balbina2
30.09.02, 15:21
Bardzo mu współczuję, martwię się i przeżywam jego chorobę (od tygodnia leży
z powodu kręgosłupa), ale coraz mi trudniej i przykro. On jest człowiekiem
bardzo aktywnym, pracoholikiem wręcz,a tu choroba unieruchomiła go
radykalnie, ledwo do łazienki się dowlecze. Męczy go więc nie tylko ból, ale
i nuda, i rozdrażnienie, i bezsilność.
Ja pracuję, codziennie urywam się jak najwcześniej mogę i pędzę do domu,
podtykam jeść, pomagam się umyć, masuję stopy (drętwieją), sprzątam, podsuwam
prasę i książki. Chciałabym żeby mi dał choć odczuć, że to docenia; nie
chodzi mi o jakąś wdzięczność, ale po prostu nie traktowanie mnie jak
pielęgniarki i służącej, jakby to było oczywiste, że tak latam wkoło niego.
Niby to jest oczywiste - bo go kocham przecież, ale kiedy osiemdziesiąty
piąty raz w ciągu popołudnia przelatuję z kuchni do sypialni (albo
odwrotnie), żeby usłyszeć pełne pretensji np. "no i znowu nie podałaś mi
papierosów" lub "sprawdz czy ten piec chodzi, bo tu zimno" (ew. za gorąco)czy
coś w tym stylu - szlag mnie trafia.
Kiedy mu mówię - o rany, ale z ciebie maruda, daj mi trochę spokoju - zaraz
się denerwuje, że przecież to nie jego wina, że co on poradzi, że tak leży
jak Łazarz.....
Kobiety, jak sobie radzicie z chorymi marudami w domu??