k873
21.12.05, 19:41
Moje problemy z samooceną i innymi ludźmi zaczęły się jakieś dobre 4 lata
temu-gdzieś w połowie 2 klasy gimnazjum(teraz jestem w klasie
maturalnej).Zaczęło się od koleżanki, która najpierw mnie ignorowała a potem
wycięła parę głupich numerów. Wtedy doszłam do wniosku, że coś jest ze mną
nie w porządku. Potem problemem stała się nauka-zawsze byłam bardzo ambitna i
któregoś dnia po otrzymaniu pewnie 4+,stwierdziłam,że jestem głupia i muszę
więcej się uczyć dla lepszych wyników. Dodam, że do okresu kiedy „to
wszystko” się zaczęło, świetnie radziłam sobie ze szkołą. Od tego zaczęły się
jednak właśnie moje problemy z samooceną. Postanowiłam ,że siebie polubię,
realizując genialny pomysł-że od tej pory wszyscy mają mnie lubić i muszę
więcej czasu poświęcać nauce, żeby mieć lepsze oceny. Efekt tego był zupełnie
odwrotny od zamierzonego. Do tego doszły jeszcze problemy zdrowotne, a potem
wszystko kręciło się jak błędne koło-nieobecności w szkole, zwiewanie,
omijanie sprawdzianów. Jeśli chodzi o ludzi, to próbowałam zdobyć
przychylność wszystkich, a w szczególności tych, którzy wycięli mi jakiś
numer, ponieważ uważałam, że jeśli ktoś coś takiego mi robi, to znaczy, że
coś musi być ze mną nie tak. W drugiej klasie założono mi także aparat na
zęby i co może być dla was śmieszne, stał się on dla mnie przyczyną ogromnych
kompleksów. Nosiłam go prawie 4 lata i nabawiłam się czegoś na kształt
nerwicy natręctw-strasznie wstydziłam się uśmiechać i starałam się nie
pokazywać swoich zębów, przez co na mojej twarzy gościł cały czas
nienaturalny krzywy grymas, którym niestety zwracałam na siebie uwagę innych.
To właśnie przez ten aparat z ładnej(tak często ludzie mi mówili) dziewczyny
stałam się brzydką szarą myszką. Problemy z ludźmi, szkołą i tym nieszczęsnym
aparatem sprawiły, że nabawiłam się fobii społecznej-ciągle czułam paniczny
strach przed wszystkim. Liceum, do którego poszłam, wybrałam tylko dlatego,
że nie chciałam mieć kontaktu ze znajomymi ze starej szkoły. Po pół roku
przeniosłam się do drugiego, ponieważ nie odpowiadał mi system. Tam niestety
nie miałam wyboru klasy i trafiłam do tej, w której byli moi znajomi. Byłam
idealną kandydatką na klasową ofiarę i „chłopca do bicia”- wychowawczyni od
początku mnie zbytnio nie lubiła, potem zaczęły się problemy z frekwencją(a
większość w klasie pilnie chodziła do szkoły),poza tym do niczego się nie
przydawałam-siedziałam zawsze w ostatniej ławce i nigdy nic nie mówiłam z
obawy przed ośmieszeniem. Dla znajomych stanowiłam więc niepotrzebny balast.
Dla nauczycielki, dla której liczyła się wysoka klasowa średnia, również
byłam niepotrzebna-należałam do bardzo małego grona tych ze średnią poniżej
4.Klasa traktowała mnie raczej obojętnie, znajomi od początku się na mnie
uparli- wyśmiewali moje miny(pisałam wcześniej, że przez aparat),sposób
poruszania(przyczyną tego był oczywiście ciągle odczuwany
strach).Nienawidziłam ich i do tej pory nienawidzę. Potem nasza grupa
rozdzieliła się i zaczęłam się przyjaźnić z 2 dziewczynami. Przez krótki
moment było dobrze. Prawdziwe piekło zaczęło się dla mnie w 2 klasie-doszły
fakultety, z nauką zaczęło być coraz ciężej. Stałam się klasowym „kozłem
ofiarnym”- dostawałam absolutnie za wszystko. Niektórzy nauczyciele stawiali
mi 1 tylko po to, żeby się wyżyć, znajomi prywatnie oczywiście bardzo mnie
lubili, a na publicznym forum dogryzali i wyśmiewali. Byłam wrabiana we
wszystkie głupie rzeczy i nie umiałam się przed tym wszystkim bronić,
sparaliżowana strachem. Byłe koleżanki wyżywały na mnie wszystkie swoje
kompleksy i obarczały wyrzutami sumienia. Wcześniej tak bardzo chciałam ,aby
mnie polubiły, że robiłam dla nich wszystko, dlatego potem do mnie miały
pretensje, kiedy czegoś im nie dałam. Zahukana i przytłoczona w ogóle nie
umiałam się bronić ani na nikogo nakrzyczeć. Apogeum wszystkich nieszczęść
była dla mnie zima minionego roku-mój dziadek ciężko chorował, a ja ledwo
godziłam naukę z odwiedzaniem jego. Któregoś dnia moja najlepsza przyjaciółka
wrobiła mnie w szkolny dyżur-byłam niesamowicie wkurzona, bo to ona miała to
robić. Miała i ma dużą władzę w klasie, dlatego odwróciła wszystko tak, abym
to ja była winna-zostałam więc opieprzona przez nauczycielkę i parę innych
osób w klasie, tak naprawdę ZA NIC. Po tym wydarzeniu czułam się zaszczuta i
nie chciałam już wracać do szkoły. Kiedyś wracałyśmy do tego wydarzenia, ale
ja nic nie powiedziałam, a wiem, że powinnam zerwać z nią kontakt....Jednak
nie mogę, ponieważ cały czas się boję, a poza tym jestem do niej w jakiś
sposób przywiązana(sama radziłabym sobie pewnie gorzej).W 2 klasie ledwo
wyrobiłam na średnią 4 ,nawet nie dla własnej satysfakcji, bo już dawno
straciłam motywację, ale tylko po to, by nie być klasowym ogonem. Byłam u 3
psychologów-2 było do dupy, a z 3 przez rok wałkowaliśmy jeden temat, do
niczego nie dochodząc, więc przestałam do niego chodzić i żal mi tylko
wylanej kasy. Teraz radzę sobie niby lepiej, ściągnięto mi aparat(ale tak
naprawdę nadal nie umiem się uśmiechać, pozostał mi ten głupi nawyk),oceny są
lepsze, ale...Nadal panicznie się boję-a najbardziej wtedy, kiedy jestem w
szkole. Nie umiem nad tym niestety panować. Poza tym ciągle towarzyszą mi
natrętne myśli, których obecność pogarsza moje wyniki w nauce-nie potrafię
się skoncentrować, bo „włącza” mi się myśl, że jestem głupia i nie umiem
logicznie myśleć, a po drugie przeszkadza mi obecność innych ludzi-wydaje mi
się np. że mi się przyglądają. Co mam z tym wszystkim zrobić, skoro nawet
psycholog mi nie pomaga? Kiedy wreszcie przestanę przyciągać do siebie
wszystkie nieszczęścia? Przeszkadza mi moja niezdarność(oczywiście kiedy się
staram tak się spinam, że wszystko muszę spieprzyć),ludzie mnie nie szanują,
nie umiem nikomu oddać i nawrzeszczeć na kogoś, kiedy mnie wykorzysta. Mam
nadzieję, że ktoś przeczyta ten długi post, bardzo mi na tym zależy. Liczę na
poważne opinie, a nie żartobliwe uwagi.