :)

      Opinia, ze trudno jest zrozumiec mezczyznie "wspolne" gdy On nie ma - tak to
      prawda. Ale coz ja mam zrobic? Rzucic pracę i zmienic zycie, aby byc bardziej
      bezbronną i ..."opiekowalną"?

      Dziękuję Elka69 - jestes bardzo mądrą osobą... i odważną.. bo rozmawialas i
      mowilas o tym co Cie boli..
      Pamietaj jednak ze jestes kobietą... a my jestesmy silniejsze emocjonalnie od
      mezczyzn.. Cieszę się, że wszysko Ci się układa. Oby tak dalej... !

      Nie odzywam się do Niego... bo On tego teraz potrzebuje... musi zrozumiec, ze da
      radę poradzic sobie sam...I że ja szanuję Jego decyzję..
      .... chociaz jest mi tak strasznie zimno.... Nasz kot nawet płacze...

      nie spie w domu od kilku dni, nie jestem w stanie... to bylo nasze miejsce..
      teraz jest puste...
      Dobrze ze Mama ma duze łózko :)
      • gweneth Re: psychologiczna kastracja ? 01.09.05, 10:17
        Nie odkładajcie na później ani piosenek, ani egzaminów, ani dentysty, a przede
        wszystkim nie odkładajcie na później miłości.

        Nie mówcie jej:
        "Przyjdź jutro, przyjdź pojutrze, dziś nie mam dla Ciebie czasu",

        bo może się zdarzyć, że otworzysz drzwi,

        a tam stoi zziębnięta staruszka i mówi:
        "Przepraszam, musiałam pomylić adres."

        I pstryk iskierka zgaśnie...


        (Agnieszka Osiecka)
        • maya2006 Re: psychologiczna kastracja ? 01.09.05, 10:35
          przezyjesz, wyjdziesz z tego silniejsza. strasznie ci wspol-czuje, bo wiem jak
          to boli. tylko czas pomoze. i polecam joge lub inny rodzaj medytacji. i sport.
          ja biegalam, biegalam (zdarzalo sie nawet pare razy dziennie) zasypalam sie
          praca. sprobuj zajac sobie czas co do minutki. co ja mowie, do sekundy. wtedy
          bol jest, ale tepieje na pare minut:-) jezeli chcesz sie wygadac, napisz:-)))
        • jonaszkowalski Re: psychologiczna kastracja ? 01.09.05, 10:38
          uuu , biedna głyneth :(
          może jałopa jeszcze zatrybi , bo jak dla mnie to ty fajna jesteś :)
          i przyleci z kwiatami :) a ambicje i inne takie pierdoły zlezo na
          drugi plan i pan ambitny zrozumie że wszystko to ch...uj
          jak nie ma w jego życiu fajnej głynetch
          na razie proponuje płaszcz , który wisi obok :) czyli jakieśż super lody i
          spacer w słońcu

          trzymam kciuki , trzym sie dziewczyno :D
          • gweneth Re: psychologiczna kastracja ? 01.09.05, 11:03
            Jonasz.. jestes moim idolem... do łez mnie rozbawiles :'-))
            gratuluję nieskrepowanej lekkości pióra!
            za wpis do mojego "pamietnika" - dziekuje.

            Plaszcz oddalam do pralni.
            moze nie zniszczą...
            • jonaszkowalski Re: psychologiczna kastracja ? 01.09.05, 11:13
              :D
      • elka69 Re: psychologiczna kastracja ? 01.09.05, 11:30
        dzięki gweneth :)
        ...ciekawi mnie tylko gdzie są granice wytrzymałości ludzkiej (fizycznej,
        psychicznej) w takim pędzie... przecież to w którymś momencie TRACHNIE!!! mam
        na myśli Twojego Ukochanego. On sobie sam pętle na szyje zakłada. To nie w
        pieniądzach leży problem, tylko w jego GŁOWIE!!! ABSOLUTNIE ZAWSZE można w
        swoim życiu znaleźć jakieś niedoróbki. nie wiem, czy powinnaś mu to uświadomić,
        czy nie, bo to mógłby odebrać jak wchodzenie z butami w jego sprawy. Mimo
        wszystko on POWINIEN to wiedzieć! Jeśli nie zechce teraz, to życie prędzej czy
        później ZMUSI go do zrozumienia tego. Ja np. wylądowałam na oddziale nerwic...
        porządnie zastanów sie, co możesz w tej sytuacji zrobić, ale zrób to z
        wyczuciem, w co nie wątpie, bo widze, ze jesteś bardzo inteligentną kobietką :)
        POWODZENIA!!! :D
        • gweneth Re: psychologiczna kastracja ? 01.09.05, 15:48
          eeech.. faktycznie pisanie pomaga... uklada mysli w glowie.. troche przyjamniej
          uklada.

          i powiem szczerze uwazam, że za duzo na siebie wziął..

          Hmm.. teraz jak sobie mysle, to niezle musialam mu dac w kosc skoro sie
          przeniosl do rodzicow...

          Co mogę zrobić? teraz? nic.. muszę poczekać chyba.. nie mogę się do niego
          odzywać.. bo tylko go tym zdenerwuje.
          Tak mysle. ze na razie niech zostanie sam ze sobą.
          nie wiem sama....

    • rybolog Re: psychologiczna kastracja ? 01.09.05, 10:23
      Tu nie o lek chodzi. Podswiadomie bronisz swojego dobytku, swoich wyborow.
      Czujesz sie samowystarczalna i przekonana o slusznosci swoich wyborow. W ten
      sposob podswiadomie zamykasz partnerstwo lub dopuszczenie drugiej osoby do
      dialogu na temat przyszlosci. Osobiscie widze to jako zachlysniecie sie
      sukcesem. A to moze byc problemem na przyszlosc.
      • gweneth Re: psychologiczna kastracja ? 01.09.05, 10:30
        nie.. nie zachlysnelam sie sukcesem.. bo tu nie ma sukcesu..
        po prostu pracuje, jak potrafie... i tez boje sie, ze moge stracic prace..
        nie jestem pracoholiczka...
        mam kredyty i inne zobowiazania...
        jak wiekszosc z nas teraz..
        tez mnie to stresuje..
        ale tak - jestem samowystarczalna i to moze zamykac dla innych, ktorzy
        potrzebuja miec kogos kim moga sią opiekowac..
        ja nie zawsze daje się sobą zaopiekowac...

        A swojego dobytku nie bronie - dziele sie nim, bez zastanowienia..
        • j_ar Re: psychologiczna kastracja ? 01.09.05, 10:34
          gweneth napisała:
          > ale tak - jestem samowystarczalna i to moze zamykac dla innych, ktorzy
          > potrzebuja miec kogos kim moga sią opiekowac..
          > ja nie zawsze daje się sobą zaopiekowac...

          mnostwo osob w twoim wieku jest samowystarczalnych, w niczym to niczego nie
          zamyka
    • pink.freud Re: psychologiczna kastracja ? 01.09.05, 11:28
      Trochę dziwne, bo ze sposobu w jaki się prezentujesz wynika, że jesteś ideałem, a facet nie ma jaj. To pierwsza mozliwość.
      Druga, jesteś brzydka i/lub nudna, a facet wziął Cię na okres przejściowy.
      Trzecia, wydaje Ci się, że nie, a faktycznie dajesz odczuć facetowi, że jest gorszy.
      Czwarta, facet jest zasadniczy i chodzi mu o szacunek przed sobą samym.
      Piąta, facet jest niedojrzały, co w zasadzie podpada pod pierwszą możliwość.

      Trudno cokolwiek powiedzieć nie znając wyglądu rozmówcy i zdania drugiej strony.
      • gweneth Re: psychologiczna kastracja ? 01.09.05, 12:05
        pink.freud napisał:

        > Trochę dziwne, bo ze sposobu w jaki się prezentujesz wynika, że jesteś ideałem,

        ojoj..... nie.. nie jestem ideałem...
        ale wartosc swoja znam.

        > a facet nie ma jaj. To pierwsza mozliwość.

        Ma. Ale jest potwornie dumny i ambitny...

        > Druga, jesteś brzydka i/lub nudna, a facet wziął Cię na okres przejściowy.

        Nudzic sie ze mna PODOBNO nie da.. czesciej jest tak, ze ta druga polowa czasami
        wręcz nie nadąża. I to chyba był problem, bo nadmiar pracy nie pozwalał na
        realizowanie moich pomysłów, nie wspomnę już o braku środków na realizację
        niektórych (choc nie mowie tu ze nie potrafie korzystac z zycia bez grosza przy
        duszy)
        czy jestem brzydka?
        Ja oczywiscie uwazam że tak :), zmienilabym mase rzeczy, ale.. inni twierdzą
        inaczej. (na szczęście :)

        Wczoraj moja przyjaciółka w ramach pocieszania powiedziala - "Boże, ty jesteś
        taka fajna, przecież Ciebie nie można zostawiać..:). Gdybym była facetem to bym
        Cie z chęcią przeleciała"

        > Trzecia, wydaje Ci się, że nie, a faktycznie dajesz odczuć facetowi, że jest go
        > rszy.

        Mogło mi się zdarzyć .... ale nigdy z premedytacją...

        > Czwarta, facet jest zasadniczy i chodzi mu o szacunek przed sobą samym.

        Patrz duma i ambicja.

        > Piąta, facet jest niedojrzały, co w zasadzie podpada pod pierwszą możliwość.

        Nie lubie strasznie tego słowa... niedojrzały...

        chociaz nie...On jest młody.. ale czy niedojrzały...?
        nie - młody...

        >
        > Trudno cokolwiek powiedzieć nie znając wyglądu rozmówcy i zdania drugiej strony

        On na razie potrzebuje czasu. Jeszcze za wcześnie na rozmowę.. Ja zresztą też
        na razie muszę jeszcze spędzić troche czasu sama ze sobą...

        Ale wiem, że nie będę w stanie życ spokojnie jeśli nie porozmawiamy...

        >
        • jonaszkowalski Re: psychologiczna kastracja ? 01.09.05, 12:12
          brawo głynet :D
          • gweneth Re: psychologiczna kastracja ? 01.09.05, 12:25
            taaa... oszszywiscie....normalnie taka fajna jestem ze normalnie nie moge...

            trzeba mnie uśpić raczej prędzej...uspić trzeba..
            czasem nawet jedno ziarenko potrafi popsuc symetrie kawowej gorki.....


            jonaszkowalski napisał:

            > brawo głynet :D
            >


            • jonaszkowalski Re: psychologiczna kastracja ? 01.09.05, 12:33
              no , ale waleczna jesteś
              i skromna próbujesz być :)
              hihi , skromna głynet , no nie mogę
              gupek ideał znalazł i uciekł , nie wyrobił

              no , jak lepiej , wróciłaś z kosmosu :D
              • jonaszkowalski Re: psychologiczna kastracja ? 01.09.05, 12:35
                pozdro i spadam
                bo ty mi za chwile łepetyne oskalpujesz :D
                • jonaszkowalski Re: psychologiczna kastracja ? 01.09.05, 12:50
                  i całe szczęście , że ty wymagań , co do innych nie masz straszliwych
                  bo co , przeca ja daje rade to inni mogo też , no tak czy nie

                  pa, i spadam :)
                  • gweneth Re: psychologiczna kastracja ? 01.09.05, 12:58
                    "Wzięli więc Jonasza i wrzucili do morza; wtedy burza ustała"

                    dajesz rade kowalski, dajesz!
                    • nabij_faje Re: psychologiczna kastracja ? 02.09.05, 09:50
                      gweneth napisała:

                      > "Wzięli więc Jonasza i wrzucili do morza; wtedy burza ustała"


                      CZY JESTEŚ RÓWNIEŻ JONASZEM-MŁYNARZEM?
                      ?
    • gweneth Re: psychologiczna kastracja ? 06.09.05, 01:12
      hmm... no i okazalo sie, ze to czego sie najbardziej obawialam jest prawda...
      osoba, ktora kocham, rozmawiala nawet z moją Mamą..
      z moją Przyjaciolka..
      ale nie ze mna..
      co powiedzial?
      ze kochal mnie, kocha i kochac bedzie zawsze..
      ale teraz musi skoncetrowac sie na swojej pracy, ktora moze nie jest wymarzoną
      pracą, ale chociaz daje mu mozliwosc osiganiecia "czegos" i swiadomosc, ze ma 2
      zł na bulke..za ktorą zaplaci SAM
      powiedzial tez ze nie stac Go teraz na mieszkanie ze mną..
      ze decyzja o rozstaniu byla trudna, ale nie byl w stanie dluzej tak funkcjonowac...
      ze musi najpierw do czegos dojsc.. teraz nie stac Go na partnerstwo..
      powiedzial ze widzi mnie wszedzie, mysli o mnie caly czas, ze codziennie kiedy
      sie budzi tak potwornie My mnie brakuje..
      i co z tego?
      nie ma Go... zapetlil sie w wyscigu szczurow.. a przeciez nie tak mialo byc..
      razem szukalismy pracy.. bylam przy Nim gdy jej nie mial.. bylam przy Nim gdy ją
      zdobyl... Cieszylismy sie razem
      i teraz to obrocilo sie przeciwko mnie.. Cholerni FENICJANIE....
      pomimo tego, ze robilam wszystko aby nie czul sie "n i e m e s k o" z powodu
      braku tych cholernych pieniedzy..okazalo sie to za malo..
      A przeciez to nie ma dla mnie znaczenia.. kocham Go za to jakim jest .. a nie za
      to, ze da mi pieniadze na waciki..nie chce tego.. mam waciki przeciez...
      co jest zlego w tym, ze to kobieta utrzymuje dom???
      czy to tak straszne dla mezczyzny??

      jak mozna, kochajac kogos, odejsc... bo duma nie pozwala zjeść pomidora, za
      ktorego zaplacila ONA .. a nie ON...


      • jonaszkowalski Re: psychologiczna kastracja ? 06.09.05, 07:57
        mnie się tu coś nie zgadza ,
        piszesz że facet ma prace , to coś zarabia
        że go niestać ,tak mówi podobno . kreślisz obraz kompletnego palanta ,
        materialisty , macho od szmalcu . a tu z matką rozmawiał , z kimś tam
        tuturutu . ma uczucia i ich używa . dziwne to jest , ta twoia historia .
        kochacie się czy nie . co tu kasa ma do rzeczy . może facet płacić za siebie
        , ma tyle ile ma , ale jest samodzielny . głynet , czy ty go nie stresujesz
        tym szmalcem , bo coś tu jest nie halo w tym równaniu .
        jak idziecie do znajomych to moż twoi znajomi - ustawieni ,psiapsiułka
        szmalcownik , koleżka głynet z kaseczką , a jego kumple to bydło , ćwoki .
        koniec z kumplami , moi znajomi są ekstra , daj spokój z tymi twoimi
        to młotki ... itd
        i gościu ma wrarzenie ze go kasa osacza , źle się czuje , bardzo źle
        pan gorszy .
        dziewczyno moja prezeska , kosi taki szmalec że się w pale nie mieści
        i leje na to , prezesi mówią no a pan co robi , a ja cieciuje akurat
        głupio sie przyznać , że cieć - to im mówie że w branży erotycznej
        ..... cisza , a prezeska sie cieszy i mówi że walnięty jestem :)
        no i czym tu sie przejmować , ale tak to prawda trzeba mieć jaca 4 żeby
        tych szmalcowników znieść , tu tfuj facet ma sporo racji
        • jonaszkowalski Re: psychologiczna kastracja ? 06.09.05, 08:10
          niech on , nazywa sie tristan , bo to no i on to lipa
          kasa to narzędzie do celu , a nie odwrotnie
          mam nadzieje że głynet jest celem :D


          ps. ten twój tristan wydaje mi sie fajny facet , nie odpuszczaj
          zrozumie że w życiu nie ma dożywocia i na szmalec i na miłość szczególnie
          a kasa to pierdoły , prace zawsze można stracić z byle powodu , młodzi
          jesteście , ale coś co sie nazywa biodata już wam dyszy na kark
          uuuuuuuuhh biodata , licznik cyka niestety
          • jonaszkowalski Re: psychologiczna kastracja ? 06.09.05, 08:15
            głynet i tristan , sagi arturiańskiej cd w 21 wieku
            liczę na hepikoniec
            pozdro , znikam :)

            ps. pokonać demona szmalcu
            • gweneth Re: psychologiczna kastracja ? 06.09.05, 09:34
              a moze po prostu powinnam zadzwonic i porozmawiac..?
              ale moze on nie chce?
              przecie musze uszanowac jego decyzje..
              a moze on by tak chcial..?
              a moze nie?
              smutno mi..

              .... ide zrobic sobie kawe...
        • gweneth Re: psychologiczna kastracja ? 06.09.05, 09:30
          ????



          -> a jego kumple to bydło , ćwoki .
          -> koniec z kumplami , moi znajomi są ekstra , daj spokój z tymi twoimi
          -> to młotki ... itd

          jonasz....
          bozz.... czy ty zwariowales?




          -> moja prezeska , kosi taki szmalec że się w pale nie mieści
          taa....kosze... trawe czasami zerwe, kilka zdziebelek dla kota zerwe, dla kota....
          i sam jestes prezeska...


          jeżu jak mi jest zle...
          az bolą mnie paznokcie....

          -> kasa osacza...
          to nie moj pomysl... nie moje slowa...

          i nie chce juz o pieniadzach nic slyszec. nigdy.
          przechodze na handel wymienny....

          • jonaszkowalski Re: psychologiczna kastracja ? 06.09.05, 09:39
            zasrana kretynka !
            za dużo gadasz , za mało myślisz ,
            nie działasz , siedzisz i beczysz .
            koniec pier... dolenia , leć do tristana ipowiedz mu że nie ma mowy
            o rozstaniu
            a on na to żebyś spadała
            a ty że NIE
            tristan - jak to nie , spadówa
            NIE i TRIstana w ryja , aż mu się pod tym deklem rozjaśni

            ps. koniec porad osób trzecich , psiapsiółek innych debilowatych jonaszy

            następny etap tristana - gorzała
            gadsz teraz z doświadczeniem którego nie masz i nie chcesz mieć
            LEĆ DO NIEGO , CH>>ÓJ z GODNOŚCIĄ , MIŁOŚĆ JEST NAJLEPSZA


            ps. znikam głynet , dasz rade
            • osaa1 Re: psychologiczna kastracja ? 06.09.05, 11:17
              JONASZ JESTES GENIUSZEM!
              UWIELBIAM CIE!!!
              czasem sa sytuacje,
              w ktorych OBOWIĄZKIEM jest OSTRE CIĘCIE,
              nawet "PRZEMOC" (mam nadzieje,
              ze nikt z Was nie zrozumiał mnie opacznie:)))
              (własna duma potrafi nieźle namącić czasem człowiekowi w głowie,
              nie czasem! – przeważnie!!!)
              pozdrawiam
              osaa1
              • gweneth Re: psychologiczna kastracja ? 06.09.05, 18:24
                dzwonie ... zadzwonie...
                musze to zrobic..
                chciałabym abysmy porozmawiali
                bez cisnienia, bez proszenia.
                nie mozna tego tak zostawic..
                moze dzis sie nie spotkamy, moze jutro tez nie..
                ale chce aby wiedzial, ze jestem i chce z nim rozmawiac..

                boje sie, rece mi sie trzesa..
                oj...
                herbata sie wylala..
                • gweneth Re: psychologiczna kastracja ? 06.09.05, 19:21
                  on do mnie jedzie....o bozzz....zadzwonilam
                  on powiedzial ze chce przyjechac
                  boje sie...
                  i ta herbata wylana...
                  i ja po calym dniu pracy..
                  i roztrzesiona..
                  i gdzies te swoje 6 kilo zgubilam..
                  eeeach....
                  • osaa1 Re: psychologiczna kastracja ? 07.09.05, 12:24
                    hej gweneth! no i jak spotkanie? uchyl rąbka tajemnicy :)
                    • gweneth Re: psychologiczna kastracja ? 08.09.05, 09:41
                      Ja płakałam a On się uśmiechał.. Co z tego ze przyjechal, co z tego, ze zabral
                      mnie do sklepu i kupil pomidory na caprese… zjadl ze mna, karmiąc mnie?
                      USMIECHAL SIĘ przez caly czas. Ja płakałam a On się uśmiechał. Przeciez nie
                      tak mialo być…. Zapytałam w pewnym momencie dlaczego się uśmiecha…. Powiedział
                      ze po prostu naprawde, strasznie cieszy się ze mnie widzi… A ja płakałam… a On
                      nawet mnie nie przytulil… nie dotknał… siedział i R A C J O N A L N I E
                      tłumaczył to co się stalo. Nigdy nie padlo slowo: przepraszam.. To ja Go
                      przeprosiłam za to co powiedziałam tamtego wieczoru…. Ze napadlam na Niego w tak
                      trudnym dla Niego momencie… Powiedziałam Mu tez ze Go podziwiam za to co zrobil,
                      ze jestem z niego DUMNA… za jego konsekwencje.. ze jestem Mu wdzieczna za to co
                      mi uświadomił… swoja decyzja… Ukorzyłam się przed Nim za bardzo. A przeciez
                      to mnie tak strasznie dotknęło, zranilo w sposób nieodwracalny..
                      A tu utwierdziłam go w przekonaniu ze zrobil dobrze….
                      Za bardzo..
                      Był tak strasznie pewny siebie…

                      Teraz, kiedy się nad tym wszystkim zastanowiam, czuje się zle..
                      Myslalm, ze On miał przyjść do mnie do domu totalnie rozwalony psychicznie…
                      Myślałam ze jest Mu zle… Mial ...mogl....powiedziec: „jak ja się ciesze, że do
                      mnie zadzwoniłaś, ja się tego tak balem.. Wiem jak bardzo Ciebie zraniłem..
                      musialem to zrobic… bo to było jedyne rozwiązanie… W momencie kiedy wyszłaś za
                      drzwi już tego żałowałem.. tesknie … minal tydzień a ja nie mogę cie przytulic,
                      porozmawiac… jestem u moich rodzicow…jest mi tak bardzo zle.. Czy jestes w
                      stanie mi wybaczyc? Musimy o to walczyc, naprawic… kochamy się przeciez”
                      I po prostu mnie przytulic…

                      A On? Kiedy zapytal się mnie czy może do mnie przyjechac myślałam ze naprawde
                      tego potrzebuje.. Ze jest w takim stanie, ze mój telefon do niego był
                      wybawieniem….
                      A to co zobaczyłam, to uśmiechniętego mężczyznę, który stanął w moich drzwiach.
                      zero zawachania czy zastanowienia.

                      Zadowolony, zartowal.
                      Ja tez probowalam zartowac
                      probowalam rozmawiac normalnie
                      bo On zachowywyal sie tak jakby nic sie nie stalo..
                      A przeciez meble przestawione... zdjecia zdjete ze scian..
                      On zachowywal sie tak jakby wlasnie wrocil z pracy do domu.
                      nawet posprzatal po kolacji i dal mi lekarstwo na brzuch..
                      i prosil abym tyle nie palila bo to nie zdrowo...

                      Tak naprawde to było wiecej niż oczekiwałam.. Fakt. ze zaproponowal, ze do mnie
                      przyjedzie, było czyms czego się nie spodziewałam juz teraz... jednak..
                      przyjechal... sam chcial...
                      Teraz kiedy na to patrze, to nie rozumiem, PO CO i DLACZEGO już teraz
                      zdecydowal się na rozmowę??? Skoro ewidentnie nie jest do niej gotowy?? PO CO???
                      Ja teraz czuje się zle… Bylam w stu procentach sobą… ja płakałam a On się
                      uśmiechał….. widział w jakim jestem stanie a nawet mnie nie przytulil… Był
                      zdystansowany i chlodny…

                      Powiedział, ze kłamał mówiąc, ze mnie nie kocha… Kocha mnie.. ale musi teraz
                      poradzic sobie z pracą i „nabrac rozpędu”.. powiedział ze powinniśmy się starac..
                      Ze tak naprawde to to dobrze dla nas... ze tak musialo być, ze zrobil to dla nas.
                      Powiedział, ze tęskni.. Tez…

                      I prosil bym obiecala ze będziemy się starac…

                      Nie wiem teraz nawet czy jesteśmy razem.. jak ma wyglądać to probowanie..
                      Jestem totalnie rozbita..
                      Czuje się jak szlafrok odwieszony na wieszak.

                      Kiedy wychodzil to ja się do Niego przytuliłam.
                      A On nawet nie zdjął torby z ramienia…
                      Pocałował mnie w policzek..

                      I od wtorku nie odezwal się do mnie ani razu….
                      • j_ar Re: psychologiczna kastracja ? 08.09.05, 09:45
                        gweneth, facet po prostu nie chce byc z toba, ale jakos tak slabo mu wychodzi
                        powiedzenie tego tobie, wrazliwy jakis
                        • gweneth Re: psychologiczna kastracja ? 08.09.05, 09:56
                          jest taka mozliwosc...
                          jak najbardziej..
                          jednak nadal mam nadzieje..bo to co nas laczylo bylo bardzo silne..
                          i to jest fakt...
                          mysle ze nie wie czy chce
                          dlatego mnie odwiesil.. na wieszak..
                          tylko jak dlugo ja dam rade czekac...
                      • elka69 Re: psychologiczna kastracja ? 08.09.05, 16:02
                        oj gweneth, gweneth...
                        widze, ze sytuacja nie jest prosta...
                        jakby żywcem wyjęta z mojej historii...
                        tzw. "zimna wojna", której nienawidze szczerze!!!
                        pełne asekuranctwo Twojego faceta (ewentualnie naprawde on nie chce z Tobą być,
                        ale załóżmy opcje pozytywną). Znam takie zachowanie od podszewki i przebiłam
                        sie przez to! To naprawde nie było łatwe. Mnóstwo mojego upokorzenia... ale
                        zwycięzyłam, poznałam prawde.
                        Powiedzmy, ze i tak Twoja duma już jest zeszmacona. To fakt. Ale jednocześnie
                        jest to Twoje szczęście w nieszczęściu. Bombarduj!!! wal prosto z mostu!!! co
                        Ci zależy? i tak nie masz już nic do stracenia... Bądź odważna. Nie bój sie.
                        Najwyżej znikniesz mu z oczu. Naszykuj sie na długą i trudną walke. Ja
                        walczyłam z dumą i chłodem mojej Ukochanej Osoby przez ok. 1,5 roku. I
                        wygrałam. Być może Ty przegrasz. Tego nikt nie wie. Ale masz jedyną szanse sie
                        dowiedzieć, jeśli pójdziesz na całość.

                        Ja bym poprostu umówiła sie z nim jeszcze raz i powiedziała tak:

                        słuchaj koleś! jeśli gadasz, ze mnie kochasz, to dlaczego jesteś taki
                        oschły???! dlaczego mnie nie przytuliłeś wtedy????? czy tak postępuje sie z
                        osobą ukochaną??? czemu spokojnie patrzysz na moje cierpienie? Albo kłamiesz,
                        albo tchórzem jesteś!!! grasz w zimną wojne. Rozpracowałam Cie i tak, więc nie
                        ściemniaj. Ja Cie kocham, ale nie chce, żebyś sie mną bawił. Jeśli mnie nie
                        kochasz, to spie...j!!!

                        ale taka ostra walka może jeszcze "troche" potrwać, więc bądź cierpliwa.

                        Pamiętaj jedno. On może grać z Tobą dotąd, dopóki nie poczuje, ze jego
                        cierpienie zostało odkupione Twoim. Wiec tylko jest pytanie: jak wielkie było
                        jego cierpienie?... On wymierzy Ci czas "kary" wg swojego uznania. Pamiętaj
                        też, zeby uniżenie sie przed nim nie weszło Ci w krew. Trzymaj ręke na pulsie.
                        Bądz też logiczna, konkretna, twarda i przytomna(!). Nie kieruj sie schematami.
                        Nie ulegaj mu. Mów wprost, co Ci leży na sercu. Nie owijaj w bawełne. Jeśli
                        zajdzie potrzeba, to wywlekaj jego grzechy na wierzch. Ostre potyczki słowne
                        też wchodzą w gre. Nie ulegaj jego ściemnianiu. Też tak myśle, ze Twoje kara
                        może być wymierzona wprost proporcjonalnie do Twojego bogactwa materialnego. On
                        teraz będzie Cię testował, próbował, poddawał torturom i testom wytrzymałości.
                        Bądz cierpliwa. Jesli Ci zależy, to wytrzymasz. TRZYMAM MOCNO KCIUKI. jakby co,
                        to pisz. powodzenia :)))
                        elka69

                        • elka69 Re: psychologiczna kastracja ? 08.09.05, 22:45
                          gweneth, oczywiście zrób tak, jak Ty uwazasz za stosowne.
                          to są tylko moje doświadczenia, którymi nie musisz sie sugerować.
                          pozdrawiam bardzo serdecznie
                          elka69
                        • gweneth Re: psychologiczna kastracja ? 09.09.05, 00:37
                          ela,

                          przede wszystkim jestem Ci niewiarygodnie wdzieczna za takie zaangazowanie, za
                          czas, ktory poswiecilas na przanalizowanie i napisanie tego co mi przekazalas.
                          To mi naprawde bardzo pomoga. Pomaga wiele zrozumiec.
                          To prawda, ze kazda sytuacja jest inna, jednak widzę tu wiele podobieństw.

                          swoja dume schowalam juz dawno do kieszeni. I mysle, ze w tej kieszeni ona
                          sobie jest, nawet calkiem nie zeszmacona ;).
                          Bo czyz pokazanie osobie, ktorą sie kocha swojej słabosci jest ponizajace?
                          nie..zupelnie nie...
                          bylam sobą, nie udawalam. Ale tez pomimo tego, ze we mnie wszystko plakalo -
                          nie nalegalam, nie pytalam i nie prosilam.
                          Wiem, ze On teraz troche tryumfuje... I wiem, ze nalalam Mu teraz paliwa do
                          Jego baku, i utwierdzilam w slusznosci decyzji.
                          Rozumiem powody, i przede wszystkim wybaczam formę.
                          Choc byla okrutna...
                          bo strasznym dla kobiety jest uslyszec od swojego serca, że już cie nie kocha..
                          to moze jednak faktycznie bylo jedyne rozwiazanie, takie chirurgiczne ciecie...
                          nie wiem..
                          czasem jest tak, ze sytuacja tak sie zapetli, ze nie ma z niej wyjscia.
                          i jedynie oddalenie moze pozwolic zrozumiec siebie nawzajem.

                          usmiech na Jego twarzy? hmm...moze faktycznie, tak jak mowil, po prostu cieszyl
                          sie ze mnie widzi.. zreszta... zawsze sie usmiechal... a zwlaszcza w
                          stresujacych sytuacjach... i ta tez, nawet jesli faktycznie mnie juz nie kocha,
                          byla stresującą..
                          i moze dlatego nie wiedzialam, ze cos sie miedzy nami psuje.. bo on sie
                          usmiechal.. a wewnatrz gotowal..
                          przyznal mi racje, powiedzial, ze faktycznie nie potrafi wyladowywac zlych
                          emocji...tlamsi je w sobie i doprowadza do takich jak te sytuacje.. obiecal,
                          ze nad tym popracuje, bo to przeciez może Go zniszczyc.
                          Tak jak zabilo mojego Tate.

                          Nie wiem co będzie, nie wiem czy powinnam walczyc tak jak mówiłaś..
                          Chyba jeszcze jest za wczesnie by stawiac Go pod scianą.
                          W koncu minal tylko tydzień.. troche ponad..
                          Za wczesnie się spotkaliśmy..
                          Tak naprawde ja nie bylam gotowa do tej rozmowy… On chyba tez nie.
                          Nie twierdze, ze kocha mnie nad zycie i zgrywa bohatera.
                          Mysle, ze sam na razie jeszcze nie wie czego chce..
                          Przyszedł mnie „obwąchać”… i zobaczyl swoja zawsze silna kobiete w totalnym
                          rozkładzie..
                          Z oczami jak lemur, z pustą lodowka i uschnietym kwiatkiem..
                          To na pewno dodalo mu pewności siebie, i zobaczyl ze może mnie spokojnie
                          odstawic na bok i spokojnie się jeszcze zastanowic..
                          Jest pewien, ze w każdym momencie może zadzwonic i przyjechac. I jest
                          przekonany ze ja będę..
                          Taki siebie obraz sama stworzyłam …bedąc lemurkiem 
                          Ale….. mysle, ze zapomniał troche, ze jestem tak naprawde silniejsza niż w
                          tamtym momencie.
                          Potrafie się szybko wziąć w garść. I tak jak nauczyłam się godzic z
                          nieodwracalnym po śmierci Taty, tak i teraz będę w stanie sobie wytłumaczyć, ze
                          to koniec..
                          Jeśli to mnie faktycznie nie kocha.

                          Wiem jednak, ze tak nie jest. Wiem, ze uczucie nadal istnieje. Nie tak silne
                          jak przedtem.. i wystarczająco slabe by wyjsc i pocałować mnie w policzek jak
                          koleżankę.. dlaczego mnie nie przytulil? Nie wiem… faktycznie to co mowil
                          przeczylo temu co robi. Widocznie nie miał na to ochoty.. glupio zrobil
                          przyjeżdżając do mnie… skoro nie był na to gotowy..
                          Powiedziałam Mu już wszystko co czuje. I nie zaluje tego. Pokazałam swoja
                          otwartość.. i dowartościowując mam nadzieje, spowodowałam, ze i On się otworzy..
                          bo nigdy nie potrafil mowic o emocjach.. nie potrafil ubierac w slowa tego co
                          się dzieje w jego sercu.. krepowalo Go to.
                          Teraz już nie będę unizona.. bo to nie jestem ja.
                          Będę normalna i będę soba..
                          Co miałam mu do powiedzenia –powiedzialam.
                          Jeśli znow, nasze kolejne spotkanie będzie wyglądało tak jak to, to może zapytam
                          się o to jak sobie wyobraza „staranie się”.
                          Ale jeszcze nie teraz..
                          Nie chce stawiac Go pod scianą, już w tym momencie..

                          Niech to będzie Jego decyzja..
                          Nie można zmusic nikogo do kochania, i nie mogę mu się narzucac.
                          Nienawidze narzucania się.
                          Nawet w urzedzie skarbowym pukam do drzwi 

                          Tak, tesknie i az mnie skreca aby się z Nim skontaktowac. Ale tego nie zrobie.
                          Bo on powiedział, ze mogę do Niego zadzwonic kiedykolwiek miałabym jakis problem.
                          A ja nie chce dzwonic wtedy kiedy będę miala problem, tylko wtedy kiedy się z
                          czegos uciesze, czy będę chciala o czyms opowiedziec.
                          Wiec nie jest to jeszcze ten moment..

                          Nadchodzi weekend. Zobaczymy co będzie.
                          Ide na wesele z moim kolegą. Nie wiem co On na to… ale coz… nie będę wisiec na
                          wieszaku, tylko dlatego, że On teraz musi się dowartościować moim cierpieniem.
                          Nie wiem jak na to zareaguje.
                          Jeśli mu nie zalezy – będzie obojętny.
                          Może uda obojętność.
                          Może się zdenerwuje.
                          Ale musi wiedziec, ze nie można mieć ciastka i go zjesc.
                          Zdecydowal się na odejście – wiec niech poniesie tego konsekwencje.

                          Zapowiedział, ze przyjedzie w piątek sprawdzic czy zjadlam owoce, które mi
                          kupil. Hmm.. staram się nie przywiązywać do tej mysli… choc chciałabym by tu był..

                          Jeśli On będzie chciał i ja będę chciala – to się spotkamy.
                          Jeśli będzie chciał się spotkac w weekend – niestety nie będzie to możliwe.
                          Ale nie dlatego, ze gram teraz w jakas gre i chce wzbudzic w Nim zazdrość.
                          Naprawde chce pojsc na to wesele.

                          Nie można stwierdzic, czy naprawde za kims tęsknisz już po tygodniu.
                          Powiedział, ze tęskni – bo dotad spędzaliśmy ze sobą każdy moment. Wiec nic
                          dziwnego.

                          Ale o tym, czy naprawde Mu mnie brakuje jeszcze teraz się nie przekona.
                          Jeszcze troche czasu potrzeba…

                          …………nie wiem czy to co napisałam ma sens… może zle rozumuje? Może powinnam
                          walczyc? Dzwonic, nalegac na spotkania? Ale to byloby przeciw mojej naturze… Nie
                          chodzi o dume, tylko o szacunek dla decyzji drugiego człowieka..
                          z drugiej strony czy nie popełniam grzechu zaniedbania..? i zbyt latwo się poddaje?
                          Nie wiem… może on się dziwi, ze nie dzwonie…. Nie odzywam się…nie wiem..

                          ela,

                          przede wszystkim jestem Ci niewiarygodnie wdzieczna za takie zaangazowanie, za
                          czas, ktory poswiecilas na przanalizowanie i napisanie tego co mi przekazalas.
                          To mi naprawde bardzo pomoga. Pomaga wiele zrozumiec.
                          To prawda, ze kazda sytuacja jest inna, jednak widzę tu wiele podobieństw.

                          swoja dume schowalam juz dawno do kieszeni. I mysle, ze w tej kieszeni ona
                          sobie jest, nawet calkiem nie zeszmacona ;).
                          Bo czyz pokazanie osobie, ktorą sie kocha swojej słabosci jest ponizajace?
                          nie..zupelnie nie...
                          bylam sobą, nie udawalam. Ale tez pomimo tego, ze we mnie wszystko plakalo -
                          nie nalegalam, nie pytalam i nie prosilam.
                          Wiem, ze On teraz troche tryumfuje... I wiem, ze nalalam Mu teraz paliwa do
                          Jego baku, i utwierdzilam w slusznosci decyzji.
                          Rozumiem powody, i przede wszystkim wybaczam formę.
                          Choc byla okrutna...
                          bo strasznym dla kobiety jest uslyszec od swojego serca, że już cie nie kocha..
                          to moze jednak faktycznie bylo jedyne rozwiazanie, takie chirurgiczne ciecie...
                          nie wiem..
                          czasem jest tak, ze sytuacja tak sie zapetli, ze nie ma z niej wyjscia.
                          i jedynie oddalenie moze pozwolic zrozumiec siebie nawzajem.

                          usmiech na Jego twarzy? hmm...moze faktycznie, tak jak mowil, po prostu cieszyl
                          sie ze mnie widzi.. zreszta... zawsze sie usmiechal... a zwlaszcza w
                          stresujacych sytuacjach... i ta tez, nawet jesli faktycznie mnie juz nie kocha,
                          byla stresującą..
                          i moze dlatego nie wiedzialam, ze cos sie miedzy nami psuje.. bo on sie
                          usmiechal.. a wewnatrz gotowal..
                          przyznal mi racje, powiedzial, ze faktycznie nie potrafi wyladowywac zlych
                          emocji...tlamsi je w sobie i doprowadza do takich jak te sytuacje.. obiecal,
                          ze nad tym popracuje, bo to przeciez może Go zniszczyc.
                          Tak jak zabilo mojego Tate.

                          Nie wiem co będzie, nie wiem czy powinnam walczyc tak jak mówiłaś..
                          Chyba jeszcze jest za wczesnie by stawiac Go pod scianą.
                          W koncu minal tylko tydzień.. troche ponad.
                          • elka69 Re: psychologiczna kastracja ? 10.09.05, 20:23
                            droga gweneth... nie pisałam kilka dni, ale miałam cały czas w głowie tą Twoją
                            historię. no cóż. jedyne co mogę Ci powiedzieć to to, ze sytuacja jest
                            niejednoznaczna, niełatwa...ale o tym sama wiesz przecież. też bywałam w
                            podobnych sytuacjach i wiem, ze wtedy każda sekunda trwa wieczność. co chwila
                            spoglądasz na telefon i nie możesz sie na niczym skupić... jedno jest pewne.
                            myślami jestem z Tobą i życzę Ci jak najpomyślniejszego rozwiązania tej
                            sytuacji. wiem, ze postąpisz właściwie, bo jesteś mądra osobą. No i własnie tu
                            chciałabym przejść do kwestii pobocznej, ale jest ona dla mnie dosyć istotna.
                            Myśle, ze Ciebie też ucieszy. Bardzo podoba mi sie Twój tok myślenia, Twoja
                            dojrzałość, spokój, godność. To jest ważne. pielęgnuj to w sobie. Bardzo cenię
                            takie przymioty u ludzi. chciałabym sie otaczać tylko takimi osobami jak Ty
                            (tzn. myślącymi tak dogłębnie), a jednocześnie otwartymi. Ostatecznie wszyscy
                            jesteśmy ludźmi, a Ty nie boisz sie tego pokazywać. Zdjęlaś maske. Trzymam
                            mocno kciuki. ela

                            p.s. pewnie teraz bawisz sie na weselu :) ciekawe jak jest? napiszesz?
                            ciekawi mnie też czy Twój tristan przyszedł do Ciebie w piątek...
    • ewa13121981 Re: psychologiczna kastracja ? 08.09.05, 09:59
      www2.TheCrims.com/?rid=443442
      tu masz odpowiedz
Inne wątki na temat:
Pełna wersja