kobieta_rubensa
03.11.05, 15:14
Chodzi o moich rodziców....
Albo moje małżeństwo....
O to czy będę potrafiła je szczęśliwie budować przez całe życie....
Pochodzę z tak zwanego "dobrego domu". Moi rodzice są razem od 33 lat, ale
odkąd pamiętam, zawsze były jakieś problemy. Jeżeli przez miesiąc wytrzymają
bez awantury to jest dobrze (tylko wtedy juz cos wisi w powietrzu, taka cisza
przed burza która jeszcze bardziej niepokoi). Potrafią się pokłócić dosłownie
o wszystko, politykę, kościół, pieniądze, mnie, moja siostrę, garnek, psa,
każdy pretekst jest dobry. Jak juz się zacznie to trwa godzinami i kończy się
na krzykach, wyzwiskach i potem obraza przez kilka dni.
Ostatnio szczególnie ta wzajemna agresja się nasiliła, mam wrażenie ze oni się
nienawidzą, każdą okazja na jakąś kąśliwą uwagę jest wykorzystywana. Nie wiem
co się wydarzyło zanim się urodziłyśmy ale mam wrażenie ze to się zbiera od
lat, od samego początku małżeństwa. A ze nie potrafią rozmową rozwiązywać
problemow, zbiera sie dalej. I te same problemy (+ coraz to nowsze) przewijają
się od lat.
Ale żadno nie wpadnie na pomysł żeby sie rozwieźć (tzn pomysł juz był podawany
nie raz tylko nikt nic nie robi w tym kierunku, mimo ze ja osobiście byłabym
ZA - cóż za chora sytuacja). Tylko tkwią w tym niby-malzenstwie od lat i
czasami sie boje ze sobie krzywdę zrobią.
Teraz o mnie: jestem młodą mężatka, póki co bardzo szczęśliwą, ale tak
naprawde to ja nie wiem jak ja mam w tym małżeństwie postępować żeby udane
bylo. Latami. Do konca zycia.
Bo nie mam wzorca z domu.
Obiecuje sobie ze sama nigdy taka nie będę, że takich błędów nie popełnię, ale
przecież kiedyś sie stajemy kopia własnych rodziców.
Wmawiam sobie ze ich problemy mnie nie dotyczą i ze sami sa sobie winni, ale z
drugiej strony jestem obwiniana ze sie nie wtrącam i nie staje otwarcie po
stronie jednego z nich.....
Czy to jest normalna sytuacja? Czy każda rodzina przechodzi takie problemy?
Czy małżeństwo zawsze tak wygląda po 30 latach?
Czy to normalne ze ludzie juz nie mogą na siebie patrzeć i sie wyzywają przy
każdej okazji mimo ze sa w jakiś sposób od siebie zależni (bo obie juz sie
wyprowadziłyśmy a oni sa coraz bardziej schorowani)?? Czy to normalne ze bez
przerwy robią sobie na złość i tryumfują jak cos tej drugiej osobie nie
wyjdzie? Czy to normalne ze sie własne dzieci wplątuje w konflikty i problemy
małżeńskie i oczekuje od nich deklaracji?
Czy ja jako córka (albo moja siostra) powinnam zając jakieś stanowisko i
opowiedzieć sie po którejś ze stron czy pozostać neutralna? Ale jeżeli kiedyś
dojdzie do tragedii to będę sie czuła winna ze ich samych zostawiłam! Czy
powinnam wrócić do domu rodzinnego?? Ale nie potrafię tego zrobić bo to ponad
moje siły, zawsze jak jadę do nich (mieszkamy w różnych miastach), w ciągu
tych paru dni wizyty jest minimum jedna porządna awantura. I wracam jako
strzępek nerwów.
Czy jestem egoistka?
Czy będę przez całe życie nosić w sobie konsekwencje tej sytuacji?
Czy zna ktoś moje rozterki?
Wiele pytań, coraz mniej odpowiedzi .....