iworos
08.02.06, 22:41
Szłam dziś z mężem, mąż szedł odprowadzić córkę do żłobka, ja do autobusu, do
pracy. Rozstaliśmy się przy skrzyżowaniu. Ja poszłam na przystanek, a oni w
stronę żłobka. Mąż niósł Nisię na barana. Spojrzałam na rozkład jazdy, żeby
zobaczyć, o której będzie autobus. Potem spojrzałam w ich stronę i zobaczyłam
jak obydwoje leżą na jezdni (moja pierwsza myśl była taka, że potrącił ich
samochód) Boże jak ja się przeraziłam!!! Ale okazało się, że mąż źle stanął i
przewrócił się, dobrze, że upadł tak, że Nisia nawet nie ma siniaka. Nisia
bardzo płakała. Pobiegłam do nich, nigdy tak szybko nie biegłam. Mąż ma
złamanie w kostce z przemieszczeniem, skończyło się operacją.
Wiecie co było najgorsze? Widok ukochanej córci leżącej na pasach, płaczącej,
wyciągającej do mnie ręce, ten przerażający strach w oczach mojego dziecka,
mój strach o nią, jej bezbronność, jej kruchość. To, że nie byłam obok niej,
nie złapałam, co by się stało, gdybym się spóźniła do pracy, nic!, mogłam iść
z nimi, ja mogłam ją odprowadzić. Jak takie wydarzenie wpłynie na umysł 2,5
rocznego dziecka? Dziś nie chciała rozmawiać z mężem przez telefon, choć
uwielbiała to do tej pory. Powiedziała, że: "tata kuku, nie chcę" i uciekła.
Boję się o nią. Kiedyś już się o nią bałam, w 40 tygodniu ciąży miałam
robione KTG, tętno spadało, zrobili USG, widziałam i słyszałam jak jej
przestaje bić serduszko, na szybko zrobili mi cesarkę, wyciągnęli ją ze mnie
w ostatniej chwili. Miała po porodzie skurcze dodatkowe serduszka,
spędziłyśmy miesiąc w Centrum Zdrowia Dziecka. Potem do drugiego roku życia
brała leki na serce.
Napisałam to, żeby się "obmyć" z tego co czuję. Dziękuję, trochę ulżyło.