yoost
05.03.06, 00:11
Pewna kobieta, zamozna, wyksztalcona, troche przed 60, od ponad 20 lat
zaprzyjazniona z duzo starszym od niej facetem, po ponad 20 letniej znajomosci
proponuje mu a wlasciwie nalega na malzenstwo z nim. Daje mu ultimatum 100 dni
po czym milczy i do niego juz wiecej sie nie odzywa.
Dowiaduje sie ze ma raka. Jest zlosliwy, ma przezuty, amputacja, lekarze nie
daja jej wiele...
Lezy w szpitalu i kiedy on do niej dzwoni - odklada sluchawke
Czy to nie jest beznadziejne????? Nie rozumiem jak mozna w takiej sytuacji nie
byc czlowiekiem? Jak mozna na krotko przed smiercia byc az tak zaborczym,
zawistnym i podlym? Przez cale zycie byla taka..., niczego nie nauczylo ja
zycie, nic nie zmienila smiertelna choroba... Dla mnie jest to niepojete.. Nie
wiem..., moze zeby to pojac trzeba urodzic sie kobieta...?