mary32
17.03.06, 11:46
Cześć,
Temat jak w tytule. Postanowiłam się z wami tym podzielić, bo internet jest
anonimowy i nie będę musiała się wstydzić za uczucia, o których chcę pisać.
Nienawidzę własnej matki. Najgorsze jest to, że jestem jedynaczką i mieszkamy
od 15 lat bez ojca. Moja matka nie pracuje. W zasadzie nie ma w życiu żadnych
swoich spraw - ma tylko mnie. W związku z tym żyje moim życiem i całkowicie
sobie mnie podporządkowała. Dzwoni do nie codziennie, relacjonuję jej co tam
w pracy, co w życiu osobistym... Mam taki odruch, że cokolwiek robię myślę co
ona by na to powiedziała, jak by takie postępowanie oceniła.
Potrafi tak terroryzować mnie psychicznie, że w rzeczywistości ona decyduje z
kim utrzymuję kontakty towarzyskie. Zerwałam z chłopakiem pod wpływem jej
negatywnej opinii o nim (którą podzielam i nigdy nie pożałowałam tej deyczji -
a więc może nie do końca podjęłam jej wyłącznie pod jej wpływem).
Podobnie zerwałam kontakty z moja jedyną przyjaciółką, na skutek trudnej
sytuacji życiowej, w której według mojej mamy dziewczyna ta zachowała się
nielojalnie. W ten czy inny sposób dawała mi jasno do zrozumienia, że jeżeli
nadal będę się z nią przyjaźniła to ona uzna mnie za osobę pokrętną,
nielojalną, obłudną - a w konsekwencji że wyprze się mnie jako córki.
W ogóle wątek ten stale powraca w naszych relacjach - stale mnie szantażuje,
że "nasze drogi się rozejdą" i że tak czy owak - zostawi mnie, no i
oczywiście potem się zemści, bo jest bardzo mściwą osobą. Jak wskazałam -nie
mam innej rodziny.
Przysięgam, że wchodzi w konflikt z każdym, kogo spotka na swojej drodze. Nie
ma przyjaciół i znajomych ( z nielicznymi wyjątkami, a i o tych jest złego
zdania). Sąsiadom się nie kłania.
Nie jestem w stanie przebywać z nią dłużej, niż 3 dni - potem zaczyna się
darcie kotów. Nie mogę wytrzymać jej obecności w tym samym pomieszczeniu.
Wyprowadziłam się z domu - mieszkamy teraz w innych miastach i to jest jedyny
plus całej sytuacji - nie muszę jej znosic na co dzień.
Nie wiem co mam zrobić. Popadam w depresję, nienawidzę z nią rozmawiać przez
telefon, bo jak ma zły nastrój (a taki ma przeważnie!) to zaraz mnie tym
zaraża. Mam wrażenie, że ma do mnie pretensje, że mam czasami dobry humor.
Stale narzeka i wszystko krytykuje. Nic jej się nie podoba: kraj, polityka,
miasto, w którym mieszka, ludzie. Wszystko jest do dupy. Otaczają nas sami
wrogowie. Nic dobrego nas w życiu nie spotka. Wszędzie węszy spiski i
podstęp.
Boże, jak to piszę, przejmuje mnie taka nienawiść, że aż niedobrze mi się
robi. Mam straszne wyrzuty sumienia, że w taki sposób myślę o własnej matce,
która przecież "wszystko dla mnie poświęciła", jak często to podkreśla.
Wiecie, że całymi tygodniami pogrążona jestem w apatii - rozmyślając jedynie
na temat tego za co Bóg mnie tak pokarał? Dlaczego nie mam normalnej rodziny?
Nikomu nic złego nie zrobiłam, za co więc ciąży na mnie taka klątwa?
Przynajmniej to z siebie wyrzuciłam.....
pozdrawiam
mary