Gość: BP
IP: 212.244.170.*
16.09.02, 10:22
po trzech latach małżeństwa, latach dobrych, ale i burzliwych, pełnych
kompromisów, ale i szczęscia.
moj mąż się wyprowadza z domu.
To nasza wspólna wina - moja rodzina uważa, że ja jestem "święta" a on jest
tym złym, który jest przeciwko nim, i ze to jego tylko i wyłącznie wina.
Ja wychodząc za niego byłam pełna nadzeii miłości, optymizmu, oboje tacy
byliśmy.
Ja wyszłam za niego - on za całą moją rodzinę.
Wszyscy dookoła próbowali wstawic nas w jakis shemat powielany w mojej
rodzinie.
Jesli próbowaliśmy robic coś inaczej to wszystko było jego winą, i to moja
decyzja w oczach mojej rodziny nie była moją, naszą tylko jego.
ja szamotałam sie pomiędzy moją matką, a nim - dobrze wiedząc, że tak nie
można. Efekt?! teraz obwiniam moją matke o to co sie stało. Jej siła haryzma,
wpływ na mnie, a przez to i na niego jest dla naszego uczucia zabójczy...
krcilismy sie miedzy obiadkami, świętami, przyjęciami w typie "zastaw sie a
postaw się", których zadne z nas nie cierpiało, tylko, że ja nie miałam sił
sie przeciwstawic, a on ze względu na mnie uczestniczył w tym.
czuję się fatalnie, czuję, że to moja wina...(to nei jest jedyny powód, ale
jeden z dwóch głównych)
moja matka wydzwania do mnie, dopytuje się, ja mówię, że jest ok. ale boję
się, że zaczełam stawiac tak silny opór zbyt pózno.
nie chcę go stracić, kocham go, jest wspaniałym człowiekiem.
to, że sie wyprowadza jest dla nas obojga katastrofą.
Chcę wierzyc, że wrócimy do siebie, na innej płaszczyznie, ale wrócimy.
Wiem, ze to nie film, że to nie Happy end w amerykańskim stylu, ale czy ktoś
zna taki, lub podobny przypadek?, czy ktoś czytając te moje wypociny daje nam
szansę? czy my oszukujemy sie i tak naprawdę to tylko początek końca???
potrzebuję pomocy.