dzieci po rozwodzie

IP: *.stacje.agora.pl 25.11.02, 15:04
W �Wysokich Obcasach� przygotowujemy tekst o sytuacji dzieci po rozwodzie rodziców. Czy udaje im
się ocalić relacje z obojgiem rodziców? Szwedzi coraz częściej po rozstaniu wymieniają się dziećmi -
tydzień mieszkają u mamy, tydzień u taty. A jak to jest u nas? W Polsce dzieci na ogół pozostają z
matkami. Czy po rozwodzie ojcowie wystarczająco zajmują się swoimi dziećmi? A może szybko stają
się jedynie niedzielnymi tatusiami? Albo w ogóle znikają z życia dziecka?
Jeżeli doswiadczyliście jakoś rozwodu - rozwiedliście się lub jesteście dziećmi rozwiedzionych
rodziców - napiszcie jak to się ułożyło u Was.
    • Gość: Przemek Re: dzieci po rozwodzie IP: *.tele.pw.edu.pl 26.11.02, 12:53
      Jestem w takiej sytuacji (po rozwodzie, 2 dzieci), jednak nie chce jej tu ze szczegolami przedstawiac.
      Moge podzielic sie kilkoma ogolnymi uwagami. Nie dotycza one rodzin patologicznych, gdy ucieczka
      matki i dzieci od sadysty, nalogowego alkoholika odmawiajacego leczenia, itp - staje sie koniecznoscia.
      Poza tymi przypadkami rozbicie rodziny to krzywda wyrzadzona dzieciom - niszczy sie srodowisko, w
      ktorym dzieci czuly sie bezpieczne i chcialy wzrastac. Nalezy sie zastanowic czy mamy prawo, dla naszego
      egoizmu, pozbawiac dzieci srodowiska rodzinnego.
      Sporo zalezy od tego, z jakiej przyczyny rodzina sie rozpadla. Do rzadkosci naleza przypadki, gdy rodzice
      rozchodza sie w pogodnej atmosferze, po czym mieszkajac osobno (sami!) wszystkie swe sily
      (na zmiane) poswiecaja dzieciom. Najczesciej dzieci sa skazane na akceptacje nowego partnera jednej
      lub obydwu stron, co jest dla nich trudne i stresujace. A juz prawie niemozliwe w sytuacji, gdy osoba taka
      aktywnie przyczynila sie do rozpadu rodziny... Jak maja tolerowac kogos, kto zniszczyl ich
      rodzinne srodowisko, w ktorym czuly sie dobrze i bezpiecznie? A jesli juz uda nam sie "wyjasnic" (czytaj:
      zaciemnic) dzieciom, ze dobrze sie stalo, a nowa "ciocia" czy "wujek" sa w porzadku, to czego my w ten
      sposob dzieci nauczymy? Ze rozbicie rodziny to normalna sprawa, etycznie obojetna. One to, byc moze,
      przyjma do wiadomosci (oby nie!) i odplaca sie kiedys... swoim mezom i zonom, porzucajac ich bez
      zastanowienia, bo akurat pojawil sie ktos bardziej atrakcyjny.
    • default Re: dzieci po rozwodzie 26.11.02, 15:10
      Rozwiodłam się, kiedy moja córka miała 4 lata. To było bardzo dawno, bo teraz
      ma już prawie 19. Krótko trwało moje małżeństwo, niecałe 5 lat. Typowy
      scenariusz - szkolna miłość, wpadka, ślub. Prędko okazało się, że o ile kumplem
      mój mąż jest fantastycznym, to już jako mąż i ojciec nie bardzo się sprawdza.
      Przyznaję, że to ja odeszłam, ku jego zdumieniu, że nie będę jego drugą mamusią
      i opiekunką. Potem poznałam kogoś, z kim jestem do tej pory, zamieszkaliśmy
      razem. Córka oczywiście też. Ona nigdy nie dopytywała się o ojca ani o to
      dlaczego wyprowadziłyśmy się z tamtego domu. Kiedyś coś jej się wyrwało wobec
      mojej Mamy, że cieszy się, że już nie słyszy jak kłócimy się z tatą i babcią
      (teściową). Mojego partnera bardzo polubiła, chętnie spędzała czas z nami albo
      i tylko z nim, kiedy ja byłam np. w pracy. Nigdy nie zabraniałam jej kontaktu z
      ojcem, przeciwnie - zachęcałam ją do telefonowania do niego, co drugi albo
      trzeci weekend zawoziłam ją do ojca i tamtej babci. W czasie wakacji w ogóle
      nie przebywała w mieście, bo jechała na wczasy po kolei - z nami, z ojcem, z
      tamtą babcią, z moimi rodzicami.
      Fakt, że to ja musiałam byłego męża namawiać, aby ją gdzieś zabrał, zawsze
      wykręcał się brakiem pieniędzy (alimentów nigdy od niego nie żądałam). Pierwsze
      wspólne wczasy ojca z córką były sfinansowane przeze mnie, potem jakoś udawało
      mi się go zmobilizować i wyduszał z siebie jakieś wakacyjne fundusze.
      W miarę jak córka dorastała jej kontakty z ojcem stawały się coraz rzadsze. I
      to bardziej z jej powodu - nie chciało jej się, miała inne zajęcia, nie miała o
      czym z nim rozmawiać. W tym czasie to raczej on zaczął odwiedzać nas, a nie
      córka jezdzić do niego. Średnio raz na miesiąc, przeważnie wiązało się to z
      wręczeniem "kieszonkowego" (ok.100 zł), choć nie zawsze to następowało.
      Uczestnicząc w tych spotkaniach czasem (mam z byłym mężem bardzo dobre, wręcz
      przyjacielskie stosunki) zauważyłam, że oni rozmawiają nie jak ojciez z córką,
      ale jak koledzy ze szkoły. I nie chodzi mi tu o jakiś brak szacunku, czy
      nadmierne "kumplowanie", bo sama mam takie partnerskie układy z córką . Ale te
      tematy - o płytach, muzyce, nowościach w kinie, nowe dowcipy itd. Tak płytko i
      o niczym. Kiedy w drugiej klasie liceum pojawiły się pewne problemy z córką
      (pierwsza miłość, bunt młodości, zero nauki, fatalne stopnie, podejrzane
      towarzystwo) nie zdołałam uzyskać od byłego męża żadnego wsparcia, odmówił
      zajęcia stanowiska w tej sprawie - "no bo co ja jej powiem". Problemy zostały
      szczęśliwie zażegnane (dużą pomoc okazał mój partner). A tatuś po dawnemu co
      miesiąc funduje córce kieszonkowe i pogadankę kulturalno-rozrywkową, na tym
      koniec.
      W sumie jest więc tatusiem niedzielnym, o ile jeszcze kiedyś, gdy córka była
      młodsza stanowił dla niej jakiś autorytet, obecnie traktuje go jako miłego
      kumpla, który czasem wpadnie pogadać oraz jako zródło kieszonkowego (dość
      niepewne zródło niestety).
      Czy jest w tym moja wina? Czy nie wszczepiłam nieświadomie córce pogardy dla
      ojca-nieudacznika? Zawsze pilnowałam się bardzo, aby nic takiego mi się nie
      wyrwało, aby nic takiego jej nie sugerować. Kiedy miała kilkanaście lat i
      rozmawiałyśmy na temat przyczyn rozwodu, powiedziałam jej, że nie umiałam, nie
      miałam sił ciągnąć wszystkiego własnymi siłami, a ojciec nigdy nie dbał o byt
      materialny rodziny.
      Przez te wszystkie lata widziała jak ciężko pracuje mój partner, jak "staje na
      głowie" aby zapewnić nam wszystko, czego potrzeba. Wiem, że porównuje taką
      postawę z postawą ojca, któremu nic się nie chce, nic się nie opłaca, każdy
      wysiłek jest bezsensowny. Może i to oddala ją od niego. A może teraz, kiedy
      jest prawie dorosła wystarcza jej sama świadomość, że ma ojca, ale kontakty z
      nim nie są jej potrzebne. Czy tak samo byłoby, gdybyśmy te lata byli razem? Czy
      mając go w domu na codzień także odkryłaby jego "wiecznie-chłopięcą" naturę i
      nabrała takiego pobłażliwo-pogadliwego stosunku?
      Nie wiadomo, w każdym razie wiem jedno - udało mi się zakończyć niedobre
      małżeństwo i odnalezć się w szczęśliwym związku, nie czyniąc przy tym zbyt
      wielkich zniszczeń wokół siebie. I to jest najważniejsze.
    • Gość: emka Re: dzieci po rozwodzie IP: *.chello.pl 26.11.02, 22:40
      hmmm, mam 32 lata i jestem dzieckiem rozwodników.
      Rodzice rozwiedli sie gdy miałam 7 lat.
      Rozwód moich rodziców zawazył na całym moim życiu.
      Na mojej szkole, kontaktach z rówiesnikami w szkole i na
      studiach.Na wielu sferach mojego zycia.Nawet chyba na
      tym, jaki wybrałam zawód ( jestem nauczycielem). Mam
      wspaniałego meza i podziwiam go jak znosi mój
      perfekcjonizm ,bo chcę miec rodzinę doskonałą i niestety
      popełniam mnóstwo błedów..
      Rozwód rodziców wpłynał tez na moje relacje z moim dziećmi.
      Troche boje sie pisac o tym na forum.Bo tu róznie
      rozwijają się wątki, a te sprawy za bardzo bolą.Być może
      wiele osób spojrzy na to punktu widzenia rodziców
      rozwodzących się, ja patrzę na te sprawy z punktu
      widzenia dziecka, dorosłaego już dziecka rozwodników.. Ja
      nie myślałam,że to,ze rodzice moi rozwiedli się będzie
      tak bardzo za mną się ciągnęło.Przez chwilę myslałam,że
      to mineło, ale jednak wraca...Nawet po smierci mojego
      taty, a minęło wiele lat, wiele rzeczy wraca.
      Moge o tym porozmawiac indywidualnie. Jeśli Ktoś chciałby
      porozmawiać ze mna na ten temat zapraszam do romowy
      online email : emka1970@hotmail.com
      emka
    • capa_negra Re: dzieci po rozwodzie 27.11.02, 14:39
      Jestem dzieckiem rozwiedzionych rodziców, mam 35 lat
      Ich rozwód bardzo zaważył na moim życiu.
      Z mojej perspektywy nastąpił zbyt późno.
      Gdyby rozwiedli się, jak byłam małą dziewczynką pewnie by bolało, ale może bym
      .... rozmawiała z własną matką , z którą nie zamieniłam słowa od 18 lat
      .... była mniej związana z ojcem i wyemigrowała po studiach zamiast wychodzić
      z założenia że „ja mu tego nie zrobię”
      .....wyszła za mąż przed 30
      .....łatwiej podjęła decyzje o urodzeniu dziecka
      .....nie miała wspomnień o sztucznych pustych wigiliach, kiedy to dwoje ludzi
      siadało do stołu i nie miało sobie nic do powiedzenia oprócz „zdrowia życzę”
      Może.... może nie byłoby lepiej, ale na pewno inaczej.
      Długo trwało zanim nauczyłam się blokować w pamięci wspomnienia z tamtych
      czasów wiec i teraz nie będę głębiej szukać w zakamarkach pamięci.
      Jednego jestem pewna - nigdy nie będe utrzymywac związku ze względu na "dobro
      dzieci" one zbyt wiele widzą, słyszą, rozumieją i cierpią.
Pełna wersja