at.at
17.03.06, 00:18
Moj dziadek odszedl w zeszlym tygodniu. Mial raka, bardzo cierpial. Smierc
oznaczala dla niego koniec meczarni, koniec morfiny i upokorzenia, gdy cialo
odmawia posluszenstwa. Zawsze byl bardzo zywotny i choroba byla dla niego
ogromnym ciosem. Powinnam sie cieszyc, ze on juz nie cierpi? Wiec dlaczego
czuje taki straszny zal? Skoro jemu tam gdzie jest, jest podobno lepiej... Tak
nas uczy religia... Moze placzemy wiec po sobie? Zalujemy tych chwil, ktorych
nigdy nie spedzimy z naszymi bliskimi? Wiemy, ze juz sie od nich nic nie
nauczymy, ze dla nas ich juz nie ma.Moze na tym polega uczucie straty? Czuje
sie bardzo samotna, czuje sie opuszczona. Oddalabym wszystko, zeby miec go
przy sobie. Chcialabym, zeby byl zdrowy, zeby nadal byl dla mnie oparciem. Ale
wiem, ze to niemozliwe. Dlaczego go oplakuje, skoro on jest w lepszym
swiecie??? Wierze, ze widzi mnie tutaj i nie chcialby, zebym plakala. Ale ja
nie potrafie. Placze, chociaz wiem, ze on juz nie cierpi. A skoro tylko tamten
swiat moglby mu dac ukojenie, to dlaczego jest tak ciezko...